Buchara czyli perska lekcja dla starszej pani

JEDZIE POCIĄG (DO BUCHARY) Z DALEKA

Podróż pociągiem do Buchary — trzy godziny zamiast dwóch, bo znowu przez pomyłkę kupiłam bilety na wolniejszy intercity — spędziłyśmy na lekturze naszych przewodników, z niezbyt wielkim powodzeniem usiłując zapamiętać nazwy wszystkich medres i meczetów, które powinnyśmy zwiedzić. Zwłaszcza lektura mojego przewodnika była tak mało pasjonująca, że ostatecznie zostawiłam książkę przez roztargnienie w wagonie. Zorientowałam się dopiero po dwóch dniach, co samo w sobie było wymownym dowodem jej niskiej użyteczności.

Kierowca zablokował się w wąskiej uliczce i musiałyśmy dotrzeć samodzielnie z bagażem do naszego hoteliku

Dworzec kolejowy w Bucharze tak naprawdę znajduje się kilkanaście kilometrów od miasta, w miejscowości Kogon. Na olbrzymim, chaotycznym parkingu czekali już kierowcy chętni do wyrwania nam walizek z rąk i zaprowadzenia nas do swojego samochodu. Tak jak w Samarkandzie, zbiłyśmy cenę do 10 dolarów, czyli mniej więcej trzy razy więcej niż za Yandexa. Inaczej niż w Samarkandzie, gdzie jechałyśmy starym rzęchem, samochód był nowy i wygodny. Niestety szybko się okazało, że samozwańczy taksówkarz tylko udawał, że wie, gdzie znajduje się nasz pensjonat — tak samo jak udawał, że rozumie po angielsku.

W rezultacie nie tylko pojechał okrężną drogą, ale zapuścił się w nieprzejezdne uliczki i w końcu zaproponował, że nas wysadzi, bo zostało tylko sto metrów. No cóż, wygramoliłyśmy się z auta i doturlałyśmy na miejsce. Oczywiście, z drugiej strony można było wygodnie podjechać pod same drzwi.

Pensjonat Old Street znajduje się w charakterystycznym starym domu przypominającym trochę fortecę: na zewnątrz jest mur i brama wejściowa, wewnętrzne pokoje mają okna wychodzące na centralny dziedziniec.

Mieszkałyśmy jakieś dziesięć minut od ścisłego historycznego centrum, w starej, ale już mniej turystycznej dzielnicy. Tuż obok był malowniczy Chor Minor, pozostałość po dziewiętnastowiecznej medresie. Wieczorem miałyśmy budowlę tylko dla siebie

Pierwsze wrażenia z noclegu, Old Street, nie były nadzwyczajne, zwłaszcza po baśniowym hoteliku w Samarkandzie. Tradycyjny dom z dziedzińcem, czysty pokój z łazienką, z której można było jeszcze przejść do kotłowni, ale całość skojarzyła mi się raczej z socjalistycznym domem wczasowym z lat siedemdziesiątych niż z egzotycznym pensjonatem.

Dzielnica, w której znajdował się nasz pensjonat, to już nie centrum turystyczne, tylko stara część miasta, w której mieszkają miejscowi

Starszy pan, który nas przywitał, potrafił powiedzieć po angielsku: room, breakfast, bathroom i water. Bardziej zaawansowane próby komunikacji z naszej strony tak go przeraziły, że po prostu zadzwonił do właściciela i przekazał nam telefon. Tu już można było jako tako się dogadać. Usiłowałyśmy umówić się na śniadanie o ósmej, ale głos w słuchawce z jakichś tajemniczych powodów upierał się, że najwcześniej może być dziewiąta. Stanęło na ósmej trzydzieści.

HISTORYCZNA BUCHARA – PIERWSZA RUNDA

Rundy honorowe z taksówkarzem i mozolna konwersacja w pensjonacie zabrały nam sporo czasu, więc natychmiast ruszyłyśmy odkrywać stare miasto. Old Street, jak sama nazwa wskazuje, jest stara, ale znajduje się jakieś dziesięć minut spacerem od właściwej starówki, tuż obok uroczego, ale dużo młodszego od innych zabytków meczetu Chor Minor.  Ponieważ głód też zaczął nam doskwierać, priorytetem było znalezienie restauracji.

