SAMARKANDA I POLACY
Do Samarkandy jechałyśmy z dreszczykiem miłego podniecenia. Można wiedzieć niewiele albo zgoła nic o Uzbekistanie, ale Samarkanda to jedna z tych nazw, które mają w sobie coś magicznego, zdają się pachnieć egzotycznymi przyprawami i echem baśni z tysiąca i jednej nocy. Nam oczywiście skojarzyła się także narodowo i patriotycznie (a mnie nawet rodzinnie), bo przecież przez Uzbekistan przewinęło się w czasie drugiej wojny światowej wielu Polaków. Niektórzy wyszli potem z Rosji z armią Andersa, inni (na przykład siostra mojej babci) po wojnie wrócili do Polski, a jeszcze inni zostali tam na zawsze, pogrzebani gdzieś na stepie.
My jednak nie miałyśmy nastrojów martyrologicznych, dlatego wspominałyśmy nie tyle Na nieludzkiej ziemi Czapskiego, ile urocze opowiadanie Ksawerego Pruszyńskiego Trębacz z Samarkandy, też wojenne co prawda, ale swoim zaskakującym wprowadzeniem legendy o lajkoniku i hejnale krakowskim do egzotycznego kontekstu bardziej odpowiadające nastrojem naszej podróży.

HOTEL I SZASZŁYKI
NOCLEG w Samarkandzie okazał się idealnym wprowadzeniem do baśniowej atmosfery. Rabat Butique to odnowiony historyczny dom z XIX wieku w dawnej dzielnicy żydowskiej. Sala, w której podawane jest śniadanie, zachowała w całości swoje architektoniczne ozdoby i detale, co jest rzadkością w Uzbekistanie. Właściciele byli serdeczni, przyjaźni bez turystycznej jowialności i najwyraźniej zakochani w swoim własnym hotelu. W dodatku mówili dobrze po angielsku, co po różnych perypetiach w Taszkencie doceniłyśmy należycie, i na życzenie podawali nam do pokoju pyszną herbatę z ciasteczkami (herbata i ciasteczka to, jak powszechnie wiadomo, połączenie bardzo cenione przez starsze panie).

W większości pensjonatów zaparzą dla nas herbatę, jeśli o nią poprosimy, ale nie zawsze zostanie podana z takim urokiem
Ponieważ po rozpakowaniu się i odsapnięciu zrobiła się akurat pora obiadowa, udałyśmy się na posiłek w miejscu zasugerowanym przez naszych uczynnych gospodarzy. Wędrując po uliczkach patrzyłyśmy raczej pod nogi niż na architekturę, gdyż po obu stronach jezdni ciągną się głębokie rowy (to nie ścieki, tylko system nawadniania), świetne do złamania sobie jakiejś części ciała. To także pułapka dla samochodów: w ciągu dwóch dni widziałam dwa razy auto „wypychane” przez ofiarną drużynę pomocników z rowu, w który nieostrożnie wjechało, Już nie wspomnę o tym, że po naszej ulicy samochody z wdziękiem jeździły pod prąd.

Szaszłyk mon amour!
Poleconym miejscem była szaszłykarnia Bobur Shashlik i ach, co za przeżycie kulinarne. Szaszłyki zamawia się na sztuki, mięso po prostu rozpływało się w ustach. Już po pierwszym kęsie zrozumiałyśmy, że musimy zamówić następną porcję. Niekwestionowanym zwycięzcą okazał się szaszłyk z jagnięciny.
NA TROPIE PODRASOWANYCH ZABYTKÓW PRZESZŁOŚCI
Ponieważ knajpka znajduje się na tyłach słynnego meczetu Bibi Chanum, wybudowanego pod koniec XIV wieku przez Tamerlana, tam właśnie udałyśmy się w następnej kolejności.



