W Halifaxie wypożyczenie auta za rozsądną cenę i z rozsądną kaucją (na to zawsze trzeba zwracać uwagę, przeglądając oferty) nie było łatwe. W końcu zdecydowałam się na Avis – jedenaście dni z pełnym ubezpieczeniem ok. 3200 złotych. Dużo drożej niż np. w Vancouverze, gdzie podobny czas wynajmu wyniósł mnie ok. 2500 złotych. Dodam, że obu rezerwacji dokonałam z DUŻYM wyprzedzeniem.
Voucher zapowiadał Toyotę Corollę (w Ameryce często wynajęcie „średniego” samochodu jest tańsze niż opcja „małego”) albo „odpowiednik”. Toyoty się nie boję, bo już nią jeździłam i wiem, gdzie jest guzik od czego. Ale oczywiście na miejscu okazało się, że będzie to właśnie coś innego, czyli Hyundai Elantra. Moje pierwsze spotkanie z tym modelem i chyba w ogóle z Hyundaiem. Tak, automat (starsza pani bardzo lubi automaty, a w USA i Kanadzie i tak nie pożyczają ręcznych), ale oznaczało to, że trzeba się będzie nauczyć, jak włączyć światła, wycieraczki itd. Za to sympatyczny pan w biurze nie mrugnął okiem, że stawiłam się 45 minut przed czasem, przesunęliśmy tylko godzinę zwrotu, żeby nie zrobił mi się dodatkowy dzień do zapłaty (trzeba na to bardzo uważać, jeśli odbiera się samochód wcześniej). No i miła niespodzianka – miało być 450 euro depozytu, a zablokowano mi na karcie… 50 dolarów kanadyjskich.
Pierwsza myśl po zobaczeniu auta: uch, jakie długaśne. Oczyma duszy swojej zaraz ujrzałam, jak rąbię długim kuprem o jakiś murek podczas parkowania. Trzeba będzie uważać!
Pakowanie się do nowego samochodu jest zawsze najbardziej stresującym (a czasem kompromitującym) momentem, i tak też było tym razem. Otworzyłam samochód. Świetnie. Teraz trzeba włożyć walizki do bagażnika. Naciskam delikatnie, potem mniej delikatnie tu i tam. Nic. Szukam jakiegoś przycisku. Nic. W końcu przełknęłam mołojecką dumę i zapytałam o radę pracownika na parkingu (nie był od Avisa, ale mężczyzna zawsze pomoże bezradnej starszej pani). Nie otwiera się z zewnątrz. Trzeba przesunąć dźwigienkę w środku, po lewej stronie od siedzenia kierowcy.
Beznadziejny pomysł. Za każdym razem, kiedy chciałyśmy coś wyciągnąć z bagażnika lub do niego włożyć, najpierw trzeba było otworzyć samochód. Zwykle jest także opcja otwierania pokrywy przyciskiem na kluczykach, ale nasz pilot jej nie miał.
Bagażnik – aha, to dlatego ten kuper. Zmieściłyby się w nim cztery walizy Japończyków wracających z dwumiesięcznych wakacji we Włoszech. Nasze dwie skromne walizeczki podręczne prawie się w nim zagubiły.
Na szczęście innych wstępnych niespodzianek nie było: znalazłam wszystkie odpowiednie przyciski, przysunęłam siedzenie, ustawiłam lusterka i wyjechałam z lotniska bez przygód, odkładając dokładniejsze zapoznanie się z moim nowym wehikułem na następny ranek.
Oswojenie Elantry okazało się łatwiejsze niż się spodziewałam, bo przyciski i pokrętła są w sumie w dość przewidywalnych miejscach. Klapkę wlewu paliwa także otwiera się dźwigienką przy siedzeniu kierowcy (dość często się myliłam i pociągałam nie za tą wajchę, co trzeba), co na szczęście zauważyłam, ucząc się otwierania bagażnika. Kuper przestał mi dość szybko przeszkadzać, bo drogi są szerokie, a miejsca parkingowe obliczone na samochody co najmniej takie jak Elantra. Po jedenastu dniach jazdy w ogóle o kuprze zapomniałam, natomiast do końca miewałam problemy z oceną, jak blisko podjechać do krawężnika z przodu, żeby nie zaczepić o niego nosem.
Następnym pozytywem było odkrycie, że na pełnym baku można przejechać 800 kilometrów. No, to zrobiło na mnie wrażenie. Nigdy jeszcze nie jeździłam takim smokiem. To się okazało bardzo przydatne przy dużych odległościach i niekoniecznie gęsto rozmieszczonych stacjach benzynowych.
Między siedzeniami znajduje się duża, bardzo wygodna skrytka, do której można zmieścić np. prowiant, wgłębienia na napoje są głębokie i można się nie martwić, że np. kubek z kawą wypadnie przy jakimś gwałtownym manewrze. Trochę było kłopotów z klimatyzacją, bo albo robiło się zbyt zimno, albo w ogóle jej nie było czuć, więc co chwilę ją włączałyśmy i wyłączałyśmy. Bardzo możliwe, że chodziło po prostu o brak technicznej sprawności starszych pań.
Podsumowując: to nie był samochód, w którym się zakochałam, ale przez jedenaście dni zdążyliśmy się całkiem dobrze dogadać. Gdyby nie ten nieszczęsny bagażnik, właściwie nie miałabym mu nic do zarzucenia.
I wisienka na torcie: zwrot samochodu. Miłe dziewczę gawędzące z koleżanką na parkingu podniosło się z krzesełka i zaproponowało, że odbierze ode mnie auto. Sprawa sprowadziła się do sprawdzenia, czy bak jest pełny.
– Wszystko w porządku! – oświadczyła panienka i już miała odejść.
– A nie obejrzy pani samochodu? – zapytałam zgorszona. (Jeszcze poprzedniego wieczoru sprawdzałam paznokciem, czy ryski na karoserii to tylko brud, czy jednak rysy.)
– Mogę obejrzeć – odparła pracowniczka Avisa tonem przeznaczonym dla uciążliwych dzieci. Obeszła auto dookoła i powtórzyła: – Everything all right.
To się nazywa bezstresowy wynajem!









Dodaj komentarz