W historycznym centrum Buchary natychmiast zagroziło nam przebodźcowanie kuszącymi ze wszystkich stron towarami. Żeby chociaż były brzydkie!

Co prawda moja koleżanka trochę straciła ten priorytet z oczu, kiedy znalazłyśmy się na głównym deptaku historycznego centrum, a z lewej i prawej zaczęły kusić sklepiki z jedwabiami. Pozostałam nieugięta: najpierw obiad, potem kolejna runda zakupów.

Jednym z uroków spaceru po starówce Buchary jest brak samochodów na większości uliczek. Oczywiście sprzyja to dłuższym postojom przy wystawionych towarach..

Tylko że następnie to ja zaczęłam kaprysić. Doszłyśmy tymczasem do klimatycznego placu ze zbiornikiem Labi Hauz, obstawionego knajpkami i stolikami. Koleżanka uznała, że możemy tam spocząć, ale moje krytyczne oko popatrzyło na zafoliowane menu i znudzonych kelnerów, po czym orzekło, że to na pewno turystyczna pułapka. Po sprawdzeniu kilku innych miejsc polecanych przez Google’a weszłyśmy do Joy Gastro Bar. Też turystycznego — zdążyłam już zrozumieć, że w historycznym centrum nie znajdziemy nic, co turystyczne by nie było — ale urządzonego gustownie w odnowionym na wysoki połysk karawanseraju.

W Joy Gastro Bar młodziutki kelner pokazał nam sztuczkę nalewania herbaty do filiżanki poprzez przechylenie tacy

Postanowiłyśmy zjeść tylko zestaw przystawek, żeby szybko się uwinąć i zdążyć jeszcze wejść do jakiejś medresy, zanim wszystko zamkną. Tu akurat się przeliczyłyśmy, bo na zakąski też trzeba było dłuższą chwilę poczekać. Za to były naprawdę pyszne. Ceny wyższe niż w Samarkandzie, ale i tak pierwsza lepsza restauracja w Krakowie by je przebiła.

Wejście do krytego bazaru. Bardzo mnie ucieszyło, że po starówce nie wolno jeździć elektrycznym hulajnogom. Moglibyśmy i w Krakowie taki zakaz wprowadzić…

W każdym razie zrobiło się po siedemnastej, wszystkie szacowne obiekty zdążyły się już zamknąć. Jedyną opcją zwiedzania, jaka nam pozostała, była dawna siedziba emira Buchary, cytadela Ark, otwarta do 21.

Spacerkiem od Labi Hauz można tam dojść w około 15–20 minut. Problem w tym, że droga prowadzi przez kryte bazary historycznego centrum i uliczki obstawione kolorowymi straganami. Moja koleżanka wyraźnie utraciła umiejętność poruszania się w linii prostej i w rezultacie do fortecy dotarłyśmy po półtorej godziny, bogatsze o kilka nowych szali.

Kryte bazary w Bucharze to miejsce, gdzie jest najtłoczniej… i najdrożej

Popatrzyłyśmy także z uznaniem na piękne noże, a w jednym ze sklepów pan pokazał nam, na czym polega unikalność wielowarstwowego ostrza z damasceńskiej stali. Ceny tych morderczych narzędzi przekraczały nasze możliwości finansowe, poza tym dla starszych pań mają mniejszą wartość użytkową niż jedwabne apaszki. Muszę jednak przyznać, że prezentowały się imponująco.

CYTADELA ARK, CZYLI NIE ZAWSZE PIĘKNE TO, CO CIEKAWE A CIEKAWE TO, CO PIĘKNE

Zakupy to wyczerpujące zajęcie i do twierdzy dotarłyśmy już dość zmęczone, choć zdopingowane tym, że w świetle zbliżającego się zmierzchu stare budowle nabrały nowego czaru.

Czegoś takiego, jak mury Cytadeli Ark w Bucharze jeszcze nie widziałam. Przy okazji udało mi się sfotografować sprzedawczynię w pozie anioła z Madonny w grocie Leonarda da Vinci. Metafizyka do kwadratu!