Meczet Bibi Chanum w 1968 roku i dzisiaj. Czy to na pewno to samo miejsce?
O wspaniałościach budowli krzyczą wszystkie przewodniki: monumentalny łuk wejściowy, minarety wysokie na pięćdziesiąt metrów, wielki dziedziniec, olśniewające niebieskie kafelki. Robi wrażenie. Warto jednak pamiętać, że oglądamy coś w rodzaju odbudowanego Zamku Królewskiego w Warszawie. W ciągu wieków meczet popadł w ruinę i jego konserwację, a raczej rekonstrukcję rozpoczęto dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Wywołała ona zresztą wiele kontrowersji w międzynarodowym środowisku konserwatorów. (Ciekawy artykuł na ten temat można poczytać w National Geographic) W stu procentach autentyczny jest natomiast znajdujący się na dziedzińcu wielki marmurowy stojak na Koran, ufundowany na początku XV wieku przez wnuka Tamerlana, Uług Bega (to imię powraca przy wielu zabytkach w Samarkadzie). Naprzeciwko zatłoczonego meczetu znajduje się mniejsze i skromniejsze mauzoleum Bibi Chanum, do którego wchodzi bardzo niewielu turystów (osobny bilet). Nie wiedzą, co tracą, bo w środku są piękne ażurowe dekoracje i nietypowe dla ornamentyki islamskiej mozaiki przedstawiające drzewa. W krypcie znajdują się groby trzech księżniczek (nie odpowiadam za ich tożsamość). Zdziwiło mnie, że na ławkach przy ścianach siedziały okutane w chusty panie mamroczące jakieś modlitwy. Przecież księżniczki to nie święte?

W mauzoleum Bibi Chanum prawie pusto i niemal wyłącznie kobiety. To i lepiej, można w spokoju podziwiać ażurowe ornamenty.
Jedyny w 100% historyczny zabytek w meczecie Bibi Chanum: gigantyczny marmurowy stojak na Koran, ufundowany przez wnuka Tamerlana. Nie przypadkiem tylko on jest chroniony za szkłem…

DUSZA ZGUBIONA NA ZAKUPACH NA BAZARZE SIYOB
Zaraz za mauzoleum wchodzi się na główny bazar miasta, Siyob. Było już późne popołudnie, ale handel trwał w najlepsze. Miałyśmy już okazję przejść się wcześniej po Chorsu, jednak to Siyob stał się prawdziwym początkiem shoppingowej manii (obu) starszych pań

Chałwa samarkandzka to właściwie takie skrzyżowanie nugatu z krówką, bo wyrabia się ją z mleka w proszku, masła i cukru. Bardzo słodka, bardzo kaloryczna. Dla starszej pani chyba zbyt słodka, ale w małych ilościach – pycha.
Zakupy to w Uzbekistanie przyjemność nie mniejsza niż zwiedzanie zabytków. Jej częścią jest sam akt dokonywania sprawunków. Po pierwsze, sprzedawcy są aktywni, ale nie natrętni: pokazują swoje towary, zachęcają co degustacji, uśmiechają się, (uśmiech to w ogóle podstawa na bazarze, z obu stron!), można jednak podziękować i powędrować dalej, powiedzieć, że coś nam nie smakuje czy nas nie przekonuje i nie będzie tragedii. Nie spotyka się tu też krzykliwości czy przesadnie teatralnych zachowań. Druga ważna sprawa, to targowanie się. Oczywiście, jest obowiązkowe, jednak w rozsądnych granicach. Podaną cenę początkową na ogół można obniżyć o dwadzieścia, góra trzydzieści procent. (taksówkarze przed lotniskami i stacjami kolejowymi to naprawdę jedyny przypadek, kiedy wyjściowe stawki są zbyt wysokie nawet o 50-60%). Często, aby uzyskać zniżkę, opłaca się zaproponować zapłatę w dolarach albo w euro. Jak wyjaśnili nam gospodarze w hotelu, przy ogromnej konkurencji, sprzedawcom po prostu nie opłaca się proponować bardzo zawyżonych cen.
W hotelu otrzymałyśmy także rady, jak odróżnić suszone owoce wysokiej jakości od pochodzących z hurtowni (wybierać te z szypułkami, unikać podejrzanie błyszczących) i jak odróżnić lokalny jedwab od fabrycznej produkcji sprowadzanej z Indii. Nie mogę mieć stuprocentowej pewności, że WSZYSTKIE nabyte przez nas szale są autentycznie uzbeckie, ale na pewno wszystkie są piękne. Niewątpliwie lepiej też kupować u sprzedawców oferujących tylko jeden typ towaru niż w sklepach z pamiątkami od sasa do lasa. W sklepikach z tekstyliami otrzymałyśmy szczegółowe informacje o różnych typach jedwabiu, właścicielki uczyły nas pocierać materiał, sprawdzać brzegi, przyglądać się kolorom z obu stron, robiły demonstracje z zapalniczką (prawdziwy jedwab prawie się nie pali, czernieje i wydaje odór palonych włosów).
Z bazaru wyszłam z trzema czy czterema szalami, pocieszałam się tylko, że moja koleżanka przebiła mnie liczbą. Ale na tym się oczywiście nie skończyło…

