Starsza pani, pomna swojej kompromitującej wpadki kulturalnej w Bucharze, odrobiła lekcje i wchłonęła podstawowe dane historyczne na temat Chiwy. Wiedziałam więc, że wkraczamy do innego świata i innego języka niż w Bucharze i Samarkandzie. Chorezmiacy mówią po uzbecku, a właściwie w swoim specyficznym dialekcie oguskim, którego podobno np. Uzbek z Taszkentu nie jest w stanie zrozumieć. Oczywiście, w szkołach i urzędach obowiązuje język urzędowy, ale w życiu codziennym oguski podobno wciąż dominuje. Mówię: podobno, bo jak my, biedne sieroty z Europy, miałyśmy to wychwycić? Za to od razu rzucają się w oczy pewne różnice w detalach rzemieślniczych i ubraniowych, na przykład charakterystyczne futrzane czapy (Chugirma). Po kwadratowych czapeczkach w Taszkencie, Samarkandzie i Bucharze, to była zupełna nowość.

Na widok czap najpierw pomyślałam: co za masochiści! Nosić coś takiego na pustyni? Jednak Chugirma nie służyła do „grzania”, ale do izolacji termicznej:
a) Wełna doskonale wchłania pot, który następnie powoli paruje, schładzając w ten sposób głowę właściciela.
b) Gruba, puszysta warstwa owczej lub koziej wełny oraz skóra nie przepuszczają promieni słonecznych do skóry głowy.
c) Długie, kręcone włosie zatrzymuje powietrze i tworzy naturalną poduszkę powietrzną, która izoluje głowę od rozgrzanego otoczenia.
Na miejsce dotarłyśmy późno, po długiej przeprawie przez pustynię i zwiedzaniu twierdz. Nasz pensjonat znajdował się wewnątrz starych murów, na szczęście Rustamowi, naszemu kierowcy, pozwolono wjechać, musiał tylko zostawić w budce strażnika prawo jazdy.
Nocleg w Chiwie
W obrębie starego miasta nie ma właściwie ruchu pojazdów z wyjątkiem uliczki biegnącej wzdłuż murów obronnych. Nasz pensjonat znajdował się właśnie przy niej, więc nie musiałyśmy się już nigdzie dalej turlać z walizkami. Jeśli chcecie nocować w obrębie murów (Ichan-kala), bardzo zachęcam do poszukania takiego właśnie rozwiązania. Całą Chiwę i tak da się przejść od bramy do bramy góra w dziesięć minut (jest trzy razy mniejsza od Krakowa w obrębie Plant), a logistycznie to dużo wygodniejsze. Poza murami ciągną się wielkie (luksusowe?) hotele ze wszelkimi wygodami, ale przyjeżdżać do Chiwy, żeby nocować w czymś takim? Chyba tylko dla grup zorganizowanych.

Guest House Orzu, miał bardzo wysokie opinie na bookingu i ładnie wyglądał na zdjęciach. Na żywo także prezentował się przyjemnie. Właściciel powiedział mi, że to jego rodzinny dom, przerobiony na hotelik w latach dziewięćdziesiątych, i faktycznie, zachował układ „domowy”, z dużym podestem i wspólną przestrzenią na pierwszym piętrze, schodkami i korytarzykami tu i tam. Do naszego pokoju wchodziło się przez drewnianą galeryjkę nad dziedzińcem. Na honorowym miejscu nad podestem wisiał portret ojca właściciela, z przypiętym do piersi jakimś bardzo sowieckim orderem. Nie odważyłam się spytać, za co ten order.
Śniadanie podawane jest w dużym pokoju na parterze i tam można też zaparzyć sobie (a raczej poprosić o zaparzenie) herbatę poza porami posiłków. Nasz pokój był bardzo przytulny, łazienka no, średnia, ale nie tragiczna.

A jednak zabrakło mi szczypty tego „czegoś” co przesądza o uroku danego miejsca. Nasz gospodarz, Shakir, zawołany niezwłocznie przez rezydującą w recepcji starszą panią, która próbowała nam wyjaśnić coś (pewnie) po ogusku, ale zaraz zrezygnowała, był uprzejmy i profesjonalnie troskliwy. Zaprowadził nas do pokoju, podał wszystkie potrzebne informacje o internecie, śniadaniu itp., odpowiedział na moje pytanie o wiek domu i o portret na podeście. Następnego dnia zadbał, aby usiąść z nami przy wspólnym stole przy śniadaniu, spytać, czy nam smakuje i czy chcemy wykupić jakieś wycieczki. Zaraz po naszym przyjeździe przyszedł do pokoju, żeby odebrać opłatę za nocleg (wyższą o 20% od podanej w bookingu, ale w sumie i tak było tanio, ok, 35 euro za noc, więc nie protestowałam), na drugi dzień już o tym nie pamiętał i znowu pytał, kiedy zapłacimy. Konsekwentnie namawiał nas także od odwiedzenia najlepszej w Chiwie restauracji, prowadzonej przez jego szwagra czy też kuzyna. Nie było to wszystko jakieś bardzo uciążliwe, ale po doświadczeniach z gospodarzami w Samarkandzie i Bucharze, różnica dała się odczuć. Zatęskniłam za naszym pokojem z kotłownią w Bucharze, za Rustamem i jego dywanikiem wyciąganym z bagażnika.
Witajcie w turystycznym raju – Chiwa, pierwsza odsłona