Po pierwsze: mury obronne. Co to jest?! W życiu nie widziałam takich wypęczniałych konstrukcji, przypominających babki z piasku budowane na plaży. Potem zobaczyłam podobne w Chiwie i w sumie to chyba mój największy architektoniczny zachwyt w Uzbekistanie. Na szczęście było na tyle późno, że z placu pod cytadelą zwinęły się już wielbłądy, meleksy, rowerki, samochodziki i co tam jeszcze, które w dzień zaśmiecają widok na fortecę.

Osiemnastowieczna brama wejściowa do cytadeli Ark to jedyna część fortecy, która zachowała się w całości po bombardowaniu w 1920 roku

Przewodniki podkreślają, że Ark jest najstarszym zabytkiem Buchary, co trzeba jednak rozumieć inaczej niż w europejskich kategoriach „oryginału”. Pierwsza forteca została wzniesiona już w V lub VI wieku naszej ery, ale potem wielokrotnie była całkowicie równana z ziemią. Gwoździem do trumny stało się bolszewickie bombardowanie w 1920 roku, które zniszczyło około 80 procent zabudowy wewnątrz murów. Na pocieszenie: legendarna biblioteka, w której pracował sam Awicenna, przepadła wiele stuleci wcześniej. Jedyna w miarę autentyczna część to brama wejściowa z XVIII wieku.

Ponieważ najcenniejsze skarby, których nie udało się wywieźć ostatniemu emirowi, powędrowały do muzeów i znajdują się dzisiaj głównie w Ermitażu, zbiory w zrekonstruowanych budynkach wewnętrznych to takie trochę mydło i powidło. Chyba największe wrażenie robi sama skala sztucznego wzgórza, na którym zbudowano cytadelę — prawie cztery hektary — no i przede wszystkim widok na stare miasto z góry. I tutaj naprawdę polecam zwiedzanie w porze przedwieczornej. Ciepłe kolory zachodzącego słońca nadają starówce malowniczość usprawiedliwiającą ochy i achy, które zwykle pojawiają się w relacjach z podróży do Buchary.

Do Cytadeli Ark warto przyjść pod wieczór, żeby popatrzyć z góry na podświetloną Starówkę.
W 1920 roku ten widok przedstawiał się bardzo odmiennie…
Dzisiaj tak zwana „strefa archeologiczna” cytadeli to po prostu pofałdowany pagórek. Nawet osobie obdarzonej bujną wyobraźnią trudno sobie odtworzyć, jak to miejsce mogło wyglądać w czasach swojej świetności. Ale zawsze można liczyć na bonus np. panią w malowniczym narodowym stroju (jak widać ze zdjęcia, lokalne turystki też ją doceniły)

Obie byłyśmy już na ostatnich nogach, więc przyznam, że nie zwiedziłyśmy z należytą uwagą wszystkich ekspozycji, a na wystawę numizmatyczną nie weszłyśmy w ogóle. No i co ja na to poradzę, że jakoś nie mam nabożeństwa do starych metalowych krążków.

Polacy jak pietruszka… wszędzie ich wysieją. O Barszczewskim pisałam już w poście o Samarkandzie. Jan Prosper Witkiewicz (tak, z podpisu trudno się domyślić, że to Polak) to taki dziewiętnastowieczny James Bond a może Konrad Wallenrod (można o nim poczytać tutaj https://letheko.pl/index.php/postaci/690-jan-prosper-witkiewicz)

Popatrzyłyśmy jednak na kolekcję broni i ozdobnych uprzęży. Przy wielkim knucie zatrzymałam się z pewnym respektem. Po pierwsze, zrozumiałam, co miał dokładnie na myśli Mickiewicz, kiedy obiecywał zesłańcom „świst knutów” i „chrzęst ukazów”. Po drugie, lakoniczny opis w gablotce podawał, że jest to whip of the hero Rustam-i Doston.

Następnym razem kiedy będę czytać np. Konopnicką
Pełne trupa krwawe pole,
Resztę Moskwa gna w niewolę,
Bije knutem i szaszkami, —
Hej, pod Maciejowicami!

moje wyobrażenie o tym, czym był knut, będzie konkretniejsze, Przyznam, że wygląda bardziej przerażająco, niż sądziłam.