SPOTKANIE Z PREZYDENTEM KARIMOWEM
Z Siyob można przejść pieszym wiaduktem nad dużą ulicą na przeciwległe wzgórze. Przedreptałyśmy tam mimo pewnego zmęczenia, bo z daleka widać było jakąś bardzo ładną, pałacykowatą budowlę. Z bliska okazało się, że to historyczny kompleks religijny. Odkryłyśmy też przypadkiem, że właśnie tam, w mauzoleum na środku dziedzińca, pochowany jest prezydent Isłam Karimow. Zaskoczył mnie nieustanny ruch pielgrzymów. Jedna grupa siadała na ławkach pod ścianami, modliła się przez kilka minut, wstawała, a jej miejsce natychmiast zajmowała następna. Potem pan w hotelu uspokoił mnie, że ludzie modlą się nie do zmarłego prezydenta, tylko do pochowanego w tym samym miejscu mistycznego proroka Hazrata Chizra. (Choć głowy nie dałabym sobie uciąć, że niektórzy modlą się także za prezydenta. O tym jednak za chwilę)


Podobno pielgrzymi modlą się do proroka, a nie do prezydenta, zauważyłam jednak, że wzrok mieli wbity w mauzoleum na środku dziedzińca
Po wyjściu z mauzoleum miałyśmy jeszcze jedną miniprzygodę. Podeszła do nas może dziesięcioletnia dziewczynka i zaczęła nas pytać po angielsku skąd jesteśmy, czy podoba się nam Samarkanda itd. Takie sytuacje zdarzają się dosyć często, bo uzbeckie dzieci lubią sprawdzać w praktyce swoją znajomość języka, a przede wszystkim kochają robić sobie selfie z cudzoziemcami. Tak było i tym razem, ale po chwili dziewczynka znowu do nas podbiegła z zaproszeniem na kolację z całą jej rodziną (oczywiście na ich koszt, co podkreśliła bardzo solennie). Naradzałyśmy się przez chwilę, ale ponieważ mała była jedyną osobą w tej grupie mówiącą odrobinę po angielsku, uznałyśmy, że byłoby to zbyt wyczerpujące doświadczenie i grzecznie odmówiłyśmy. (Potem przypomniałam sobie zresztą, że czytałam gdzieś, że w Uzbekistanie na każde zaproszenie trzeba odmówić co najmniej dwa razy, zanim się je przyjmie).
Wracałyśmy na piechotę nieco mniej już zatłoczonym o tej porze deptakiem między Bibi Chanum a Registanem. Wzdłuż deptaku ciągną się stoiska z dobrem wszelakim (inaczej niż na bazarze tylko turystycznym) i jakimś cudem wykrzestałyśmy z siebie jeszcze siły, aby zatrzymać się tu i ówdzie. Moje oczęta biegły zwłaszcza ku pięknie haftowanym poszewkom na poduszki. Po co mi taka poszewka? Mam w domu może mniej piękne, ale całkiem funkcjonalne. Przy jednym ze stoisk jednak skapitulowałam, może dlatego, że sprzedawca był młody, bardzo sympatyczny i mówIł trochę po angielsku. Zaczęliśmy się targować, ale w pewnej chwili pan podbił mnie argumentem nie do odparcia „moja siostra to haftowała, dużo czasu jej to zajmuje.” Uciszyłam swoją centusiową duszę i zapłaciłam trzydzieści dolarów.


Trudno w to uwierzyć, ale kiedy po tych wszystkich emocjach dotarłyśmy do hotelu i padłyśmy na łóżka, żeby sobie odpocząć, wcale nie było jeszcze tak późno. Po wypiciu herbaty podanej do pokoju i zdrowym odpoczynku w pozycji horyzontalnej byłyśmy gotowe do wieczornego spaceru, no i trzeba było jednak coś zjeść.