Iczan Kala to nie miasto. To skansen. Piękny, bajkowy, ale jednak skansen. I w tym wypadku nie chodzi tylko o agresywne sposoby odnawiania / rekonstrukcji zabytków.
Inaczej niż Buchara, Chiwa nie ucierpiała bardzo mocno od wojennych zniszczeń. W czasie gdy sowieckie samoloty i artyleria ostrzeliwały twierdzę Ark i starówkę w Bucharze, w Chiwie wojska bolszewickie wkroczyły do miast nie napotykając oporu, a ostatni chan czym prędzej abdykował.
Dygresja: dlaczego w Bucharze był emir, a w Chiwie chan?
Tytuł chana był tradycyjnie zarezerwowany wyłącznie dla potomków Czyngis-chana. Władcy Chiwy (z dynastii Kungratów) wywodzili swoje korzenie od mongolskich chanów, co dawało im prawo do używania tego tytułu. Władcy Buchary (od 1785 roku z dynastii Mangitów) nie byli potomkami Czyngis-chana. Nie mogli więc legalnie ogłosić się chanami. Zamiast tytułu chana, władcy Buchary przyjęli islamski tytuł emira (co oznacza „wódz” lub „dowódca”). Podkreślali w ten sposób swoją rolę jako obrońców islamu i przywódców religijnych. Skądinąd, Buchara była bogatszym i potężniejszym państwem niż Chiwa
Poniżej: na lewo Alim Khan, ostatni emir Buchary, a na prawo Mohammed Rahim, chan Chiwy. Prawda, że podobni? Tylko tu turban, a tu czapa


Chiwa nie została więc zdewastowana przez działania wojenne, ani nawet nie przeżyła wielkich trzęsień ziemi, takich jak na przykład Taszkent w 1966 roku. Po włączeniu do sowieckiej Rosji po prostu zapadła się powolutku, medresy i meczety zamienione zostały w magazyny, fabryki i biura, w opuszczonych budynkach ludzie przebijali ściany i urządzali mieszkania.

W 1967 roku, rząd w Moskiwie zarządził, że Chiwa stanie się miastem muzeum. Do realizacji projektu przystąpiono z sowiecką logiką: wysiedlono połowę mieszkańców, wyburzono wszystkie niepożądane nędzne domki i kramy, przeprowadzono prace rekonstrukcyjne na szeroką skalę, zlikwidowano zabudowania wokół murów i stworzono wokół nich pas zieleni. Chiwa stała się architektoniczną perełką, do której przywożono zagranicznych gości.

Nie jestem konserwatorem zabytków, więc trudno mi powiedzieć, co by się stało z miastem, gdyby radzieccy budowniczowie nie wzmocnili zabytków cementem i nie zabezpieczyli zrujnowanych budowli. Być może już by go dzisiaj nie było. No więc tak źle i tak niedobrze.


Medresa Kutlug Murad i dziedziniec w jednym z odnowionych starych domów. Aż się chce chodzić na paluszkach i ściszyć głos
Ale nie ma go już i tak, bo dzisiaj to po prostu wielkie muzeum pod gołym niebem, w którym mieszka zaledwie ok. 2000 ludzi i właściwie wszyscy trudnią się czymś turystycznym, prowadzą pensjonaty lub zakłady rzemieślnicze dla turystów. Nie ma tu ani jednego „prawdziwego” sklepu – wyłącznie restauracje i punkty sprzedaży pamiątek. Mimo iż w sumie rekonstrukcja była dużo mniej intensywna niż w Bucharze albo w Samarkandzie, efekt jest jeszcze bardziej sterylny. Jest pięknie, ale brakuje tu duszy.
Żeby było jasne: to nie znaczy, że nie bawiłam się dobrze w Chiwie. Bawiłam się (Disneyland Paris też mi się podobał, a jakże). I nie jest to jedyne miejsce, które w pewnej chwili zmieniło się z prawdziwej przestrzeni w atrakcję turystyczną, wystarczy pomyśleć choćby o słynnych Sassi w Materze, skąd wysiedlono mieszkańców w latach pięćdziesiątych ze względu na tragiczne warunki sanitarne. Jeśli przełkniemy turystyczność Chiwy, znajdziemy tu wiele fascynujących i w miarę autentycznych miejsc.

Zwiedzamy Iczan Kala
Ponieważ całe miasto w obrębie murów to muzeum, przy bramach płaci się za wstęp. My mieszkałyśmy wewnątrz starego miasta, więc teoretycznie biletu nie musiałyśmy kupować. Wkrótce odkryłyśmy jednak, że jest haczyk, o którym za chwilę.


Po śniadaniu starsza pani zarządziła rozpoczęcie zwiedzania od wejścia na minaret Isłama Hodży, wyższy nawet od minaretu Kalan w Bucharze — ma aż 56 metrów. Ponieważ na szczyt prowadzi 175 potwornie stromych schodków w klaustrofobicznym korytarzyku, uznałam, że albo wejdziemy rano, kiedy mamy jeszcze siły i nie ma tam tłumów (mijanie się w tej przestrzeni to prawdziwe wyzwanie logistyczne), albo nie wejdziemy wcale.
Wdrapałyśmy się prawie na kolanach, sapiąc porządnie, ale warto było: widok z góry na całą Iczan Kalę i okolice jest oszałamiający (czy naprawdę użyłam tego przymiotnika?). Można zajrzeć „do środka” różnych budowli, na przykład na dziedzińce pałacu Tasz Chauli.

Schodzenie było równie męczące jak wchodzenie, bo tymczasem zaczęli się już wspinać następni amatorzy widoków. W tym średniowiecznym przejściu aż trudno uwierzyć, że minaret jest stosunkowo nowy, został wybudowany w 1910 roku na zlecenie postępowego wezyra, którego imię nosi.

Zdjęcie wezyra Isłama Hodży z 1910 roku (miał wtedy 38 lat) zafascynowało mnie. Tak mógłby wyglądać Paul Atryda, gdyby Chiwa była planetą Arrakis. Hodża nie tylko wybudował ten wysoki minaret, ale ufundował w Chiwie pierwszy szpital, aptekę, stację telegraficzną, fabrykę oczyszczania bawełny, świecką szkołę, zreformował podatki, starał się o doprowadzenie do miasta linii kolejowej… i marnie skończył, jak wielu reformatorów. W 1913 roku został zasztyletowany, zapewne na rozkaz, a przynajmniej za cichą zgodą swojego zięcia, chana Asfindijara. Spiskowcy poszli za ciosem i zamordowali także jego syna.