Rustam? Nie znałam takiego herosa. To jeszcze nie tragedia, trudno znać wszystkich bohaterów zakorzenionych w lokalnych tradycjach. Jednak sposób podania informacji sugerował, że chodzi o jakąś postać powszechnie rozpoznawalną. I tak mi się plątało po głowie, że ja to imię już gdzieś słyszałam — tylko na pewno nie w kontekście Uzbekistanu.

Wieczorna herbata ze słodkimi przekąskami w ścisłym centrum. Jakość w normie, atmosfera, jak na Bucharę przystało, baśniowa.

Postanowiłam, że sprawdzę to sobie po powrocie do hotelu, ale w drodze powrotnej zasiadłyśmy na herbatę z ciasteczkami w jakiejś herbaciarni, a kiedy doczłapałyśmy do pensjonatu, jedna ze starszych pań — to znaczy ja — zasnęła trzydzieści sekund po złożeniu ciała na łóżku.

HISTORYCZNA BUCHARA – DRUGA RUNDA

Następnego dnia Rustam znowu wyleciał mi z głowy, bo rozwiązałyśmy wreszcie problem Yandexa — o kłopotach z aplikacją piszę tutaj — i postanowiłyśmy zwiedzić letni pałac emira, Sitorai Mokhi-Khosa.

Najpierw trzeba było jednak zjeść śniadanie. Zgodnie z ustaleniami, punktualnie o 8.30 wyszłyśmy na podwórze i zasiadłyśmy przy stoliku. Stolik stał. Nie był nakryty. My siedziałyśmy. Na podwórku panował niezmącony spokój. Dopiero tuż przed dziewiątą z drugiego skrzydła domu wyłonił się znany nam już, językowo bezradny starszy pan i zaczął powolutku przynosić jakieś talerzyki i sztućce. Pierwsze jadalne rzeczy pojawiły się kwadrans po dziewiątej. Nauka: jeśli właściciel mówi, że śniadanie może być najwcześniej o dziewiątej, należy to zaakceptować.

Potem zresztą sprawa się wyjaśniła: kuchnią zajmuje się żona właściciela pensjonatu, która nie mieszka na miejscu i musi dojechać z własnego domu, a akurat tego dnia jej męża nie było w Bucharze i powstał problem transportowy.

Wtedy tego jeszcze nie wiedziałyśmy, więc nieco nadąsane zebrałyśmy się na zwiedzanie około dziesiątej i zamówiłyśmy taksówkę do letniego pałacu emira Alim Khana.

PAŁAC SITORAI MOKHI KHOSA CZYLI O REPUTACJI ( OSTATNIEGO EMIRA BUCHARY)

Do pałacu jedzie się przez niezbyt atrakcyjne przedmieścia Buchary, żeby nagle, zaskakująco, znaleźć się przed ozdobnym wejściem. Ta letnia siedziba ostatniego emira jest umiarkowanie historyczna — została wybudowana tuż przed upadkiem emiratu, w latach 1912–1918 — ale za to w znacznie większym stopniu prawdziwa niż Ark. Nie została zniszczona podczas ataku Armii Czerwonej w 1920 roku, a chociaż wnętrza splądrowano, budynki ocalały i już w 1927 roku zamieniono je w muzeum. To nie jest jeden budynek, tylko szereg pawilonów rozsianych w przyjemnym parku. Krajobraz urozmaicają stoiska z pamiątkami i pawie.

Pałacu z zewnątrz nie widać, otacza go wysoki mur, więc docieramy do wejścia trochę z zaskoczenia, po przejechaniu niepozornej i niezbyt pięknej peryferyjnej ulicy.

Trudno mi określić rzeczywistą wartość artystyczną wnętrz, ale są one fascynującą mieszanką gustów miejscowych i europejskich. Alim Khan – imię jest dłuższe, ale tylko tę część zapamiętałam – kazał na przykład wkomponować w ścianę — chyba salonu — dwa bawarskie piece kaflowe. Sala tronowa też jest osobliwą krzyżówką tradycyjnych bucharskich ornamentów gipsowych z meblami jak z francuskiego pałacyku. Z drugiej strony, w europejskich pałacach co chwilę spotyka się jakieś chińskie salony i buduary, więc nie ma się co natrząsać. Zresztą całość wyszła zupełnie harmonijnie.