Najlepsze manti, jakie jadłam w Uzbekistanie. I jeszcze przyciągnęłyśmy właścicielowi innych klientów, którzy widząc nasze wniebowzięte miny, także skusili się, aby wejść do niepozornego lokaliku.
KOLACJA Tym razem poszłyśmy już całkowicie w klimaty lokalne i w niepozornym maleńkim lokaliku ze stolikami przykrytymi ceratą zjadłyśmy pyszne manti (takie uzbeckie pierożki gotowane na parze), przygotowane na miejscu przez właściciela, z którym bez trudu porozumiałyśmy się na migi. Lokal nazywa się Manti Zakaz i moim zdaniem to były najlepsze manti, które jadłyśmy w ciągu całej podróży.
Zrobiła się już (dopiero?) dziewiąta wieczorem i w drodze powrotnej podeszłyśmy pod Registan, bardzo malowniczo o tej porze oświetlony. Załapałyśmy się przy okazji na widowisko światło i dźwięk (nie trzeba płacić za wstęp, można spokojnie obejrzeć je z zewnętrznego tarasu). Komentarz jest oczywiście po uzbecku, ale z tego co wywnioskowałam, chodzi o rodzaj triumfalnej historii Uzbekistanu, od czasów prehistorycznych do współczesności. Była też Kleopatra, ale tego wątku akurat nie zrozumiałam. W każdym razie, widowisko nie trwa długo, a gra świateł bardzo dobrze podkreśla różne szczegóły architektoniczne.

Tym artystycznym akcentem skończył się nasz pierwszy dzień w Samarkandzie. Przespałyśmy noc aż miło, nawet nie budząc się nawzajem naszym chrapaniem.
SAMARKANDA W NIEDZIELĘ CZYLI JEŚLI KTOŚ LUBI TŁOK

Następny dzień zaczęłyśmy od zwiedzenia Registanu, bo starsza pani wymyśliła sobie, że rano będą mniejsze tłumy. Ta kalkulacja nie do końca się sprawdziła. Porównując potem nasze wrażenia z doświadczeniami innych podróżników odkryłyśmy, że w weekendy takie miasta jak Samarkanda czy Buchara pęcznieją od zwiedzających. W większości nie są to turyści zagraniczni tylko właśnie lokalni. Najczęstsze typologie to rodziny (takie jak ta, od której dostałyśmy zaproszenie na kolację) albo silne grupy pod wezwaniem. Już w drodze do Registanu mijały nas na ulicy liczne elektryczne wózki wypełnione komitywami pań w chustach, w wieku na oko nawet bardziej zaawansowanym niż starsze panie dwie. Bardzo mi się ten podróżniczy duch rdzennej ludności spodobał (co ciekawe, nie spotkałyśmy w ogóle męskich grup turystycznych w słusznym wieku), ale oznaczało to, że przepchanie się do kasy chwilę nam zajęło. Potem było już lepiej, bo Registan to obszerna przestrzeń i ludzie się rozpraszają.



W Registanie są między innymi stoiska, na których można wypożyczyć (narodowe? historyczne?) stroje z trenem długości kilku metrów. Z okazji do zrobienia sobie sesji fotograficznej korzystały nie tylko młode dziewczyny. (Starsze panie jednak się nie skusiły)
Tak jak meczet Bibi Chanum, trzy monumentalne medresy Registanu także zostały w dużej części zrekonstruowane. Dotyczy to zwłaszcza olśniewających błękitnych mozaik i majolik. Przy rekonstrukcjach podjętych w czasach sowieckich, już w latach dwudziestych, a potem sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, budowle wzmacniano na dużą skalę cementem. Spacerując po tym miejscu, poczułam się raczej jak na planie filmowym w Cinecittà niż w miejscu historycznym. Dodajmy: na bardzo pięknym i fotogenicznym planie filmowym, zwłaszcza na tle bezchmurnego nieba. No i tu i ówdzie jednak jakieś kawałki autentycznych murów oraz pojedyncze historyczne kafelki jednak się uchowały (należy szukać tych ciemniejszych i wyszczerbionych).
W Registanie spędziłyśmy całkiem sporo czasu, bo – autentyczne czy nie – to niezwykle fascynujące miejsce. Poza tym w pomieszczeniach wokół dziedzińców medres (uwaga na niskie wejścia, można się rąbnąć w głowę, co starszej pani przydarzyło się co najmniej trzy razy) oczywiście kuszą do wejścia liczne sklepiki.
Moja koleżanka wymaszerowała z jednego z haftowaną kurtką, w której paradowała już do końca podróży.