Na placu przed minaretem zdążyli się już rozłożyć liczni sprzedawcy, ale ich towary wyglądały z daleka na fabryczną masówkę, więc starsze panie dwie ominęły ich szerokim łukiem i udały się do mauzoleum Pahlawana Mahmuda. Chociaż on sam zmarł w XIV wieku i został pochowany właśnie w tym miejscu, budynek i jego wystrój, a także sam grobowiec powstały ok. dwieście lat temu. Inaczej niż w wielu innych zabytkach w Uzbekistanie, urocze niebieskie kafelki w drobne wzory są autentyczne, nie zostały uzupełnione współczesnymi kopiami. Zafascynowało mnie, że Pahlavan był rzemieślnikiem, mędrcem, poetą (to jeszcze jakoś da się połączyć) i w dodatku legendarnym zapaśnikiem i siłaczem. W związku z tym, dzisiaj do jego grobowca pielgrzymują m.in. sportowcy, by prosić o jego przychylność w nadchodzących zawodach.
W mauzoleum trzeba przykrywać głowę, więc była okazja do użycia jednego z naszych licznych szali. Wstęp jest bezpłatny.


Dygresja: dlaczego trzy kraje biją się o Pahlawana?
Sam Pahlawan pewnie nie byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, w jaki sposób manipulowano jego postacią po śmierci. Spontaniczny, ludowy kult rozwinął się bardzo szybko, ale oficjalny, państwowy charakter zyskał dopiero na początku XIX wieku. Nowy władca chanu Chiwy, Muhammad Rahim I, potrzebował silnego symbolu jednoczącego państwo i uczynił Pahlawana oficjalnym świętym patronem dynastii. Zbudował wokół jego grobu potężne mauzoleum i nakazał grzebać u jego stóp kolejnych chanów.
W czasach sowieckich mauzoleum oczywiście zamknięto, ale komunistyczni historycy zorientowali się, że Pahlawan Mahmud idealnie pasuje do marksistowskiej narracji. Ponieważ był rzemieślnikiem, który ciężko pracował własnymi rękami i pisał wiersze krytykujące bogatych duchownych, ZSRR ogłosił go „proto-proletariuszem” i „bohaterem ludowym”. Dzięki temu budynek zmieniono w muzeum i przetrwał on w dobrym stanie do czasów uzyskania niepodległości przez Uzbekistan, kiedy ponownie stał się miejscem pielgrzymek.

Na tym jednak nie kończy się zamieszanie wokół Pahlawana, bo dzisiaj pretensje zgłaszają do niego zarówno Uzbekistan, Tadżykistan jak i Iran. W uzbeckich podręcznikach Pahlawan jest przedstawiany jako wybitny myśliciel epoki renesansu oraz filantrop z regionu Chorezmu. Choć pisał po persku, traktowany jest jako integralna część historii ziem uzbeckich. W Iranie Pahlawan Mahmud jest postacią wręcz kultową, ale przede wszystkim w świecie sportu i etyki. Tradycyjne irańskie domy siły (Zurkhaneh), w których trenuje się starodawne zapasy, są przepełnione jego wizerunkami, a sportowcy przed walką recytują jego wiersze i proszą go o błogosławieństwo. Z kolei tadżyccy historycy uważają Pahlawana (co po persku oznacza „siłacz” czy „bohater”) za część swojego dziedzictwa narodowego, bo przecież pisał wyłącznie po persku. Dla nich jest to przede wszystkim poeta i myśliciel. Niezły galimatias!

Kolejnym przystankiem miał być pałac Kunja Ark czyli po prostu „Stara Forteca”, po drugiej stronie miasta, ale po drodze trafiłyśmy na uliczkę z zachęcającymi towarami i oczywiście na chwilę się na niej zatrzymałyśmy. Specjalnością Chiwy są wyroby drewniane, między innymi szachy, bardzo dekoracyjne, ale te najtańsze są jednak fabryczne, a prawdziwe rękodzieło kosztuje sporo pieniędzy. No i jak je przewieźć w walizce? Inna specjalność to marionetki z drewna i masy papierowej, z włosami z wełny, ubrane w tradycyjne stroje. Z żalem zrezygnowałam z zakupu: nie były drogie, ale co z tym zrobić?




Później trafiłyśmy na jednej z ulic na pokaz muzyczny z udziałem dużych marionetek: bardzo mi się spodobało, że lokalni turyści dołączyli się spontanicznie do tańców.

Ulica prowadząca do twierdzy obstawiona jest straganami z charakterystycznymi czapami z wełny, tradycyjnym nakryciem głowy w tym regionie (nawet chanowie nie nosili tu turbanów, tylko właśnie te czapy). To chyba jedna z najpopularniejszych pamiątek z Chiwy.


Zrobiłyśmy sobie zdjęcia pod minaretem Kalta Minor, który zaczęto budować w 1851 roku i miał się stać najwyższym minaretem na świecie. Nic z tego nie wyszło, bo ambitny chan Muhammed Amin (podobno marzył, żeby popatrywać z minaretu na odległą o 400 kilometrów Bucharę), wkrótce zginął. Wobec tego minaret ma tylko 29 metrów wysokości, ale jest tak szeroki, że przypomina raczej bastion. Kolorystyka przebija wszystkie inne minarety.
Przy wejściu do twierdzy okazało się, że mieszkanie w obrębie murów jednak nie zwalnia nas od kupienia biletu, jeśli chcemy zwiedzać zabytki w środku. Chciałyśmy, chociaż bilet zbiorczy był dość drogi, około 17 euro.