Połączenie wschodnich dekoracji i zachodnich mebli stworzyło całkiem harmonijną całość. Bawarskie piece osadzone pośród egzotycznych ornamentów same zaczęły wyglądać bardziej egzotycznie. Przewodnik zwrócił nam uwagę na scenę z karczmy wyobrażoną na piecu, które wbrew islamskim zasadom przedstawia wizerunki ludzi.

Zwróciłam uwagę, że tablice informacyjne w muzeum przedstawiają Alim Khana w bardzo ponurym świetle: nie tylko jako polityczny beton, ale też jako rozwiązłego tyrana i pedofila. Zaintrygowało mnie to, bo na zdjęciach, które widziałam poprzedniego dnia w cytadeli Ark, a teraz w letnim pałacu, emir wygląda jak przerośnięty, smutny chłopak z nadwagą, o twarzy może niezbyt inteligentnej, ale nie jakoś obleśnej.

Tę oficjalną fotografię ostatniego emira Buchary, Alim Khana zrobiono po jego wstąpieniu na tron w 1911 roku. Wygląda na niej bardziej na melancholijnego pana z dużym brzuchem niż na okrutnego tyrana, ale kto dzisiaj dojdzie prawdy?

Tak mnie zajęło szukanie w miarę wiarygodnych informacji o emirze, że Rustam znowu wyleciał mi z głowy. Żeby nie tworzyć sztucznego napięcia, powiem tylko, że nic konkretnego nie ustaliłam. Emir politycznie na pewno trzymał się kurczowo tradycji, natomiast pogłoski o orgiach i dewiacjach były lansowane głównie przez sowiecką propagandę. Uciekł z Buchary ze sporą porcją swoich bajecznych skarbów i umarł na wygnaniu w Kabulu. Trzej niedorośli synowie, których nie był w stanie ze sobą zabrać, zostali przez Sowietów reedukowani na wzorowych radzieckich obywateli (i zdaje się, że dwaj z nich marnie skończyli w czasie czystek stalinowskich, chociaż trzeci został generałem Armii Czerwonej).

Podobno Alim Khan napisał ten aforyzm krótko przed swoją śmiercią, na wygnaniu w Kabulu i chciał, aby wyryto go na jego grobowcu.

ODPOCZYNEK (?) NA MARKAZIY BOZOR (CZYLI PO PROSTU NA CENTRALNYM BAZARZE BUCHARY)

Po wyjściu z pałacu uznałyśmy, że przed dalszymi atrakcjami kulturalnymi należy nam się przerwa komercyjna, i zamówiłyśmy taksówkę na Markaziy Bozor — ten prawdziwy bucharski bazar, dla ludzi, a nie tylko dla turystów.

Na Markaziy Bozor na każdym stoisku sprzedawcy proponują degustację i herbatę. Coś w końcu nabyłyśmy, ale najpierw chyba spróbowałyśmy wszystkiego!

Na bazarze spędziłyśmy… nie będę precyzować, ile czasu. Tym razem nie na zakupach odzieżowych, lecz spożywczych.  Najprzyjemniejsza była wizyta w pawilonie z suszonymi owocami, przyprawami i słodyczami – wszyscy sprzedawcy częstowali herbatą, zapraszali do degustacji i byli w stanie pogodzić się z tym, że nie zawsze coś kupiłyśmy. Potem straciłyśmy całkiem sporo czasu szukając straganu z herbatą, która od początku najbardziej się nam spodobała. Pamiętam, że przez głowę przemknęła mi myśl – która zaraz uciekła, bo szukałyśmy tej herbaty – o gęstych czarnych brodach, którymi pyszniło się wielu sprzedawców.