Po opuszczeniu Disneylandu, przepraszam, Registanu, przeszłyśmy się po otaczającym go parku, gdzie natknęłyśmy się na liczne pary nowożeńców robiące sobie sesje fotograficzne. Ulubionym miejscem jest posąg prezydenta Karimowa (zresztą jest oblegany nie tylko przez pary, ale w ogóle przez turystów). Jak chyba prawie wszędzie, podstawową bohaterką zdjęć jest panna młoda, małżonek to tylko niepozorny dodatek. Zwróciłam uwagę, że modny jest bardzo gruby makijaż, pokrywający twarz szczęśliwych panien młodych jak tapeta. Na szczęście nie było zbyt gorąco, ale zastanawiam się, jak sobie z tym radzą w lecie, przy czterdziestu stopniach upału.
A jeśli chodzi o prezydenta Karimowa, o którym przed podróżą czytałam w polskich mediach głównie w kontekście gigantycznych afer korupcyjnych i nepotyzmu, przekonałam się, że w Uzbekistanie pamiętany jest on zupełnie inaczej. Panowie w hotelu podkreślali przede wszystkim jego zasługi dla kraju i wdzięczność za budowanie dróg i unowocześnianie infrastruktury.
KOSZTOWANIA LOKALNYCH POTRAW CIĄG DALSZY

Obiad zjadłyśmy tym razem w restauracji Emirhan, także poleconej przez właścicieli naszego hotelu. Z tarasu rozciąga się piękny widok na widziany od tyłu Registan, ale w sumie to olbrzymi, kilkupiętrowy lokal, wyraźnie nastawiony na turystów Zamówiłyśmy dwa typy lagmana, Kovurma lagman, smażony na patelni, klasyczny, oraz Kesma lagman, czyli rodzaj zupy. To taki rodzaj makaronu, typowy dla całego Uzbekistanu, ale jego samarkandzka odmiana cieszy się szczególną estymą. Nie jest to potrawa, za którą będę bardzo tęsknić.
Po obiedzie uznałyśmy, że należy się nam sjesta (i kolejna herbata z ciasteczkami podana do pokoju). Naturalnie, nie był to jeszcze koniec zwiedzania i wkrótce maszerowałyśmy już do fabryki dywanów. Ponieważ dotarłyśmy do niej przez mniej turystyczną dzielnicę, mogłyśmy popatrzyć, jak „normalni” mieszkańcy spędzają niedzielne popołudnie, a oni mogli przyjrzeć się z nieukrywaną ciekawością dwóm cudzoziemkom w miejscu, gdzie turyści na ogół się nie zapuszczają (do fabryki wozi się głównie wycieczki autobusowe).
Po różnych obowiązkowych wizytach w fabrykach dywanów, do których w swoim czasie byłam wożona w czasie wycieczek zorganizowanych, byłam nastawiona do tych odwiedzin dość sceptycznie, ale przyjemnie się rozczarowałam. Zaraz za bramą przejął nad nami opiekę przewodnik wolontariusz, młody chłopak, który wytrwale uczy się angielskiego i był w stanie nawiązać z nami w miarę płynną konwersację.

Nie kupiłyśmy żadnego dywanu. Ceny najmniejszych kilimków zaczynają się od kilkuset dolarów, a poza tym nie jestem kobietą dywanową. Popatrzyłyśmy za to na tkaczkę przy pracy (w niedzielę większość krosen była nieczynna), dowiedziałyśmy się, jak rozpoznać ręcznie wykonany dywan i wysłuchałyśmy barwnej historii założyciela fabryki. Na nasze nieszczęście, oprócz dywanów był tam także sklep odzieżowy…


Starsza pani chciała dojść do nekropolii Shah-i-Zinda na skróty. Wdrapywałyśmy się jak kozice na pagórki głównego cmentarza, a potem okazało się, że boczna brama jest zamknięta. Za to widok niczego sobie
Z fabryki już tylko kawałeczek do cmentarza i nekropolii Shah-i-Zinda. Część żydowska była zamknięta, ale weszłyśmy na centralny cmentarz muzułmański i dzielnie wdrapałyśmy się na zbocza wzgórza Afrasiab. Widok jest świetny, zarówno na miasto jak i na nekropolię, ścieżka po grzbiecie wzgórz na granicy możliwości trekkingowych starszych pań. Tyle, że kiedy dotarłyśmy już bohatersko pod mury nekropolii, okazało się, że nie da się tamtędy wejść i trzeba wrócić, skąd przyszłyśmy. Nie było rady, przed zwiedzeniem Sha-i-Zinda musiałyśmy się wzmocnić kawą. To w Uzbekistanie nie zawsze jest łatwe, bo poza bardzo turystycznymi punktami się jej nie sprzedaje (przecież jest herbata!), ale wypatrzyłyśmy maszynkę w jakimś sklepie z pamiątkami. Ustawiła się do niej długa kolejka spragnionych kofeiny turystów.