W twierdzy podziwiałyśmy piękne kafelki i majoliki – tak, właściwie podobne do widzianych wcześniej, ale jakoś się nie nudzą – i odtworzony wystrój niektórych wnętrz. Odtworzony, bo oryginalne meble itp. w pierwszej połowie XX wieku zniszczono lub wywieziono do Rosji (np. pokryty srebrnymi płytkami tron chana znajduje się w zbrojowni na Kremlu, w Chiwie zobaczyć można tylko kopię). Największe wrażenie robią dekoracje ścienne i misternie rzeźbione sufity. Jak na upodobania starszej pani, trochę tam było za dużo ludzi.
Na wielkim placu przed Kunja Ark zwrócił moją uwagę jakiś mężczyzna, z wielkim przejęciem fotografujący profesjonalnym aparatem wnętrze czegoś, co z daleka wyglądało na wypiętrzony gliniany pojemnik. Ki diabeł? Podeszłam, żeby sprawdzić, w czym rzecz, i odkryłam, że chodzi o rodzaj tradycyjnego pieca chlebowego (tzw. tandyr). Wszystkie wewnętrzne ściany były oblepione płaskimi, okrągłymi plackami. Placki są gotowe bardzo szybko, zaledwie po 4-8 minutach i można je kupić ze stojącego obok stolika, ale moje obawy higieniczno-mikrobowe powstrzymały mnie przed eksperymentem kulinarnym.


Dlaczego ten facet z takim zajęciem fotografuje środek glinianego pojemnika? Okazało się, że pojemnik to piec to wypiekania placków, tzw. lepioszek, przyklejanych do wewnętrznych ścian.
Dokładnie naprzeciwko Kunja Ark znajduje się Medresa Mohammeda Rakhima II, która wygląda podobnie jak wszystkie inne madrasy (w Uzbekistanie naprawdę trudno odróżnić budynki z innych wieków, bo kanon architektoniczny od XIII wieku praktycznie się nie zmieniał, trzeba się znać na drobnych detalach, ale to nie ja), ale pochodzi z drugiej połowy XIX wieku, a ciekawa jest głównie dlatego, że była pierwszą szkołą, w której uczono nie tylko materii religijnych, ale także matematyki, geografii czy filozofii. Dzisiaj na dziedzińcu stoją, jak wszędzie, stragany sprzedawców, a w środku znajduje się muzeum historii Chanatu Chiwy.


W muzeum historii Chanatu w Medresie Mohammeda Rakhima nie ma jakichś cennych eksponatów, ale warto do niego zajrzeć, żeby czegoś się dowiedzieć o burzliwych dziejach Chiwy
Były tam sceny rodzajowe z życia dziewiętnastowiecznej Chiwy oraz figury woskowe ostatnich chanów i różnych dostojników – wszyscy obowiązkowo w wełnianych czapach – a także stare zdjęcia, które zafascynowały mnie najbardziej. Patrząc na podobiznę chana Mohammada Rahima II (panował w latach 1864-1910 i podobno był oświeconym władcą, to właśnie on ufundował przecież tę madrasę z nowym programem nauczania) miałam surrealne wrażenie deja vu, bo wyglądał prawie jak emir Alim z Buchary (tylko ta czapa!). Były też zdjęcia jego syna, przedostatniego chana, Asfandijara, natomiast jakoś nie widziałam zdjęć brata Asfandijara i ostatniego chana, Saida Abdullaha (dopiero potem odkryłam, dlaczego).

Wzbogacone o nowe informacje o historii Chiwy (raczej cząstkowe, ale eksponaty bardzo mnie zachęciły do dalszej lektury), udałyśmy się do meczetu piątkowego, Dżuma czy też Juma (Juma to właśnie piątek. W każdym mieście jest taki, bo to swoisty odpowiednik naszej katedry, najważniejszy budynek sakralny). Ach, to było coś naprawdę wyjątkowego. Zamiast kopuł, wysokiego portalu, dziedzińca itp. jest to po prostu wielka (55 na 46 metrów) hala modlitewna, podtrzymywana przez niesamowity las ponad 210 rzeźbionych kolumn ustawionych w regularnych rzędach. Praktycznie każda kolumna jest inna, te najstarsze (około 20) mają blisko tysiąc lat i przetrwały najazd Dżyngis-chana. Światło pada z kwadratowego wycięcia w dachu.

W czasach sowieckich meczet zmieniono na magazyn (nie urządzono tu fabryki, bo kolumny stoją zbyt gęsto) a potem na muzeum ateizmu i dzięki temu kolumny przetrwały, nikt ich nie porąbał na opał, jak to się niestety zdarzyło w wielu innych zabytkowych budowlach.
Obejście meczetu zajęło nam więcej czasu niż zwiedzanie twierdzy, bo prawie przy każdej kolumnie warto się na chwilę zatrzymać. Nie wszystkie znajdowały się od początku w tym miejscu: kiedy rozpoczęto prace remontowe na wielką skalę, wiele z nich już zgniło lub uszkodziły je korniki. W latach osiemdziesiątych szukano „nowych” starych podpór – od lokalnej ludności odkupiono 108 kolumn ze zniszczonych wcześniej budynków, zachomikowanych po piwnicach, podwórkach itd. No a jakaś część to współczesne kopie, odtworzone przez rzemieślników na podstawie zachowanych materiałów archiwalnych.
Co zjeść, gdzie zjeść w Chiwie?
Nadeszła pora na obiad – trudno uwierzyć, ale po zwiedzeniu tych wszystkich różności była dopiero druga (może dlatego, że tym razem nie pławiłyśmy się na zakupach.) Znalezienie sympatycznego lokalu jest tu trudniejsze niż w Samarkandzie czy Bucharze, bo w obrębie murów wszystkie restauracje są rygorystycznie turystyczne, a podążać gdzieś daleko się nam nie chciało.

Po namyśle zdecydowałyśmy się na restaurację Arxi Terrasa, którą tak namiętnie polecał nam Shakir, właściciel naszego pensjonatu. Oceny na Google są dosyć dobre, wygląd zachęcający, personel mówi po angielsku.
Zamówiłyśmy chorezmski zielony makaron (Shivit Oshi), bo to najbardziej charakterystyczne danie w Chiwie (zielony kolor to wynik dodania kopru do ciasta). Makaron wyglądał bardzo estetycznie, natomiast w smaku był taki sobie (powiedzmy uczciwie, że jestem zepsuta doświadczeniami we Włoszech, aka kraju makaroniarzy). Ja zjadłam go bez problemów, natomiast koleżanka nie była w stanie go skończyć.


Później, na kolację wybrałyśmy się na zewnątrz murów – tam większość lokali to restauracje hotelowe. Weszłyśmy na chybił-trafił do jednej z nich, Khiva Qal’a Restaurant (znowu kierując się Googlem, nie odważyłam się poprosić właściciela pensjonatu o rekomendację, bo przecież szwagier i muzyka na żywo…). Wystrój przypominał knajpę z wyższej półki z czasów późnogierkowskich, a kelnerzy udawali, że mówią po angielsku (znowu!). Zamówiłyśmy szaszłyki (oczywiście!) i nawet wino (w lokalach turystycznych nie ma problemu z zamawianiem alkoholu). Szaszłyki były niezłe, ale nie dorastały do pięt ambrozji z Samarkandy.
Niespodziewane skarby pałacu Nurullabaja
Po obiedzie starsza pani numer dwa stwierdziła, że jednak musi trochę odsapnąć, tym bardziej, że zrobiło się gorąco. Starsza pani numer jeden także nie była w szczytowej formie (wysokie temperatury to mój wróg), ale szkoda jej było popołudnia. Umówiłyśmy się na spotkanie później i po raz kolejny pognałam rączym krokiem przez Iczan Kala. Tym razem wyszłam poza mury, bo bardzo chciałam dotrzeć do „prawdziwego” miasta. Okazało się to jednak trudniejsze niż przypuszczałam, bo Iczan Kala otoczona jest buforowym pasem obwodnicy i wypielęgnowaną zielenią, gdzie są tylko hotele i jakieś bary.

Uznałam, że nie mam siły podążać dalej i zadowoliłam się wizytą w pałacu Nurullabaja, wybudowanym przez chana Muhammada Rahima dla syna, Asfandijara. Rezydencja powstała, na początku XX wieku na zewnątrz murów Iczan Kala, bo tam nie było już miejsca na nową budowlę. Nazwa pałacu to imię kupca, który odsprzedał chanowi swoje ogrody właśnie pod warunkiem, że pałac zachowa jego imię. To chyba jedyny zabawny szczegół związany z tym miejscem.

Kupiłam wejściówkę (zbiorczy bilet nie obejmuje pałacu) i weszłam, nie obiecując sobie zbyt wiele, choć ucieszyło mnie, że po porannym tłoku w Kunja Ark mam miejsce prawie dla siebie. Pierwsze budynki nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia.


Przeszłam przez puste korytarze i niezbyt ozdobne dziedzińce, popatrzyłam z szacunkiem na bardzo nieliczne ładne, antyczne i skąpo opisane eksponaty. A potem trafiłam do skrzydła poświęconego początkom fotografii i filmu w Chiwie. I ugrzęzłam.
Sekcja filmów i fotografii urzekła mnie nie dlatego, że je lubię (chociaż lubię), ale dlatego, że odkryłam w niej rzeczy, o których nie miałam pojęcia, potem pogłębione już własną lekturą. Przede wszystkim niezwykła postać pierwszego chorezmskiego (dzisiejsze źródła mówią: uzbeckiego) fotografa i pioniera kina, Chudajbergena Diwanowa, oraz jego tragiczne życie. Oglądając zdjęcia Chiwy z przełomu XIX i XX wieku i rozklekotane nagrania filmowe ukazujące życie codzienne jak wyjęte ze średniowiecza, rekonstruowałam powolutku jego dzieje.


Jak mennonita nauczył Diwanowa fotografii (dygresja dla wytrwałych)

Urodzony w 1879 roku Diwanow pasją do fotografii zaraził się od Wilhelma Pennera – niemieckiego mennonity, który wraz ze swoją społecznością osiedlił się pod Chiwą (mennonici w Chiwie?! No właśnie, kolejne odkrycie). Początkowo jego zdjęcia wzbudziły oburzenie chiwijskiego kleru, uważającego portretowanie ludzi za świętokradztwo, ale chan (ten oświecony, Muhammed Rahim) wziął go pod opiekę i mianował oficjalnym fotografem dworskim – dzięki temu zachowały się liczne fotografie portretowe samego chana i dworskich dygnitarzy. W 1907 roku Diwanow odwiedził Petersburg, jako członek delegacji wezyra Isłama Hodży (tego od minaretu) i przywiózł stamtąd do Chiwy pierwszą kamerę oraz gramofon. (Fragmenty zrealizowanych przez niego nagrań można obejrzeć na youtubie: tutaj. Komentarz jest po uzbecku, ale to nie przeszkadza, warto popatrzeć na przedrewolucyjną Chiwę)

To jedno z najpiękniejszych zdjęć Diwanowa, które udało mi się znaleźć i jedno z niwielu powojennych
Po rewolucji i upadku chanatu w 1920 roku, Diwanow zaangażował się w budowę nowej, przejściowej Chorezmskiej Ludowej Republiki Radzieckiej, zostając nawet jej ministrem finansów. Później pracował jako operator w pierwszym uzbeckim studiu filmowym. Niestety, nie ominęły go stalinowskie czystki. W 1937 roku został aresztowany przez NKWD i rozstrzelany w obozie jenieckim. (Zniszczono wtedy także bardzo wiele zdjęć i filmów, na szczęście coś przetrwało).
Zastanawiam się, czy to Diwanow zmienił stosunek Uzbeków do fotografii? Bo dzisiaj nie tylko się przed nimi nie wzbraniają, ale pasjami robią sobie zdjęcia.
Doczytałam się, że sztuki fotografii nauczył Diwanowa niemiecki osadnik, Wilhelm Penner. Skąd w Chiwie jakiś niemiecki osadnik? Musiałam odłożyć rozwiązanie zagadki, bo nie zwiedziłam przecież jeszcze całego pałacu, została mi reprezentacyjna siedziba przedostatniego chana, Asfandijara (uff, trudne te imiona). Znałam go już z fotografii w muzeum, ale tam występował jako blady młodzieniec siedzący obok ojca, tego oświeconego Muhammeda Rakhima. Pałac ukończono w 1912 roku i chciałam go porównać z siedzibą Sitorai Mokhi-Khosa w Bucharze: czy też będzie takie przemieszanie Orientu z Zachodem? Było, a jakże.
Zdjęłam obuwie (przed wejściem piętrzyła się kupka sandałów; zresztą w pensjonatach nauczyłyśmy się już, że należy zdejmować buty przed wejściem do środka) i rozpoczęłam spacer po paradnych pomieszczeniach, a przy okazji po życiu chana. No tak. Rosyjskie piece kaflowe – całkiem jak w Bucharze. Europejskie meble. Dywany – a jakże, wschodnie. Bogato zdobione ściany… i tutaj się zatrzymałam.

Ściany i sufity wyglądały jakoś dziwnie, ani do końca wschodnio ani do końca zachodnio. A już drzwi i okna… No, ni pies ni wydra, ale bardzo ładne. Dokształcić się trzeba. Tablice informacyjne naprowadziły mnie na właściwy trop, a resztę zrobił Google. Mennonici! (Jeśli ktoś nie wie, kto to taki, niech pomyśli o amiszach – o nich wszyscy wiedzą. No, przynajmniej wszyscy w moim wieku, od kiedy Harrison Ford zagrał w filmie Świadek).
Mennonici w Chiwie i co z tego wynikło (dygresja dla bardzo wytrwałych)
Mennonici, niemieckojęzyczna wspólnota anabaptystyczna, w Chiwie znaleźli się w latach 80. XIX wieku. Przybyli pod wodzą charyzmatycznego Claasa Eppa jra., który zapowiadał, że zaraz nastąpi koniec świata (kiedy nie nastąpił, Claas wpadł w głęboką depresję) ale przede wszystkim, uciekali z Rosji przed poborem wojskowym, bo ich pacyfistyczna religia zabraniała wszelkiej agresji i gdy tylko jakiś rząd chciał im narzucać służbę w wojsku, przesiedlali się do innego kraju.

W Taszkencie ani Bucharze ich nie chciano, za to chan Chiwy (wciąż ten oświecony Muhammed Rakhim) podarował im ziemię 13 km od miasta. Założyli tam wioskę, którą miejscowi przezwali Ak Meczet (Biały Meczet), od ich pobielonego kościoła.
Mennonici byli doskonałymi rzemieślnikami: stolarzami, kowalami i budowniczymi. Upowszechnili nowe metody rolnicze, uprawę ziemniaków, pomidorów, ogórków, wybudowali pierwszy szpital, aptekę oraz wykonali tę piękną stolarkę w pałacu Nurullabaja. No a Wilhelm Penner, zwany przez miejscowych „dziadkiem latarnią” zaraził młodego Diwanowa pasją do fotografii.
Udało im się przetrwać jakiś czas jeszcze w czasach sowieckich, ale kiedy odmówili kolektywizacji, w 1935 roku osadę zlikwidowano a mieszkańców deportowano do Tadżykistanu. Ich potomkowie rozproszyli się po świecie. Skąd my to znamy.
Po długim czasie zapomnienia, w Uzbekistanie przypomniano sobie o mennonitach i ich zasługach cywilizacyjnych w Chiwie. W Iczan Kala otwarto w 2019 roku wystawę im poświęconą (jaka szkoda, że nie zdążyłam jej zwiedzić!). Postanowiono także zrekonstruować osadę (tak, rekonstrukcje to ulubiony sport w Uzbekistanie!)
Nie miałam czasu zagłębić się w temat, więcej poczytałam sobie na ich temat później, ale myśl o niemieckich anabaptystach, którzy w drugiej połowie XIX wieku założyli osadę pod Chiwą i zapoznali lokalną ludność z nowymi warzywami, nowoczesną uprawą bawełny, pojęciem elektryczności i wynalazkiem fotografii była intrygująca.
W rezydencji chana jakoś mało było informacji o samym chanie, więc to też musiałam sobie doczytać samodzielnie. Lektura to była niewesoła. Sam Asfandijar bez żadnej propagandy wyłonił się z niej jako dość paskudna postać i nieudolny władca. Najpierw za jego przyzwoleniem zamordowano postępowego wezyra Isłama Hodżę (tego od najwyższego minaretu), chociaż był jego teściem. Następnie podwyższono podatki, ograniczono racje wody i ogólnie ludność zaczęła głodować, co doprowadziło do wybuchu buntów i rebelii. Przyczyną jednej z nich była podobno przymusowa selekcja dziewcząt do haremu (naprawdę? W drugim dziesięcioleciu XX wieku?)

Asfandijar nie umiał sobie poradzić z nieporządkiem w państwie ani z atakami Turkmenów (to w wielkim uproszczeniu, jeśli kto ciekawy, niech poczyta sobie ten artykuł) i postanowił przekupić groźnego wodza turkmeńskiego, Dżunaid-chana, którego mianował naczelnym dowódcą swojej armii. Bardzo źle na tym wyszedł, bo kiedy po rewolucji w Rosji w 1917 Asfandijar stracił swojego jedynego potężnego protektora, cara, Dżunaid-chan postanowił się go pozbyć. 1 października 1918 roku jego ludzie wdarli się do pałacu i udusili chana (zdaje się, że nikt nie bronił go specjalnie). Brr!
Teraz już chodziłam po pokojach, łypiąc niespokojnie na lewo i prawo i zastanawiając się, gdzie dokładnie zamordowano Asfandijara. Może to i dobrze, że meble w pokojach są replikami.
Trzeba było już biec na spotkanie z wypoczętą starszą panią numer dwa. Opuszczając Nurralabaj, uświadomiłam sobie, że nadal brakuje mi kawałka historycznej układanki: Asfandijar zginął w 1918 roku, a chanat upadł w 1920 roku. Co się działo przez te dwa lata?

Odłożyłam rozwiązanie zagadki na później. Wdrapałyśmy się na mury obronne (znowu trzeba kupić osobny bilet) i sumiennie przeszłyśmy cały dostępny (całkiem spory) kawałek w jedną i drugą stronę. W dzień i w upale pewnie uznałabym, że rzecz niewarta fatygi, ale pod wieczór światło było piękne, a temperatura przyjemna.
Wieczór poświęciłyśmy na włóczęgę po znanych nam już uliczkach Iczan Kala, bo po zachodzie słońca miasto się zmienia i zaczyna naprawdę przypominać miasto z baśni, a nie skansen. Tylko kolacja (pisałam o niej wcześniej) była raczej komunistyczna niż romantyczna.


Pałac Tasz-Chauli, Medresa Kutlug Murada Inaka i ostatnie zakupy w Allakuli market
Następnego dnia miałyśmy dla siebie jeszcze całe przedpołudnie, bo wylatywałyśmy z Urgenczu późnym popołudniem (bardzo polecam: lot z nadaną walizką kosztował ok. 70 euro). Przypomniałyśmy Shakirowi, że dałyśmy mu już poprzedniego dnia pieniądze za taksówkę i ruszyłyśmy na ostatni przebieg po Iczan Kala. Brakowało nam do kompletu pałacu Tasz-Chauli, z pierwszej połowy XIX wieku, więc od niego zaczęłyśmy. Weszłyśmy do strefy Haremu. W pomieszczeniach nie było za wiele do oglądania, za to zawyłyśmy z zachwytu na widok cudownych drewnianych sufitów i równie cudownych majolik (owszem, widziałyśmy już całe masy błękitnych kafelków, ale od tych aż się ćmiło w oczach. W dodatku są przyjemnie wyszczerbione, czyli prawdziwe).

W jednej z sal natknęłyśmy się na bardzo osobliwe kwietne malunki. Całkiem jak z Zalipia! Niestety nie było za bardzo wyjaśnień i dopiero Google nas poinformował, że to tak zwana sala rosyjska, bo chan (pewnie Muhammed Rakhim) zażyczył sobie komnaty urządzonej „po europejsku”, aby olśnić zagranicznych gości i pokazać swój kosmopolityczny gust. Lokalni rzemieślnicy z Chiwy dostali zadanie odwzorowania europejskich tapet oraz rosyjskich, dworskich motywów florystycznych. Ponieważ artyści nigdy wcześniej nie tworzyli takich rzeczy, zinterpretowali te wzory na swój własny sposób: namalowali kwiaty bardzo płasko, jaskrawo i z naiwnym, ludowym wdziękiem.

Kiedy weszłyśmy do pałacu, było jeszcze dość pusto, ale wkrótce dziedziniec zaczął się zapełniać, między innymi komitywami lokalnych babciowych turystek w barwnych strojach, idealnie komponujących się z wzorami kafelków. Poprosiłam o pozwolenie, na zrobienie im zdjęcia i zrobiła się z tego cała sesja fotograficzna, bo one też chciały się uwiecznić z europejskimi starszymi paniami.
Potem zaciągnęłam starszą panią numer dwa do Allakuli Tim Market, prawie naprzeciwko pałacu. Odkryłam go poprzedniego dnia podczas samotnego spaceru i… Sezamie, otwórz się! To bez dwóch zdań najlepsze miejsce zakupowe w całym Iczan Kala, ogromna jaskinia skarbów ze stoiskami raczej wyspecjalizowanymi w jednym typie towarów niż w turystycznej masówce. Były tam oczywiście nasze ukochane jedwabne apaszki (a jakże, na koniec nabyłyśmy jeszcze kilka), ale także coś, w czym specjalizuje się właśnie Chiwa: szale i chusty z wielbłądziej wełny. Jakie to miękkie! Jakie to cieplutkie! Już poprzedniego popołudnia kupiłam jeden, więc teraz zaprowadziłam koleżankę prosto w to samo miejsce. Sprzedawczyni mnie rozpoznała i z wielkim zapałem zaczęła pokazywać różne wzory. Stałyśmy i oglądałyśmy i zdecydować się nie mogłyśmy, bo dosłownie każdy szal był trochę inny. Przekopałyśmy się chyba przez trzydzieści, w szampańskiej atmosferze, bo do naszej sprzedawczyni dołączyły sąsiadki ze stoisk obok, dokładając swoje dwa grosze co do tego, w czym nam najbardziej do twarzy. Kupiłyśmy… kilka szali (nie powiem, ile), a sprzedawczyni z wielkiej radości wcisnęła mi do ręki bawełnianą apaszkę gratis. Po opuszczeniu Tim Allakuli przysiągłyśmy sobie, że TO JUŻ NAPRAWDĘ KONIEC ZAKUPÓW i kulturalnie wykorzystałyśmy zbiorczy bilet, aby zwiedzić medresę Kutlug Murada Inaka naprzeciwko.
. Z zewnątrz nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia, bo wygląda identycznie jak dwadzieścia pięknych medres, które widziałyśmy wcześniej (nie do końca: stoi na czymś w rodzaju podwyższenia), ale w środku czekała nas niespodzianka: budka na środku dziedzińca prowadząca po niezbyt wygodnych schodach (starsze panie chwilę się zastanawiały, czy warto się trudzić, na szczęście uznały, że warto), do czegoś w rodzaju gigantycznej oubliette. Dorozumiałyśmy się jednak, że nie było to więzienie, lecz gigantyczny zbiornik na wodę, tzw. sardoba, w którym mieściło się ok. 100–150 tysięcy litrów. Działał aż do czasów, gdy władze sowieckie przebudowały Chiwę na muzeum.

W celach wokół dziedzińca można także popatrzyć na wystawę współczesnego uzbeckiego malarstwa. Nie jest to może sztuka najwyższych lotów, ale kilka obrazów naprawdę mi się spodobało, a ich tematyka odzwierciedla zainteresowania tematyczne uzbeckich artystów – sporo portretów ważnych postaci oraz oczywiście upamiętnienie Pahlawana.
Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy nie wrócić do pensjonatu, żeby powoli spakować walizki i zostawić je, w recepcji, kiedy zorientowałyśmy się, że nie weszłyśmy do drugiej części pałacu Tasz-Chauli. Aż się nam gorąco zrobiło (może też dlatego, że naprawdę temperatura szybko rosła). Przebiegłyśmy po licznych korytarzach, pokojach i dziedzińcach w trochę nieprzyzwoitym pośpiechu, podziwiając kafelki, sufity oraz jurty. Jurty są oczywiście nowe, ale stoją na specjalnych historycznych postumentach na dziedzińcu. Jurta w pałacu? Tak! O ile latem przyjemniej było przebywać w przestronnych salach pałacowych, o tyle zimą jurta była cieplejsza i lepiej chroniła przed mrozem.
Teraz trzeba już było szybko wrócić do pensjonatu. Zamknęłyśmy walizki z pewnym trudem (zwłaszcza starsza pani numer dwa, ha ha), zniosłyśmy je na dół (też z pewnym trudem), przypomniałyśmy po raz kolejny Shakirowi, że NAPRAWDĘ już zapłaciłyśmy za taksówkę na lotnisko i udałyśmy się na pożegnalny obiad do Terrassa Cafe Restaurant z widokiem na Kunja Ark. Ponieważ zrobiło się upalnie, nie wyobrażałam sobie wchłonięcia jakiejś gorącej potrawy i zaryzykowałam sałatkę (wcześniej unikałam surowych warzyw, bo wiadomo, mikroby itd.). Sałatka była smaczna. Efektów żołądkowych nie odczułam.

Starsza Pani pamiętała, aby przez cały pobyt pić tylko wodę butelkowaną chociaż stale zapominała, żeby używać jej do mycia zębów. Nie jadła też surowizny. Ale co tam, raz się żyje!
A potem… no cóż, już tylko taksówka i lotnisko w Urgenczu, malutkie i pozbawione atrakcji. Przyjechałyśmy zresztą za wcześnie, jak to się starszym przejętym paniom często zdarza. Jednak za późno, aby rzucić się na poszukiwania pomnika Anny German (ciekawe, czy młode pokolenie wie, kto to taki). German urodziła się w 1936 roku właśnie w Urgenczu, a jej rodzice mieli mennonickie korzenie.


Miałam dzięki temu czas, żeby zapoznać się wreszcie z bardzo smutną historią ostatniego chana Chiwy, Saida Abdullaha.
Okazało się, że za bardzo przejmowałam się losem ostatniego emira Buchary na wygnaniu, bo chociaż ostatni chan Chiwy też tak poniekąd skończył, to było to wygnanie zupełnie innego rodzaju. Zrozumiałam, dlaczego w żadnym muzeum w Chiwie nie natknęłam się na żadne o nim wzmianki.
Dygresja o ostatnim chanie Chiwy (dla odpornych na smutne historie)
Said Abdullah był bratem zamordowanego Asfandijra, ale jak się zdaje, nigdy nie interesowała go polityka (Józef Hen twierdzi, że był opiomanem, ale moim zdaniem to może być echo sowieckiej propagandy). Po śmierci brata w 1918 roku ukrył się w domu, obawiając się o swoje życie, ale ludzie Dżunaida chana wyciągnęli go za kołnierz (Ja Klaudiusz się kojarzy, prawda?), bo Dżunaidowi potrzebny był władca-marionetka, żeby zachować pozory legalności władzy. Said był właściwie jego więźniem, zamkniętym w swoim pięknym pałacu. Kiedy w lutym 1920 roku Dżunaid uciekł przed naporem wojsk bolszewickich, Said od razu abdykował. Niewiele mu to pomogło, bo już w kilka miesięcy później jego i innych mężczyzn z rodziny aresztowano i deportowano na Ukrainę, do Krzywego Rogu, gdzie niektórzy pracowali w kopalni, inni, na przykład jego upośledzony, głuchy brat Ibadulla, żebrali na ulicach. Chan był tam zatrudniony jako dozorca, z trudem zarabiając na życie. W czasie Hołodomoru, wycieńczony i słaby, zachorował na czerwonkę i zmarł w 1933 roku w szpitalu kopalnianym. Pochowano go w bezimiennym grobie. Miał wtedy ok. 60 lat.

Unknown author – Own work
CC BY-SA 4.0
W związku z tym, ostatnim chanem złożonym w mauzoleum Pahlawana jest ojciec dwóch ostatnich, Muhammed Rakhim. Asfandijara również tam nie pochowano, bo został zabity poza murami Iczan Kala i zgodnie z prawem nie wolno było wnieść jego ciała na teren miasta.
Wylatywałam do Taszkentu z poczuciem, że dopiero zaczęłam odkrywać tajemnice Uzbekistanu – i że bardzo chciałabym tu jeszcze wrócić.
Inne wpisy o Uzbekistanie:
Polecieć do Uzbekistanu i co dalej? Uwagi praktyczne
Taszkent socjalistyczny i surrealistyczny
Samarkanda – między Pruszyńskim a szaszłykiem
Buchara – perska lekcja dla starszej pani












Zostaw odpowiedź