Chleb w Bucharze (i w ogóle w Uzbekistanie) jest bardzo dekoracyjny, ale przyznam, że bardziej doceniłam jego walory estetyczne niż smakowe (dla mnie to po prostu taka bułka bez wyrazu)

Miejsce jest olbrzymie i łatwo się zgubić, więc jeśli coś się nam podoba, lepiej kupić od razu – potem nie wiadomo, czy trafimy z powrotem. My w końcu trafiłyśmy, nabyłyśmy kilka rodzajów herbaty, która potem zapachniła nam walizki i spytałyśmy uprzejmego pana, czy może nam polecić, gdzie by tu zjeść obiad. Pan natychmiast odpowiedział, że zaraz za rogiem jego ciocia ma fantastyczny lokalik i zaprowadził nas do klitki z kilkoma stolikami. Za ladą stała okazała matrona, zapewne owa ciocia. Knajpka sprzedawała tylko jeden rodzaj jedzenia: somsy/samsy czyli paszteciki z ciasta z różnymi rodzajami farszu.

Nikt w knajpce nie mówił językiem, który byśmy rozumiały, ale wskazywanie palcem i i kiwanie głową okazało się wystarczające do zamówienia obiadu. samsy były lepsze, niż te w restauracji!

Restauracyjka, zajęta wyłącznie przez damską klientelę, była dość pełna. Przyjęto nas życzliwie i jakieś panie zaraz zrobiły nam miejsce przy ostatnim stoliku. Potem na migi zamówiłyśmy po trzy samsy na osobę, a właścicielka już z własnej inicjatywy podała nam w gratisie herbatę. Próbowałyśmy już samsy w Taszkencie, ale to było doświadczenie kulinarne na zupełnie innym poziomie i za ułomek ceny zapłaconej poprzedniego dnia w karawanseraju – jedna samsa kosztowała w przeliczeniu około 1 złoty.

MAUZOLEUM ISMAILA SAMANI, MECZET BOLO HAUZ I KOMPLEKS POI KALAN CZYLI ZWIEDZAMY DO UPADŁEGO

Po krzepiącym obiedzie i dwóch dzbankach herbaty (uczynna właścicielka proponowała trzeci, ale już podziękowałyśmy) odzyskałyśmy energię na dalsze atrakcje kulturalne. (Trzeba było jeszcze tylko znaleźć toaletę; na szczęście nigdy nie jest to w Uzbekistanie trudne).

Tuż koło bazaru znajduje się mauzoleum Ismaila Samani. Po rozbuchanych (nomen omen) medresach i meczetach w historycznym centrum może się wydać niepozorne – żadnych kafelków, żadnych mozaik, za całą ozdobę muszą starczyć wypalone cegły – ale jest najstarszym zabytkiem miasta i jedną ze starszych budowli w całej Azji Środkowej. Uchowało się w prawie nienaruszonym stanie, bo już za czasów Dżyngis-chana pokryły je warstwy mułu i piasku, a dopiero w dwudziestym wieku sowieccy archeologowie wykopali je na powierzchnię. W środku trwał remont, więc nie kupiłyśmy biletów, zadowalając się obejściem budynku dookoła kilka razy, żeby wbić sobie w pamięć te cegły.

Główną atrakcją osiemnastowiecznego meczetu Bolo Hauz jest ganek z drewnianymi kolumnami, który kazał dobudować emir Alim Khan, już w dwudziestym wieku. Warto zadrzeć głowę i popatrzyć na bogato zdobiony sufit.

Do środka nie udało nam się wejść, bo trwały modły, ale ale i tak najciekawszy jest chyba właśnie ganek. W połączeniu z sadzawką na placyku przed meczetem, całość wygląda bajkowo, a liczne ławeczki w cieniu pozwalają oddać się kontemplacji w pozycji siedzącej. Atrakcją towarzyszącą może być popijanie wyciskanego soku z granatów.

W parku przed meczetem Bolo Hauz było wiele stoisk z wyciskanym sokiem z granatów. Ten pan przebił konkurencję swoim ciepłym, rozbrajającym uśmiechem. Sprzedawca z sąsiedniego straganu powiedział nam, że stoi tam od niepamiętnych czasów.

Zawędrowałyśmy już z powrotem pod twierdzę Ark i do starówki. W środku dnia pod cytadelą było trochę mniej romantycznie.