Nie będę powtarzać, że Shah-i-Zinda to też w dużej mierze rekonstrukcja, bo to już się robi nudne. Gorzej, że mimo stosunkowo późnej pory wciąż było tam bardzo dużo ludzi, co w wąskim przejściu między grobowcami powodowało efekt puszki sardynek. Na szczęście przed samym zamknięciem zrobiło się luźniej i dopiero wtedy doceniłyśmy urok tego miejsca. Posiedziałyśmy w pełnym szacunku milczeniu w mauzoleum Kusama ibn Abbasa, co dobrze zrobiło naszym zmęczonym nogom. Śpiewy (chyba) mułłów też były bardzo kojące.

Ostatnim punktem części cmentarnej było krótkie zerknięcie na nową część cmentarza muzułmańskiego, które dostarczyło nam zupełnie odmiennych, ale bardzo mocnych wrażeń estetycznych. Laserowe wizerunki mogą, moim zdaniem, konkurować z wesołym cmentarzem w Zapancie w Rumunii.
Ponieważ zjedzone poprzedniego dnia szaszłyki pozostały nie tyle w naszych żołądkach, ile sercach, na kolację znowu poszłyśmy do Bobur Shashlik. Niestety, jagnięcych szaszłyków już nie było, co tylko potwierdza, że od razu wiedziałyśmy, które są najlepsze.
TAMERLAN NA POŻEGNANIE
Pod mauzoleum Tamerlana (Gur-i Mir) podjechałyśmy taksówką, spodziewając się, że będzie już zamknięte, ale trzeba było przecież oddać hołd Pruszyńskiemu i jego trębaczowi, który tam właśnie grał krakowski hejnał. Nasza cnota została nagrodzona, bo okazało się, że wbrew informacjom Google’a zabytek otwarty jest do 10 wieczorem. Zwiedzanie o późnej porze, przy minimalnej liczbie odwiedzających, jest zaskakująco poruszającym przeżyciem, chociaż sam grób Tamerlana to po prostu surowy kamienny blok, tak zwykle w islamskiej tradycji. Jego wyjątkowość polega na materiale: niemal czarny nefryt pochodzi z Chin i wyróżnia się na tle otaczających go jasnych grobów członków jego rodziny. (Więc nie należy wierzyć Broniewskiemu, który w Grobie Tamerlana mówi w czarnym marmurze. Może nie doczytał w przewodniku. Ale mu się nie rymowało).


Wracając do hotelu piechotą, przeszłyśmy koło pomnika Tamerlana, przedstawionego w królewskiej pozie na tronie. Dobrotliwa i pełna zadumy twarz władcy jakoś nie do końca mi pasowała do zdobywcy, którego armie wymordowały ok 5% ówczesnej populacji na Ziemi. W Uzbekistanie to jednak bohater narodowy numer 1, o którym wyrazić się krytycznie to największe faux pas, jakie można popełnić (I broń Boże nie należy przypominać, że był kulawy). Właściwie to fascynujące, jak po odzyskaniu niepodległości przez Uzbekistan kult Lenina został zastąpiony właśnie kultem Tamerlana, równie jak wcześniejszy, wprzęgniętym w cele polityczne.
Dotarłyśmy do hotelu zmordowane, ale z miłą świadomością, że spełniłyśmy patriotyczny obowiązek, i że następnego dnia pociąg mamy o jedenastej, wobec tego będzie można się wyspać i ponapawać do skutku pysznym śniadaniem.

Tak się nam dobrze mieszkało w naszym hoteliku, że żałowałyśmy, że trzeba wyjeżdżać, chociaż na zwiedzenie głównych atrakcji Samarkandy półtora dnia zupełnie wystarczy. Jeden to byłoby jednak za mało, dlatego jednodniowe wycieczki z Taszkentu polecałabym tylko osobom zdesperowanym.
O praktycznych radach co do podróży do Uzbekistanu piszę tutaj: Polecieć do Uzbekistanu
Inne wpisy o Uzbekistanie:
Taszkent socjalistyczny i surrealistyczny








Zostaw odpowiedź