Samochodziki, rowerki, wózki wszelkiej maści czekają karnie pod murami cytadeli Ark na chętnych na przejażdżkę.

Ponieważ wszystkie przewodniki surowo przykazują zwiedzenie kompleksu Poi Kalan, co oznacza dosłownie „u stóp wielkiego” (minaretu) tam podreptałyśmy w następnej kolejności. Przechodziłyśmy zresztą obok już poprzedniego wieczoru i podziwiałyśmy zespół budynków w zjawiskowym świetle zachodu słońca ze wzgórza cytadeli. Tym razem weszłyśmy na dziedziniec meczetu Kalan (medresa naprzeciwko nie była dostępna dla zwiedzających).

Ładnie. Czysto. Więcej grzechów nie pamiętam.

Dziedziniec jest… ok. Miałam wrażenie deja vu, bo tak jak zabytki w Samarkandzie to w dużej mierze rekonstrukcja i to bardzo świeża – masywne prace konserwatorskie zaczęły się w latach dziewięćdziesiątych. Czyściutka i sterylna.

Najbardziej zafascynował nas sławny minaret Kalan, który jest naprawdę gigantyczny (46 metrów!) zwłaszcza jeśli stanie się tuż pod nim. Chętnie uwierzę, że Dżyngis-chanowi spadła z głowy czapka (a może to był hełm?) kiedy zadzierał głowę, aby zobaczyć jego szczyt. Nie mogłyśmy jednak zrozumieć, jak się do niego wchodzi – z żadnej strony nie było widać drzwi. W końcu wysunęłam hipotezę, że może wchodziło się przez widoczną na dużej wysokości przełączkę z meczetu – i miałam rację. Można zrozumieć, dlaczego minaret jest zamknięty dla zwiedzających, jakoś nie widzę turystów wędrujących po wąskim murku około 5 metrów nad ziemią (a potem na szczyt jest podobno ponad sto klaustrofobicznych schodków).

Po lewej Minaret Kalan po bombardowaniu w 1920 roku. Wszystko dookoła obrócone w perzynę, a on się nie zawalił! Po prawej stan dzisiejszy. Dlaczego nie ma drzwi? Potem się doczytałam, że jedyne wejście do minaretu Kalan prowadzi przez wąski mostek (to ta przełączka z lewej), jakieś pięć metrów nad ziemią.

Ponieważ tymczasem podszkoliłam się z historii upadku emiratu Buchary, zastanawiałam się też, jakim cudem tak oczywisty cel dla samolotów przetrwał katastrofalne bombardowanie z 1920 roku. I tutaj doczytałam się czegoś fascynującego. W górną część rzeczywiście trafiło kilka (kilkanaście?) pocisków. Mimo iż poczyniły one wielkie wyrwy w wieży, konstrukcja się nie zawaliła. Na szczęście naprawiono ją już w latach dwudziestych. Prawdziwy cud architektury!

Chciałam jeszcze zwiedzić synagogę, ale na to zrobiło się już za późno — może gdybyśmy zaliczyły mniej ławeczek po drodze — więc ostatnia część popołudnia upłynęła nam na wizycie w klimatycznej herbaciarni, a potem na kolejnym przewłóczeniu się przez historyczne centrum. I sklepiki.

Herbaciarnia nazywa się Silk Road Teahouse i mieści się w charakterystycznym domu mieszkalnym z XIX wieku. O mały włos zrezygnowałybyśmy z wejścia, bo z zewnątrz zobaczyłyśmy tylko jakiś niepozorny zaułek, dosyć strome schody i żelazną bramę bez żadnego szyldu. Ktoś jednak akurat wychodził, więc na szczęście zebrałyśmy się na odwagę. W środku było sporo ludzi, miejscowych i turystów. Napiłyśmy się… kawy, podanej z zestawem słodyczy, popatrując na dywany wiszące dookoła na sprzedaż. Kawa była przeciętna, ale nie grymasiłyśmy, bo przynajmniej BYŁA.

Potem przyszła pora— no kto by uwierzył — na kolejną rundę zakupów. Koleżanka nabyła jedwabne spodnie, skrócone na miejscu przez siostrę właścicielki sklepu, urzędującą w zakładzie zaraz za rogiem, a ja z nudów przymierzyłam chyba z piętnaście haftowanych kaftanów. Żadnego ostatecznie nie nabyłam, co sprzedawczyni przyjęła z filozoficznym spokojem.

Odnowiony wielofunkcyjny karawanseraj: na dole restauracja, dookoła sklepiki. Lokal urządzony gustownie, ale krzyczał wniebogłosy: „Jestem miejscem turystycznym!” Na kolację poszłyśmy do knajpki dla miejscowych, blisko naszego pensjonatu.

Perski wstrząs

Do naszej Old Street dotarłyśmy pod wieczór i spoczęłyśmy na łóżkach, czekając na przyjście właściciela, któremu miałyśmy jeszcze zapłacić za nocleg. W małych pensjonatach zdecydowanie preferowana jest metoda płatności gotówką z ręki do ręki. Poza tym chciałyśmy z nim omówić możliwość zawiezienia nas następnego dnia samochodem do Chiwy.

Właściciel okazał się łysiejącym, ale dość jeszcze młodym i przystojnym brodaczem, o okrągłej twarzy i okrągłych oczach. Jego angielski był dość elementarny, ale wystarczający do konwersacji. Uzgadnialiśmy przejazd pustynią do Chiwy — o tym w następnym wpisie — i w pewnej chwili powiedziałam dość bezmyślnie coś w rodzaju: „Czy Uzbecy często…” albo może „Czy Uzbecy lubią…”.

Właściciel — a na imię mu było Rustam — popatrzył na mnie i powiedział spokojnie:

„Ale my nie jesteśmy Uzbekami. Jesteśmy Tadżykami.”

Starsza pani poczuła się, jakby spadł jej na głowę dwukilowy młotek, tak przytłoczyło ją nagłe olśnienie własnej ignorancji. Wróciłam do pokoju zdruzgotana. To jednak prawda, że na starość synapsy się zużywają.

Rustam! Oczywiście! Dawno, dawno temu, jeszcze na studiach, omawialiśmy eposy bohaterskie, między innymi Gilgamesza, Ramajanę i Mahabharatę, oraz Księgę Królewską (Szahname). Czytaliśmy chyba tylko fragmenty i była tam mowa o bohaterze Rustamie, takim jakby odpowiedniku Heraklesa, obdarzonym nadludzką siłą i walczącym z różnymi potworami. Perskim bohaterze. Perskim.

Rustam / Rastam walczący ze smokiem. Szesnastowieczna PERSKA miniatura do Księgi Królów.

Starsza pani sumiennie przygotowała się do podróży, przeczytała, co zwiedzić w Bucharze, z jakich wyrobów rzemiosła artystycznego słynie, kiedy została włączona do ZSRR. Wiedziała, że miasto od niepamiętnych czasów słynęło z wyrobu dywanów. Pamiętała coś o historycznej społeczności żydowskiej i nawet o polskim agencie 007 w Bucharze w XIX wieku, Witkiewiczu. Przegapiła kwestię najważniejszą: Buchara (a jeśli już o tym mowa, także Samarkanda) to miasta historycznie zakorzenione w tradycji perskiej, kulturowo, językowo i w dużej mierze etnicznie. I to dziedzictwo nie znikło tylko dlatego, że od stu lat znajdują się w granicach Uzbekistanu.

Poszłam spać z postanowieniem, że następnego dnia w czasie podróży podpytam naszego gospodarza o to i owo i z myślą, że co prawda Buchara mnie nie zawiodła, za to ja na pewno zawiodłam Bucharę.

Wpisy o wcześniejszych etapach podróży można przeczytać tutaj:

Taszkent – socjalistyczny i surrealistyczny

Samarkanda między Pruszyńskim a szaszłykami

a kolejnych tutaj:

Z Buchary do Chiwy przez pustynię Kyzył-kum

Chiwa – zupełnie inna bajka

praktyczne porady: Polecieć do Uzbekistanu i do dalej?

inne wpisy:

O alfabetach, szkołach i książkach w Uzbekistanie

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

To za chwilę

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej