W Ottawie spędziłam trzy dni i powiem to od razu, uczciwie i bez owijania w bawełnę: to nie jest miasto, do którego planowałabym podróż. Mnie akurat było po drodze, bo przyjechałam na konferencję. Miałam na zwiedzanie jeden pełny dzień, dwa późne popołudnia i jeden wczesny ranek. Uważam, że to zupełnie wystarczyło, żeby zapoznać się ze stolicą Kanady.
W poszukiwaniu historycznego centrum
Mój pensjonat, Auberge des Arts, znajdował się w samym sercu historycznej części miasta, tzw. Lowertown, dwa kroki od ByWard Market, Bazyliki Notre-Dame i Wzgórza Parlamentu. Uliczka jest pełna uroczych dziewiętnastowiecznych domków – w takim i ja mieszkałam – ale wystarczy przejść kawałek dalej i wrażenie „historyczności” się rozmywa, starą zabudowę przerywają nowsze i często mało atrakcyjne budynki i tanie sklepy.


ByWard Market, zaraz obok, to z kolei najstarsza handlowa część Ottawy, sympatyczna i częściowo wyłączona z ruchu kołowego – tam znajduje się największe skupisko knajpek, kawiarni i sklepów z pamiątkami. Sama centralna hala targowa to po prostu… hala targowa. Obecny budynek pochodzi z 1926 roku. W środku są stoiska z żywnością, pamiątkami oraz mydłem i powidłem – taki miks nastawiony głównie na turystów.




Dla mnie najciekawszym odkryciem był sklep Wedel przy jednej z przyległych uliczek. Nazwa i charakterystyczna ceramika z ludowymi wzorami na wystawie od razu naprowadziły mnie na polski trop, więc zajrzałam do środka. Popatrzyłam z uznaniem na bardzo polsko wyglądające wędliny, a także na świeży chleb, znacząco różniący się od wyrobów chlebopodobnych, które na ogół można dostać w kanadyjskich supermarketach. Potem zagadnęłam właścicielkę po polsku.

Dowiedziałam się, że pochodzi z okolic Elbląga i mieszka w Ottawie od sześciu lat. Na moje pytanie, czy się zadomowiła, zrobiła trochę niewyraźną minę i powiedziała, że jeszcze się przyzwyczaja, a najbardziej przeszkadza jej nawet nie klimat, tylko sami Kanadyjczycy, których oceniła jako zamkniętych w sobie i trudnych w kontaktach. Interes idzie dobrze, ale głównymi klientami wcale nie są Polacy (o społeczności polskiej pani miała nienajlepsze zdanie), tylko raczej Ukraińcy.
Opinii właścicielki nie miałam okazji zweryfikować, bo żadnego innego Polaka w Ottawie już nie spotkałam.

W polskim sklepie jest także kącik kulinarny, w którym można zjeść bigos, gołąbki, pierogi, polską kiełbasę. Ponieważ to był piątek, w ofercie znajdowała się także ryba w panierce. Właścicielka zachęcała mnie do konsumpcji ostrzegając, że „po kanadyjskim jedzeniu łatwo się pochorować”.
Oko w oko z Parlamentem
Już pierwszego wieczoru po przybyciu, kiedy poszłam obejrzeć fajerwerki, doszłam do przekonania, że najbardziej efektowną częścią Ottawy jest wzgórze Parlamentu. To wrażenie potwierdziło się następnego ranka – postanowiłam darować sobie dwugodzinne otwarcie konferencji i przejść się właśnie w tamtym kierunku. Minęłam bez wielkich wrażeń hotel Fairmont Château Laurier z 1912 roku – moim zdaniem nie umywa się do Le Château Frontenac w Quebecu – i doszłam do placu Parlamentu.

Dygresja: nie mamy zamków, no to je zbudujmy, czyli styl „chateau” w Kanadzie
Pod koniec XIX i na początku XX wieku wielkie kompanie kolejowe budowały luksusowe hotele przy swoich trasach. Miały zachęcać zamożnych pasażerów do podróżowania po kraju, a przy okazji tworzyć turystyczne cele tam, gdzie kolej właśnie docierała. Tzw. styl châteauesque, czyli coś będącego skrzyżowaniem szkockich zamczysk i francuskich zamków nad Loarą, nie jest wyłącznie kanadyjskim patentem, ale właśnie tutaj rozwinęła się prawdziwa mania takich budowli, stawianych głównie przez Canadian Pacific Railway. To prawie „narodowy” typ architektury w Kanadzie, a owe „zamki” to prawdziwe mastodonty. Jednym z największych jest ten w Banff, który ma ponad 700 pokoi i apartamentów, dwanaście restauracji oraz liczne inne udogodnienia dla wymagających gości. Nie wiem, ile osób liczy obsługa, ale w Banff powstał cały kwartał przeznaczony dla pracowników hotelu.


Mój osobisty ranking: Frontenac (Quebec), Laurier (Ottawa), Empress (Victoria) i Lake Louise, ale gdybym miała okazję zobaczyć na żywo château w Banff, kolejność mogłaby się zmienić. Nie miałam okazji zajrzeć do środka żadnego z tych przybytków, bo ceny nie na kieszeń starszej pani: za dwuosobowy pokój w Château Lake Louise w sezonie 2026 trzeba było zapłacić ponad pięć tysięcy złotych, w Château Frontenac coś koło połowy tej kwoty. Oczywiście do Frontenac mam stosunek emocjonalny, bo zobaczyłam go po raz pierwszy jako kilkunastolatka w filmie Hitchcocka Wyznaję, ale i tak uważam, że jest najbardziej malowniczy.
Środkowa część Parlamentu, przypominająca skrzyżowanie Westminsteru z kanadyjskim Big Benem pośrodku jest co prawda w remoncie, który ma się podobno skończyć w 2032 roku, ale wzgórze, otoczone pseudośredniowiecznymi budynkami, i tak robi wrażenie.

Wokół zielonego skweru pośrodku placu zgromadziło się trochę ludzi, a jakiś przystojny, hindusko wyglądający żołnierz w czerwonym mundurze rozdawał chętnym chorągiewki. Spytałam, co to za okazja, i dowiedziałam się, że zaraz będzie zmiana warty. Rzeczywiście, po chwili rozległy się charakterystyczne dźwięki dud i zza węgła wymaszerowała orkiestra, a za nią oddział żołnierzy w brytyjskich futrzanych czapach. Skład orkiestry był bardzo zróżnicowany, zarówno wzrostowo (tak na oko od 160 do 180 centymetrów), jak i genderowo-etnicznie (m.in. dwie dudziarki, ktoś wyglądający na Autochtona oraz – chyba – Hindusi). Sami wartownicy byli bardziej jednorodni i dorodni.
Kiedy już pierwsza grupa przemaszerowała malowniczo na plac i ustawiła się w formacji, zza drugiego skrzydła Parlamentu (East Block) rozległy się dźwięki orkiestry dętej i na plac wmaszerowała druga ekipa.
Potem nastąpiły skomplikowane manewry, w czasie których poczet sztandarowy przechadzał się miarowo tam i z powrotem, a żołnierze stale zmieniali pozycję. Trwało to na tyle długo, że nie doczekałam końca ceremonii, bo musiałam już pojechać na konferencję. Żegnajcie, czapy!


Na wzgórze Parlamentu wróciłam dwa dni później. Tym razem po to, żeby zwiedzić Izbę Gmin oraz Senat. Ponieważ centralna siedziba jest w remoncie, Senat przeniesiono do dawnego dworca kolejowego, a Izbę Gmin do zachodniego skrzydła (West Block). Wizyta jest bezpłatna, ale trzeba ją zarezerwować przez internet (tutaj link). Jeśli zależy nam na konkretnej godzinie, w sezonie najlepiej zrobić to przynajmniej dwa dni wcześniej. Ja rezerwowałam w przeddzień i w Senacie wolne miejsca były już tylko na oprowadzanie po francusku. Na stronie zalecają, żeby zjawić się w Parlamencie 40 minut przed rozpoczęciem zwiedzania, ale to przesada: kwadrans zupełnie wystarczy na kontrolę bezpieczeństwa i sprawdzenie dokumentów. Te ostatnie sprawdzano tylko w Izbie Gmin; w Senacie byli mniej szczegółowi. Nawiasem mówiąc, Ottawa jest stolicą Kanady, ale nie stolicą prowincji Ontario, w której się znajduje. To chyba i lepiej, bo musiałaby mieć dwa parlamenty. Tymczasem Legislative Assembly of Ontario mieści się w Toronto.


Tymczasową salę obrad Izby Gmin urządzono na dziedzińcu budynku, który przykryto szklanym dachem. Efekt jest bardzo ciekawy, a smaczku dodają wnętrzu sterczące w górnych rogach „średniowieczne” gargoyle do odprowadzania deszczówki.

Grupy ruszają jedna po drugiej, więc nie ma zbyt wiele czasu na pytania, ale muszę przyznać, że nasz przewodnik, Keylan, był dość sprawny. Pokazał nam salę obrad z górnej galerii i przybliżył reguły funkcjonowania parlamentu. Potem zeszliśmy na niższe piętro, skąd lepiej widać całą konstrukcję, którą trzeba było wznieść, żeby przystosować budynek do nowej funkcji.
W hallu wejściowym wiszą także portrety premierów, w zasadzie równie brzydkie jak te, które pamiętałam z parlamentu w Quebecu. Najciekawszy jest portret Jeana Chrétiena: Keylan zwrócił nam uwagę, że inaczej niż na innych obrazach głowa premiera sięga prawie górnej ramy, a tło nie jest realistyczne, lecz abstrakcyjnie żółte. Podobno córka premiera stwierdziła, że ten kolor najlepiej oddaje jego osobowość.
Ale tak poza tym, to Kanadyjczycy mają osobliwą tendencję do przedstawiania kanadyjskich polityków jako dobrodusznych wujaszków. Np. Stephen Harper wygląda jak budyń z syropem klonowym, a Brian Mulroney jak zakłopotany poczciwiec.


Na portretach to dwa słodkie misiaczki, prawdziwe ucieleśnienie stereotypu uprzejmego i nieśmiałego Kanadyjczyka, ale w rzeczywistości obaj mieli opinię twardych i nieprzystępnych. Portret Harpera (ten z prawej) odsłonięto zaledwie kilka miesięcy przed moją wizytą, chociaż ustąpił z urzędu w 2015 roku. Nawet kwiatuszki mu na nim dodali.

Portret Kim Campbell, jedynej jak dotąd premierki Kanady, jest ciekawy ze względu na symbolikę przedstawionych na nim elementów, przypominających o jej karierze akademickiej i prawniczej oraz związkach z Kolumbią Brytyjską. Czerwono-czarna haidzka szata nawiązuje także do jej zainteresowania sprawami ludności rdzennej – przez pewien czas Campbell była federalną ministrem odpowiedzialną za ten obszar.
Urząd premiera pełniła tylko przez 132 dni. Przejęła jednak rząd po dymisji bardzo niepopularnego Briana Mulroneya, tuż przed wyborami. Początkowo miała całkiem dobre notowania i wydawało się, że może uratować konserwatystów, ale kampania poszła fatalnie.
Przy wejściu do sali obrad znajduje się mosiężna bariera, tzw. Bar of the House, będąca symbolicznym przypomnieniem niezależności Izby Gmin od autorytetu królewskiego. Jak wyjaśnił Keylan, przedstawiciele Korony nie mogą jej przekroczyć bez zaproszenia Izby. Keylan podkreślał także kilkakrotnie, że chociaż Karol III jest królem Kanady, jest to odrębny tytuł, a nie po prostu część jego bycia suwerenem Wielkiej Brytanii.
Oczywiście król nie wpada z wizytami do Kanady, żeby sobie porządzić. Jego konstytucyjne funkcje pełni gubernator generalny, a w każdej prowincji także gubernator porucznik. W praktyce działają oni przede wszystkim zgodnie z radą odpowiedniego rządu, ale formalnie pełnią ważne funkcje konstytucyjne, m.in. udzielają ustawom tzw. Royal Assent. Gubernator generalny dysponuje też pewnymi wyjątkowymi uprawnieniami rezerwowymi.
Dygresja: nie dość, że kobieta, to jeszcze autochtonka. Rewolucja na stanowisku gubernatora generalnego.
Gubernatora generalnego oficjalnie mianuje monarcha, ale w rzeczywistości kieruje się wskazaniami kanadyjskiego premiera. W 2021 roku Mary Simon została pierwszą rdzenną gubernator generalną, co było prawdziwym przełomem i rewolucją obyczajowo-polityczną w Kanadzie, gdyż autochtonka objęła stanowisko, które historycznie reprezentowało brytyjską władzę kolonialną. Simon jest Inuiczką z Nunaviku w Quebecu, jej pierwszym językiem jest inuktitut, drugim angielski. Francuskiego w chwili nominacji nie znała, co w oficjalnie dwujęzycznej Kanadzie – a zwłaszcza w Quebecu – wywołało niemałe kontrowersje. Obiecała się go nauczyć, ale nie za bardzo jej to wyszło, co naraziło ją na nieustanne ataki francuskojęzycznych mediów.

Nie była przy tym kandydatką wybraną wyłącznie dla symbolicznego gestu. Przez dziesięciolecia zajmowała się sprawami Arktyki i prawami Inuitów, uczestniczyła w negocjacjach dotyczących roszczeń terytorialnych i praw ludności rdzennej, przewodniczyła Inuit Tapiriit Kanatami, a wcześniej była także ambasadorką Kanady do spraw okołobiegunowych i ambasadorką w Danii.
Zwróciłam uwagę, że przy każdym stanowisku znajduje się wtyczka na słuchawki. Keylan potwierdził, że posłowie mogą przemawiać po angielsku albo po francusku, a także w językach rdzennych, jeśli wcześniej zapewni się odpowiednią obsługę tłumaczeniową. Nie wiedział jednak, ilu tłumaczy jest zatrudnionych na stałe.

Potem obejrzeliśmy jeszcze kilka sal, gdzie pracują komisje parlamentarne. Zrobiły na mnie dość przygnębiające wrażenie, bo są zupełnie odcięte od dziennego światła. Jak w takim bunkrze pozytywnie patrzeć na świat? Na koniec wizyty można jeszcze zajść do Room of Remembrance, gdzie wystawione są księgi ze spisami kanadyjskich żołnierzy poległych na różnych wojnach. Na otwartych stronach prawie wszystkie nazwiska brzmiały anglosasko.

Przed wizytą w Senacie zostało mi jeszcze trochę czasu, więc przebiegłam się ścieżką na wzgórzu z tyłu centralnego budynku. Na ścieżkę wchodzi się za pomnikiem Wiktorii, podobnym do dziesiątków jej pomników na całym świecie, tylko odchudzonym tak na oko ze dwadzieścia kilo. Oczka też niewyłupiaste, nosek prosty i ani śladu podwójnego podbródka.
Ścieżką warto przejść, bo świetnie z niej widać zarówno bryłę Muzeum Historii Kanady, po drugiej stronie rzeki Ottawa, czyli już w Quebecu, jak i gmach National Gallery. Mniej więcej w tym samym miejscu znajdowała się zamknięta dzisiaj Lover’s Lane, Aleja Zakochanych, gdzie wiktoriańscy amanci szukali sposobności do dyskretnych uścisków.

Senat znalazł sobie tymczasową siedzibę w monumentalnym gmachu dawnego dworca kolejowego, vis-a-vis zamczyska Laurier. Po prawej stronie wejścia zwróciła moją uwagę jakaś grupa z brązu, przedstawiająca kilka bardzo zaaferowanych pań. Z tablicy informacyjnej doczytałam się, że jest to pomnik Famous Five (słynnych pięciu), które doprowadziły do wygrania procesu o to, czy kobiety są persons czyli osobami. Nic dziwnego, że są takie podekscytowane! Pomnik „przewędrował” na to miejsce ze Wzgórza Parlamentu, po skończonym remoncie ma tam wrócić.

Dygresja: czy kobieta jest zającem
Te pięć kobiet z pomnika to Emily Murphy, Nellie McClung, Henrietta Muir Edwards, Louise McKinney i Irene Parlby z Alberty, które w 1927 r. doprowadziły do słynnej Persons Case. Problem dotyczył art. 24 British North America Act, który mówił, że do Senatu mogą być powoływane qualified persons. Pytanie brzmiało: czy persons obejmuje kobiety?
I najlepsze: Sąd Najwyższy Kanady odpowiedział w 1928 r., że nie. Piątka nie dała za wygraną i odwołała się do Judicial Committee of the Privy Council w Londynie, który był wówczas najwyższą instancją odwoławczą dla Kanady. W październiku 1929 r. Privy Council odwrócił wyrok: kobiety są „osobami” w rozumieniu ustawy i mogą być powoływane do Senatu. Pierwszą kobietę nominowano na senatorkę już w 1930 roku, ale nie była to żadna z Famous Five. Co ciekawe, w wybieralnej Izbie Gmin kobiety mogły zasiadać już wcześniej: pierwsza posłanka pojawiła się tam w 1921 roku.

Dlatego rzeźba pokazuje je takie zaaferowane. To nie jest pięć dostojnych pań ustawionych do oficjalnego portretu. Barbara Paterson przedstawiła moment świętowania zwycięstwa: część kobiet siedzi przy stole, Nellie McClung trzyma gazetę z wiadomością o wygranej, a jedna z nich pokazuje napis „Women are Persons!”. Jest nawet wolne krzesło, żeby przechodzień mógł niejako dołączyć do grupy.
Famous Five są dziś bohaterkami historii praw kobiet, ale przynajmniej część z nich miała poglądy, które obecnie wyglądają bardzo ponuro. Emily Murphy i Nellie McClung popierały eugenikę, a środowisko reformatorek z Alberty odegrało rolę w kampanii prowadzącej do przyjęcia tam w 1928 r. Sexual Sterilization Act, w ramach którego władze Alberty mogły sterylizować osoby uznane za „niezdolne” (mentally defective), aby — według ówczesnej teorii eugenicznej — nie przekazywały potomstwu swoich rzekomo dziedzicznych „wad”. Początkowo ustawa wymagała zgody pacjenta albo opiekuna na sterylizację. Ale w 1937 r. przepisy zaostrzono: wobec części osób uznanych za mentally defective zabieg można było przeprowadzić bez ich zgody. Program trwał zdumiewająco długo — aż do 1972 r. W tym czasie Board rozpatrzył tysiące przypadków i wysterylizowano ponad 2800 osób. Kryteria „upośledzenia” były przy tym przesiąknięte uprzedzeniami klasowymi, rasowymi i dotyczącymi seksualności.
Ot, taki paradoks: „osoba” może być jednocześnie pionierką emancypacji jednych ludzi i zwolenniczką odbierania praw innym.
Wejście do Senatu jest prostsze niż do Parlamentu, trzeba tylko przejść szybką kontrolę bezpieczeństwa. Hall w środku również powitał mnie kilkoma niezbyt fascynującymi portretami, między innymi kolejną królową Wiktorią.
Miałam zarezerwowaną wizytę w języku francuskim, ale pięć minut wcześniej zaczynało się oprowadzanie po angielsku (starsza pani zdecydowanie woli). Ponieważ byłam pojedynczą sztuką, bez trudu pozwolono mi się do niego przyłączyć, ale wkrótce przekonałam się, że zamienił stryjek siekierkę na kijek. Nasza przewodniczka, Ellen, była bardzo młoda, bardzo miła i bardzo uśmiechnięta, jednak na tym jej zalety się kończyły.
Najpierw zajrzeliśmy do sali obrad przez drzwi wejściowe. I tu Ellen opowiedziała ponownie historię o złotej barierce w Izbie Gmin i wyjaśniła, że jest tam dlatego, że król angielski chciał kiedyś wedrzeć się na salę obrad. No i żeby go powstrzymać, postawiono barierkę.

Trochę dziwna wydała mi się wizja króla angielskiego, który chce się wedrzeć do sali parlamentu w Kanadzie (wyobraziłam sobie królową Wiktorię, która podkasując krynolinę, wpycha się do środka), więc zapytałam Ellen, który to był król. Pani powiedziała, że musi double check, bo w tej chwili nie pamięta. To, jak się miałam przekonać w trakcie wizyty, była jej ulubiona odpowiedź — z tym double check.
A tak dla ścisłości, król Karol I w 1642 roku rzeczywiście pogwałcił niezależność parlamentu, wkraczając z uzbrojoną eskortą do Izby Gmin, żeby aresztować pięciu posłów. Tyle że oczywiście działo się to w Londynie, a nie w Ottawie.
Potem poszliśmy na galerię. Tutaj przewodniczka zwróciła nam uwagę na czerwony dywan, na którym są różne liście klonu, a potem zapytała, czy jesteśmy w stanie powiedzieć, który z tych liści jest na fladze Kanady. No i jakoś żaden nam nie pasował.

Wtedy Ellen wyjaśniła, że liść na fladze jest amalgamatem różnych prawdziwych liści, zawiera jakby cechy ich wszystkich, bo chciano je w jakiś sposób połączyć.
Zapytałam Ellen, kiedy ten projekt powstał i kto był za niego odpowiedzialny, ale oczywiście dostałam odpowiedź: I must double check. Tu już mi się nasza przewodniczka poważnie naraziła, bo jak później odkryłam, historia kanadyjskiej flagi jest BARDZO ciekawa.
Dygresja: jak Kanadyjczycy dorobili się czerwonego listka
Obowiązującą dzisiaj flagę po raz pierwszy wciągnięto na maszt przed Parlamentem w Ottawie 15 lutego 1965 roku. Dla Kanady był to moment symboliczny: kraj, od dawna już politycznie niezależny, dostał wreszcie znak, którego nie dało się pomylić z brytyjskim. (Tę historyczną chwilę można obejrzeć tutaj).
Wcześniej Kanada posługiwała się między innymi Canadian Red Ensign, czerwoną flagą z Union Jackiem w rogu. Dla wielu anglojęzycznych Kanadyjczyków brytyjskie symbole były czymś naturalnym, ale we francuskojęzycznym Quebecu patrzono na nie znacznie mniej entuzjastycznie. Coraz wyraźniej było widać, że kraj potrzebuje symbolu, który nie będzie należał wyłącznie do jednej z dwóch głównych tradycji.

Swoją rolę odegrał także kryzys sueski z 1956 roku. Kanada wysłała wtedy żołnierzy do Egiptu w ramach sił pokojowych ONZ, ale posługiwali się oni Canadian Red Ensign, zawierającym Union Jack. Z punktu widzenia Egipcjan wyglądało więc trochę tak, jakby przybywali pod flagą jednego z państw, które właśnie dokonały inwazji. Lester B. Pearson, późniejszy premier Kanady, doszedł do przekonania, że kraj powinien mieć jednoznacznie własną flagę.
Kiedy w 1964 roku jego rząd zabrał się do sprawy, zaczęła się słynna Great Flag Debate. Do Ottawy napłynęły tysiące propozycji – niektóre bardzo osobliwe, można o nich poczytać tutaj – a parlament przez tygodnie kłócił się o to, jak właściwie powinna wyglądać Kanada na kawałku materiału.

Sam Pearson opowiadał się za flagą z trzema czerwonymi liśćmi klonu i niebieskimi pasami po bokach, symbolizującymi Atlantyk i Pacyfik. Ostatecznie jednak komisja parlamentarna wybrała prostszą koncepcję historyka George’a Stanleya: pojedynczy czerwony liść na białym tle, pomiędzy dwoma czerwonymi pasami. Stanley zainspirował się flagą Royal Military College of Canada.
Najbardziej fascynujący jest chyba sam liść klonu. Nie przedstawia on żadnego konkretnego gatunku drzewa i nie należy traktować go jako ilustracji botanicznej. Pierwsza wersja projektu miała liść o trzynastu wierzchołkach, ale z pewnej odległości, zwłaszcza kiedy flaga poruszała się na wietrze, szczegóły stawały się mało czytelne, uproszczono więc kształt do jedenastu wierzchołków. Nie jest to żaden „amalgamat” różnych typów klonu – chodziło po prostu o to, żeby liść był dobrze widoczny.
Dziś trudno sobie wręcz wyobrazić Kanadę bez czerwonego klonowego listka, choć w chwili narodzin wcale nie był on symbolem, przy którym wszyscy zgodnie kiwali głowami.
Ellen, tak jak wcześniej Keylan, bardzo podkreślała, że Karol III jest królem Kanady i że jest to coś odrębnego od bycia królem Wielkiej Brytanii, ale posunęła się w swojej interpretacji dalej, bo oświadczyła, że Karol wcale nie został uznany za króla automatycznie. Kanadyjczycy go wybrali, ale właściwie mogli także wybrać kogoś innego, dowolnie. To już wydało mi się bardzo podejrzane i spytałam przewodniczkę, jak wygląda procedura takiego wybierania króla. Co usłyszałam w odpowiedzi? 😊

Potem także tutaj zwiedziliśmy salę obrad komisji. W tym wypadku była to sala Komisji do spraw Indigenous Peoples. Znowu pod ziemią, znowu taka bunkrowata i bardzo klaustrofobiczna. Na ścianach wisiały różne dzieła sztuki reprezentujące rozmaite style odmiennych Pierwszych Narodów. Jakiś pan zapytał Ellen, co przedstawiają te dzieła. Usłyszał: I have to double check, ale na szczęście na ścianie wisiała tablica informacyjna, na której dokładnie wyjaśniono, skąd pochodzi i co reprezentuje każde z nich, więc pokazałam panu paluszkiem i mógł sobie przeczytać.

Podziękowaliśmy przewodniczce za zwiedzanie bez wielkiego entuzjazmu. Potem zorientowałam się, że letni przemysł turystyczny w Kanadzie w dużej mierze opiera się na sezonowym zatrudnianiu młodych ludzi, głównie studentów i uczniów szkół średnich, do obsługi centrów turystycznych, muzeów i atrakcji. Byli na ogół bardzo mili, uśmiechnięci i zachwyceni tym, że podoba mi się Kanada. Gorzej, kiedy chciało się dowiedzieć od nich czegoś konkretnego: czy muzeum jest dziś otwarte, jak kursują promy, kiedy przestała działać kopalnia, jaka jest lokalna populacja niedźwiedzi. Wtedy zazwyczaj padało znajome już: I must double check. Zaczęłam podejrzewać, że tego zwrotu uczą ich na szkoleniach.
W każdym razie nie zapytałam już Ellen o historię samego dworca. Doczytałam sobie sama, że Ottawa Union Station został zbudowany w latach 1909–1912 w stylu Beaux-Arts, a jego wielka poczekalnia inspirowała się nowojorskim Pennsylvania Station. Dworzec był połączony podziemnym przejściem z Château Laurier, który otwarto w tym samym roku.
Pociągi odjeżdżały stamtąd do 1966 r. W latach 60. miasto przebudowywało centrum i ruch pasażerski przeniesiono na nowy dworzec na wschód od śródmieścia. Co ciekawe, stary dworzec miał zostać zburzony. Uratowały go protesty i przywiązanie mieszkańców.
Ottawa nie chce się zbudzić, czyli spacer po Sparks Street
Ponieważ uczestniczyłam w miarę sumiennie w konferencji, która odbywała się na Carleton University – bardzo ładnym, zielonym kampusie, ale kawałek od centrum – na włóczenie się po mieście nie miałam zbyt wiele czasu. W piątek udało mi się jednak przespacerować po Sparks Street – to, jak się zdaje, główny reprezentacyjny deptak miasta. Pierwszy eksperyment z zamknięciem ulicy dla samochodów przeprowadzono już w 1960 roku, a w 1967 Sparks Street stała się pierwszym stałym deptakiem w Kanadzie.

Historycznie Sparks Street była znacznie ważniejsza niż dzisiaj: w XIX i pierwszej połowie XX wieku stanowiła jedną z głównych ulic handlowych i finansowych Ottawy, z bankami, sklepami, hotelami i siedzibami gazet. Dziś otaczają ją przede wszystkim biurowce, urzędy federalne, restauracje i trochę sklepów, więc po godzinach pracy – a piątek po południu, i to jeszcze w sierpniu, niewątpliwie jest taką porą – potrafi robić zaskakująco senne wrażenie. Są tu jakieś knajpki, nieliczne sklepy, w sumie za mało, aby uznać to miejsce za tętniące życiem serce miasta.
Spacerowało tam jednak trochę ludzi. Z pewnym rozbawieniem popatrzyłam na tłumek zgromadzony wokół faceta robiącego niezbyt przekonujące akrobatyczne wygibasy na wysokim palu, a nieco dalej na ludzi oglądających artystę zabawiającego małe dzieci. Naprawdę? Takie rozrywki kulturalne mają mieszkańcy kanadyjskiej stolicy w weekend?



Jako że w pewnej chwili starsza pani zaczęła odczuwać typową dla starszej pani naglącą potrzebę udania się do toalety, zaczęłam dyskretnie rozglądać się za stosownym przybytkiem. Ostatecznie weszłam do wielkiego przeszklonego budynku, C.D. Howe Building. W środku prezentował się imponująco i futurystycznie – skojarzył mi się z siedzibą U.S. Robotics z filmu Ja, Robot. (Zresztą film kręcono między innymi właśnie w Kanadzie, tyle że w Vancouver.)

Poczułam się nieswojo, ale potrzeby ciała nie żartują, więc podeszłam do pani w recepcji i z pewnym zażenowaniem zapytałam, czy gdzieś tutaj można znaleźć toaletę. Odpowiedziała, że tak, na niższym poziomie.

Zeszłam więc na dół i tam zrobiło się jeszcze dziwniej. Normalnie funkcjonuje tam cały podziemny pasaż: food court, sklepy, apteka i różne punkty usługowe. Tyle że wszystko było zamknięte. Widok wielkiego, całkowicie pustego pasażu ze wszystkimi zamkniętymi lokalami robił trochę niesamowite wrażenie.
Wracając do domu, na rogu Elgin i Wellington natknęłam się jeszcze na coś w rodzaju demonstracji, a właściwie chyba kilku demonstracji naraz. W sumie było tam może kilkanaście osób, ale transparenty dotyczyły różnych spraw: część Izraela, część zmian klimatycznych, a ktoś jeszcze protestował w zupełnie innej kwestii. Wyglądało to trochę tak, jakby trzy pięcioosobowe manifestacje umówiły się na ten sam narożnik. Lokalizacja była zresztą nieprzypadkowa: Parlament i federalne urzędy są tuż obok.

Potem zahaczyłam jeszcze o Rideau Centre – to też, jak się zdaje, sztandarowy shopping mall w Ottawie, otwarty w 1983 roku. Wygląda jak każdy shopping mall w dużym mieście, więc warto tam wejść tylko po konkretny zakup. Po tym doświadczeniu, wizycie w dwóch konkurencyjnych (?) i dobrze zaopatrzonych księgarniach – francuskojęzycznej Librairie du Soleil i anglojęzycznej Indigo – oraz zajrzeniu do kilku malowniczych (ale bez przesady) zakamarków i dziedzińców wokół ByWard Market uznałam, że mam jakie takie pojęcie o śródmieściu Ottawy.

Końcowy odcinek kanału Rideau to jeden z najbardziej malowniczych zakątków w centrum Ottawy. W dolnym prawym rogu widać ludzi ręcznie otwierających śluzę. W oddali, za rzeką, to już znajdujące się w Quebecu Gatineau.
Żałuję tylko, że nie miałam czasu przejść się wzdłuż Rideau Canal. Widziałam jedynie jego końcową część, między Château Laurier a Wzgórzem Parlamentu. Trafiłam akurat na moment, kiedy ręcznie otwierano jedną ze śluz.
Dygresja: co było pierwsze, kanał czy Ottawa?
Bezpośrednim bodźcem do budowy kanału była wojna brytyjsko-amerykańska w latach 1812–1814. Brytyjczycy zorientowali się, że ich podstawowa droga zaopatrzeniowa z Montrealu do Wielkich Jezior Rzeką Świętego Wawrzyńca, prowadzi niebezpiecznie blisko granicy z USA. Postanowiono więc stworzyć alternatywną, bezpieczniejszą drogę wodną: rzeką Ottawa, a następnie na południe systemem rzek, jezior i sztucznych przekopów aż do jeziora Ontario. Był to zatem przede wszystkim projekt wojskowy, nie przedsięwzięcie handlowe. Jego orędownikiem był sam książę Wellington.
W 1826 r. przybył tu podpułkownik John By z Royal Engineers, odpowiedzialny za budowę. Wybrał miejsce, gdzie dziś znajduje się słynna kaskada ośmiu śluz tuż pod Parliament Hill, jako północny początek kanału. Przy placu budowy wyrosła osada nazwana od niego Bytown. Dopiero w 1855 r. przemianowano ją na Ottawę. Czyli można z pewnym uproszczeniem powiedzieć: nie kanał zbudowano dla Ottawy; Ottawa wyrosła dlatego, że budowano kanał.
John By zastosował w dużej mierze system slackwater: zamiast przekopywać cały teren, budował tamy, podnosił poziom istniejących rzek i jezior i łączył je śluzami oraz krótszymi sztucznymi odcinkami. Dzięki temu powstała droga wodna długości około 202 km między Ottawą a Kingston. Miała pierwotnie 47 śluz w 23 zespołach.

Prace trwały od 1826 do 1832 r. W każdym sezonie pracowało przy nich nawet 5–6 tysięcy ludzi, przede wszystkim irlandzkich imigrantów i francuskich Kanadyjczyków, a także m.in. szkockich kamieniarzy. Pracowali ręcznie w lasach, bagnach i skalistym terenie. Setki robotników zmarły wskutek chorób, wypadków i fatalnych warunków pracy.
Kanał oficjalnie otwarto w 1832 r. i nigdy nie musiał spełnić swojego podstawowego zadania: nie nastąpiła kolejna wojna brytyjsko-amerykańska, podczas której trzeba byłoby tędy transportować wojsko i zaopatrzenie. Świetnie sprawdził się za to jako arteria handlowa, tyle że jego wielka kariera transportowa trwała krótko. Do 1849 r. dzięki systemowi śluz znacznie poprawiono żeglugę na Rzece Świętego Wawrzyńca i kupcy przerzucili się na tę krótszą trasę, a potem pojawiła się kolej — szybsza i tańsza.
Los samego Johna By był dość niewdzięczny. Po ukończeniu kanału wrócił do Anglii, gdzie zamiast zaszczytów czekało go tłumaczenie się przed komisją parlamentarną z ogromnych kosztów budowy. Nie zarzucono mu korupcji, ale jego kariera właściwie się skończyła. Zmarł w 1836 roku. Tymczasem kanał, za którego zbyt wysokie koszty dostał po głowie, działa do dziś, znajduje się na liście UNESCO, a osada powstała przy jego budowie została stolicą Kanady.
Ottawa po katolicku
Nieoceniony Pierre z mojej Auberge des Arts nie tylko zrobił mi na śniadanie wspaniały omlet, ale też zdradził mi słodki sekret: w czwartek po południu można za darmo wejść do National Gallery. Wobec tego po pierwszym dniu konferencji, jeszcze z jet-lagiem, pognałam dzielnie do Galerii, którą widziałam już z zewnątrz poprzedniego wieczoru, podczas pokazu fajerwerków.
Po drodze zaszłam jeszcze do Bazyliki Notre-Dame – nocleg w Lowertown ma zdecydowanie dużo zalet – która z zewnątrz nie wydała mi się zbyt interesująca, ale w środku okazała się bardzo zabawna, bo z wielką pasją udaje coś średniowiecznego. Intensywnie niebieskie sklepienie jest usiane złotymi gwiazdami, drewniano-gipsowe kolumny pomalowano tak, aby udawały marmur, do tego bardzo bogata polichromia, złocenia i mnóstwo dekoracji. Drewniane „gotyckie” stalle dookoła ołtarza ozdobione są całym lasem religijnych figur.


Budowę bazyliki rozpoczęto w 1841 roku, a w 1847 r. kościół został katedrą nowej diecezji Bytown. Jest to najstarszy zachowany kościół w Ottawie. Do miasta napłynęło wielu katolickich Irlandczyków, mieszkali tu także francuscy Kanadyjczycy i stosunki katolików z protestantami nie zawsze wyglądały różowo. Zwłaszcza że na podziały religijne nakładały się językowe – znaczna część katolików była francuskojęzyczna – oraz społeczne: katolicy mieszkali głównie w Lowertown, Uppertown było zamożniejsze i zasadniczo protestanckie.
Antagonizm szczególnie ostro objawił się na początku XX wieku w walce o francuskojęzyczne szkolnictwo katolickie. Ontario wprowadziło w 1912 r. Regulation 17, ograniczające nauczanie po francusku, co doprowadziło do wielu protestów. W Ottawie doszło na początku 1916 r. do słynnej Bataille des épingles à chapeaux – Bitwy na szpilki do kapeluszy: francuskojęzyczne katolickie matki zaatakowały policjantów blokujących dostęp do szkoły Guigues sióstr Desloges, w której wbrew nakazom nauczano po francusku. W ruch poszły szpilki do kapeluszy, wałki do ciasta, nożyczki oraz miotły. Korzystając z zamieszania, nauczycielki dostały się do środka przez okno.


Budynek tej szkoły istnieje do dzisiaj, chociaż szkoły już tam nie ma. Nawet koło niego przechodziłam, ale pomyślałam sobie tylko: „o, duże ponure gmaszysko” i nie przystanęłam, żeby przeczytać tabliczkę z informacją historyczną. Nauczka: należy ZAWSZE czytać tabliczki.
National Gallery – do zakochania jeden krok
Powrót do teraźniejszości: National Gallery. Obecny gmach otwarto w 1988 r. Zaprojektował go Moshe Safdie. Szklane wieże i dachy nawiązują symbolicznie do neogotyckich sylwetek Parlamentu i Bazyliki Notre-Dame, między którymi znajduje się galeria, ale wykonano je ze szkła i stali.

A przed wejściem stoi oczywiście gigantyczny pająk Maman Louise Bourgeois — ponad dziewięć metrów wysokości. Nie został zaprojektowany dla tego budynku: galeria kupiła go w 2005 r., ale od tego czasu zdążył się stać jednym z wizualnych symboli Ottawy.
Nie jestem wielbicielką pająków, nawet pomnikowych, ale symbolika tej kompozycji jest naprawdę ciekawa, bo nie chodzi tu bynajmniej o wywołanie ataku paniki u osób cierpiących na arachnofobię.
Dygresja (krótka): Pająk „Mamusia”
Autorka Maman, Louise Bourgeois, była Francuzką, od 1938 roku mieszkającą w Nowym Jorku. Międzynarodową sławę zdobyła bardzo późno. Miała już 70 lat, gdy Museum of Modern Art w Nowym Jorku urządziło jej w 1982 r. wielką retrospektywę, która stała się przełomowym momentem w jej karierze.
Gigantyczny pająk (jest ich kilka, można by zrobić podróż po świecie ich śladami) nazywa się Maman w hołdzie dla matki artystki.
Jej rodzice zajmowali się konserwacją i sprzedażą zabytkowych gobelinów. Matka naprawiała tkaniny i Bourgeois kojarzyła ją z pająkiem, który tka, naprawia i chroni. Sama artystka pisała, że “The spider is an ode to my mother (…) because my mother was as smart, patient, clean and useful, reasonable, essential as a spider”. Pająk jest więc tutaj tak naprawdę figurą macierzyńską i opiekuńczą.
Tkaniny pozostały zresztą ważne także we własnej twórczości artystki: szczególnie w późnych latach tworzyła z nich rzeźby, kolaże i książki, szyła, haftowała, a czasem także tkała.

National Gallery of Canada kupiła Maman za 3,2 mln CAD — była to wówczas najwyższa kwota, jaką galeria zapłaciła za dzieło żyjącego artysty. Bardzo fajnie wkomponował się w przestrzeń przed muzeum, chociaż mojego nastawienia do pająków nie zmienił.
W środku najbardziej charakterystyczna jest długa, przeszklona Colonnade, prowadząca od wejścia w stronę Great Hall. Idzie się nią lekko pod górę, a rytm betonowych filarów i szklanego sklepienia stwarza wrażenie czegoś w rodzaju współczesnej procesyjnej nawy. Całość ma około 46 tys. m², więc jest ogromna, ale nie odczuwa się jej wyłącznie jako szeregu niekończących się sal — co z punktu widzenia wystaw ma swoje dobre i złe strony.
Weszłam do Galerii i… wpadłam jak śliwka w kompot, a może raczej jak mucha do sieci pająka, żeby już odwołać się do Maman.
Zaczęłam od wystawy Qillaniq albo może wystawa zaczęła ode mnie, bo nowoczesność Galerii polega między innymi na tym, że człowiek błądzi między przestrzeniami, nie zawsze wiedząc, dokąd trafi i czy zwiedza we właściwym kierunku. Są jakieś strzałki tu i ówdzie, ale i tak czułam się trochę jak przeniesiona do rysunku Eschera.
Wyznanie szczere do bólu: z entuzjazmem starszej pani do sztuki współczesnej bywa różnie. Czasem patrzę na jakąś kropkę na białym tle albo instalację ze starych puszek i nic mi te dzieła nie mówią.
Wobec tego wkroczyłam na wystawę, nic o niej nie wiedząc i nie mając żadnych oczekiwań. Nie zdawałam sobie sprawy, że całkiem przypadkiem trafiłam na największą w historii ekspozycję poświęconą współczesnej sztuce rdzennych mieszkańców regionu okołobiegunowego. (Warto tu uściślić: Inuici to nie First Nations! To inna grupa autochtonicznych mieszkańców Kanady. Więcej piszę o tym w poście o Muzeum Historii Kanady)
Sądziłam, że tylko rzucę na nią okiem, tymczasem od razu zwolniłam. Już dwa lata wcześniej, w czasie wizyty w Quebecu odkryłam niesamowite tradycyjne inuickie rzeźby z kamienia i kości, ale tu natknęłam się na zupełnie coś innego: sztukę o jednoznacznej kulturowej tożsamości, wykorzystującą najrozmaitsze, jak najbardziej współczesne techniki i materiały, aby opowiedzieć własną historię i odczytanie świata. Połączenie twórczo olśniewające i w dodatku bardzo czytelne.




Chwała kuratorom (cały zespół pochodzenia autochtonicznego), że dodali na tablicach objaśnienia symboliki kryjącej się w dziełach. To nie znaczy, że zwiedzający jest zwolniony z własnego myślenia, ale łatwiej mu nawiązać dialog z danym obrazem czy instalacją.
I tak np. wymowa obrazu po lewej, Methylmercury (2017) Heather Campbell, jest dość jasna, ale sama nie wpadłabym na to, że przedstawiona postać to morska bogini Nuliajuk, a otaczające ją stworzenia morskie oraz meduzy w odcieniach błękitu odnoszą się do arktycznego ekosystemu i tożsamości artystki. Czarna trucizna wciskana Nuliajuk do gardła to metylortęć, a obraz powstał jako protest przeciwko zagrożeniu skażeniem związanym z projektem hydroelektrycznym Muskrat Falls.
Z kolei instalacja Feeding My Family (2019) Jessego Tungilika i Jasona Sikoaka przedstawia inuickiego myśliwego oprawiającego upolowaną fokę. Obie figury są w całości pokryte paragonami ze sklepów Northern i NorthMart w Nunavut, zbieranymi przez Tungilika przez pięć lat z własnych zakupów spożywczych. Rzeźba jest głosem protestu przeciwko drastycznie wysokim kosztom życia i problemowi bezpieczeństwa żywnościowego w północnej Kanadzie. Nie przypadkiem myśliwy zamiast dłoni ma kikuty: Tungilik wyjaśniał, że chodzi o odcięcie Inuitów od tradycyjnych praktyk łowieckich wskutek kolonizacji.
Amber Webb w Rites of Passage przypomina o zaniedbywanych dzisiaj rytuałach związanych m.in. z pierwszą menstruacją. W kulturze Yup’ik tradycyjne, pięknie zdobione rękawice, wykonywane ze skór zwierząt i często bogato obszywane, były symbolicznym prezentem, jaki młoda dziewczyna otrzymywała od starszych kobiet z rodziny właśnie z tej okazji.
Trudniejsza do zinterpretowania była wielokolorowa pochwa (tytuł dzieła to Mii goarrut arvedávgeivnniid Sápmái – Szyjemy tęczę dla Sápmi). Jak wyjaśnia tablica, warstwowa konstrukcja z tkanin, układająca się w tęczowe barwy otoczone kwiecistymi, tradycyjnymi wzorami, jest demonstracją dumy oraz prawa do cielesnej niezależności, które historycznie były tłamszone przez siły kolonialne.
Bardzo mi się podobało, że zamiast skupiać się na traumie kolonialnej, kuratorzy postawili na manifestację tzw. radykalnej radości (radical joy) oraz oporu poprzez celebrację własnej tożsamości (o przesłankach tematycznych wystawy można poczytać tutaj). Nawiasem mówiąc, Qillaniq to w języku inuktitut migoczące światło słońca lub księżyca odbijające się od powierzchni wody. Czysta poezja!

Po obejrzeniu wystawy stwierdziłam z przerażeniem, że moje trzy godziny skurczyły się do mniej niż dwóch, i z żalem zrezygnowałam z napicia się kawy w przeszklonym atrium z widokiem.
Przetoczyłam się do stałej ekspozycji sztuki kanadyjskiej i autochtonicznej. Tu już zdawałam sobie sprawę, że na wszystko nie starczy mi czasu, więc rzuciłam tylko okiem na wczesne malarstwo dziewiętnastowieczne i z bólem skróciłam swoje zachwyty nad inuickimi figurkami (normalnie mogę kontemplować każdą co najmniej pięć minut), bo w sumie już je trochę znam, żeby skupić się na malarstwie pierwszej połowy XX wieku.



Inuickie figurki nieomiennie rzucają na mnie jakiś hipnotyczny czar. Gdybym miała więcej czasu, tylko przy nich spędziłabym co najmniej godzinę.
To dopiero było odkrycie! Jako osoba chlubiąca się pewną orientacją w historii sztuki z zażenowaniem wyznaję, że hasła takie jak Group of Seven, Beaver Hall Group czy nazwisko Emily Carr były mi wcześniej nieznane. Moja strata, bo co prawda malarze z Group of Seven na zdjęciach wyglądają jak stado konwencjonalnych mężczyzn w garniturach (tylko jeden jest rozczochrany), ale ich pejzaże Kanady są boskie.


Podobały mi się właściwie wszystkie obrazy Grupy Siedmiu, ale mój faworyt to Lawren Harris. Tych pejzaży nie można nazwać realistycznymi, ale też nie jest to po prostu kolejna odmiana europejskiego postimpresjonizmu. Widać natomiast wyraźnie inspirację malarstwem skandynawskim, zwłaszcza takim jak pejzaże Gustafa Fjaestada. Jednak przede wszystkim jest to malarstwo bardzo „wrośnięte” w Kanadę i jej krajobraz.

Wcale się nie dziwię, że The Red Maple A.Y. Jacksona z 1914 roku ma w Kanadzie status ikony narodowej i jest uważany za jedno z kluczowych dzieł definiujących kanadyjską tożsamość wizualną.
Blisko dzieł artystów Group of Seven wisiało także – tak razem, ale osobno – kilka obrazów Emily Carr, które również mnie zafascynowały. Nie wiedziałam wtedy, że na tym moje kanadyjskie spotkanie z Emily się nie zakończy.
Z zainteresowaniem, ale już dość pobieżnie obejrzałam obrazy tzw. Beaver Hall Group, działającej mniej więcej w tym samym okresie co Group of Seven, ale mającej zainteresowania raczej miejsko-portretowe. Dużo kobiet, co było dla mnie miłą odmianą po ultramaskulinistycznej Grupie Siedmiu (chociaż A.Y. Jackson należał do obu grup), ale w sumie tutaj miałam wrażenie, że oglądam coś, co znam, jeśli chodzi o styl i sposób ukazywania rzeczywistości: trochę postimpresjonizmu, trochę ekspresjonizmu, czasem fowizmu?


Lilias Torrance Newton, Portrait of Ethel Southam, 1938. Ta pewna siebie pani w koralowym kostiumie zdecydowanie ma własną osobowość. Po prawej Randolph Hewton, Miss Mary Macintosh, 1924. Znakomite futro, ale jeszcze lepsza właścicielka: siedzi frontalnie i patrzy na nas z miną osoby, której zdecydowanie nie należy zawracać głowy.
Została mi jeszcze wystawa sztuki międzynarodowej. Chwilę się wahałam, bo byłam już na ostatnich nogach, ale ostatecznie postanowiłam chociaż rzucić okiem. Najpierw pozwoliłam sobie jednak na pięć minut odpoczynku w Rideau Chapel. To prawdziwa XIX-wieczna kaplica klasztorna, która została rozebrana i złożona na nowo wewnątrz nowoczesnego gmachu muzeum.
Dygresja: I znowu coś burzymy, czyli jak ocalić kaplicę
Kaplica Rideau powstała w latach 1887–1888 jako część Klasztoru Matki Bożej Najświętszego Serca (Convent of Our Lady of the Sacred Heart), w którym Siostry Miłosierdzia prowadziły szkołę z internatem dla dziewcząt. Jej wachlarzowe sklepienie w stylu Tudorów to jedyny taki przykład architektoniczny w całej Ameryce Północnej z tego okresu.

Na początku lat 70. XX wieku, z powodu malejącej liczby uczennic, zakonnice zostały zmuszone do sprzedaży kompleksu klasztornego deweloperowi. Cały obiekt – w tym kaplica – został przeznaczony do rozbiórki. Decyzja ta wywołała powszechny protest mieszkańców Ottawy oraz historyków sztuki. Choć budynku klasztoru nie udało się uratować, determinacja obrońców zabytków doprowadziła do niezwykłej akcji: wnętrze kaplicy zostało zdemontowane na dokładnie 1123 ponumerowane elementy, w tym całe fragmenty sufitu, ołtarza i okien. Skrzynie z fragmentami architektury spędziły lata w magazynach, czekając na lepsze czasy.
Kiedy w latach 80. Moshe Safdie projektował nowy, szklany gmach National Gallery, postanowił wkomponować zabytkowe wnętrze bezpośrednio w strukturę muzeum. Prace nad rekonstrukcją trwały cztery lata, a kaplicę oficjalnie otwarto dla publiczności w 1988 roku – dokładnie sto lat po jej pierwszej konsekracji.

O Kaplicy Rideau przeczytałam coś jeszcze przed wizytą w muzeum, ale nie spodziewałam się, że zrobi na mnie takie wrażenie. Efekt wachlarzowatego sklepienia jest niesamowity i nic mu nie ujmuje fakt, że to „tylko” neogotyk. Świetnym pomysłem było wzbogacenie wnętrza o efekt muzyczny: kompozycję Forty-Part Motet (Motet na czterdzieści głosów) Kanadyjki Janet Cardiff. Wzdłuż ścian ustawiono 40 głośników. Z każdego z nich płynie czysty, indywidualnie nagrany głos jednego śpiewaka z chóru katedralnego w Salisbury, wykonującego XVI-wieczny utwór Spem in alium Thomasa Tallisa. Efekt? Czysta mistyka. (Motetu można posłuchać na YouTube, ale oczywiście to nie to samo co przeżycie na żywo).
Posiedziałabym w Kaplicy nawet pół godziny, ale zegar tykał, więc popędziłam jeszcze do działu sztuki międzynarodowej. Wzgardziłam wczesną sztuką włoską – ostatecznie we Włoszech mam jej pod dostatkiem – ale potem musiałam zwolnić, bo w każdej sali było coś ciekawego, na przykład Kuszenie świętego Antoniego naśladowcy Hieronima Boscha. Przez chwilę próbowaliśmy z jakimś panem rozszyfrować symboliczne znaczenie różnych przedmiotów na obrazie: nagie kobiety w porządku, ale kielich wepchnięty w pupę, z którego wylatują jaskółki?


Przystanęłam na chwilę przy portrecie Bandiniego autorstwa Bronzina (ach, ten cudownie oddany czarny kaftan – Bronzino jest nieprześcigniony w malowaniu tkanin), ale nieoczekiwanie najbardziej zapisał mi się w pamięci obraz XVII-wiecznego holenderskiego malarza katolickiego Paulusa Bora, Zwiastowanie śmierci Maryi.

To dość nietypowy temat, ale przede wszystkim zafascynowało mnie, jak został przedstawiony. Matka Boska jest na nim ukazana jako zażywna matrona w średnim wieku, z podwójnym podbródkiem i opadającymi kącikami ust. Patrzy na archanioła Gabriela raczej ze zniecierpliwieniem niż z ekstazą, a jej uniesione brwi wyraźnie komunikują reakcję: „I czego znowu chcesz?”.
Monety, Renoiry, Klimty i takie tam musiałam już sobie darować, bo zbliżała się pora zamknięcia Galerii. Wyszłam z muzeum przebodźcowana, ale bynajmniej nie wysycona. Trzy godziny to po prostu za krótko na całość!
Sobotnie popołudnie spędziłam po drugiej stronie rzeki Ottawa, czyli już w Quebecu. Administracyjnie to osobne miasto, Gatineau, które samo w sobie nie wydaje się specjalnie ciekawe, za to znajduje się tam muzeum, w którym można ugrzęznąć jeszcze skuteczniej niż w National Gallery: Canadian Museum of History. I to właśnie przydarzyło się starszej pani, w związku z czym wizyta musi zostać uhonorowana odrębnym wpisem.
Żegnaj, Ottawo!
Wieczorem poszłam jeszcze raz nad rzekę na fajerwerki. Skoro Ottawa przywitała mnie pokazem sztucznych ogni, mogła mnie nim także pożegnać.
W niedzielę rano miałam już samolot do Vancouveru. Niezawodny Pierre nie mógł mi usmażyć omletu o szóstej rano, ale przygotował mi na drogę sałatkę owocową.

Lotnisko powitało mnie senną pustką. Walizkę nadałam błyskawicznie, chwilę postałam do kontroli bezpieczeństwa (to zresztą norma w Kanadzie) i koło ósmej znalazłam się po drugiej stronie, licząc na zjedzenie jakiegoś śniadania przed długim lotem. Leciałam Porter Airlines, czyli takim lepszym Wizzairem, w którym podają za darmo napoje, ale już nie posiłki.
No i co? Klęska na całej linii. Nieliczne punkty gastronomiczne były zamknięte albo oferowały jakieś bardzo niezachęcające snacki. Do minimalnego Starbucksa ustawiła się długa kolejka, więc uznałam, że nie doczekam kawy przed lotem. W sieciówce Relay, znanej mi doskonale z Polski, gdzie zwykle można kupić jakieś kanapki w folii, także nic nie było poza paluszkami serowymi i chipsami.

Zasiadłam pod bramką z porcją paluszków i pomyślałam sobie, że lotnisko jest takie jak i sama Ottawa: niemrawe i mało pociągające. Chciałoby się powiedzieć: prowincjonalne, ale czy wypada się tak wyrażać o stolicy?
Dygresja na koniec: jaki kraj, taka stolica, czy jaka stolica, taki kraj?
Sądząc z dyskusji na Reddicie, najczęściej kojarzonym z Ottawą przymiotnikiem jest boring, czyli nudna. Znalazłam też określenie the city that fun forgot („miasto, o którym zabawa zapomniała”), a nawet cały post zatytułowany znacząco Ottawa is NOT Boring. Podobno mieszkańcy Ottawy, którym bardzo chce się zakosztować nocnego życia, potrafią wsiąść do samochodu i ruszyć w dwugodzinną podróż do Montrealu.
Dlaczego właściwie Ottawa stała się stolicą? Na początku lat pięćdziesiątych XIX wieku była niedużą mieściną — liczyła niespełna osiem tysięcy mieszkańców. Montreal był od niej wielokrotnie większy, podobnie Quebec i Toronto. Parlament przez lata nie potrafił zdecydować się na wybór stałej stolicy i ostatecznie poproszono królową o rozstrzygnięcie. Wiktoria oczywiście nie wybierała na podstawie własnych upodobań. Duże znaczenie miało poufne memorandum gubernatora generalnego Prowincji Kanady, sir Edmunda Walkera Heada, który nie tyle kochał Ottawę, ile uważał ją za najmniejsze zło.
Miasto leżało mniej więcej na granicy anglojęzycznej Canada West i francuskojęzycznej Canada East, a przy tym dalej od granicy amerykańskiej niż większość konkurentów, co miało znaczenie militarne.

Co ciekawe, decyzja Wiktorii z 1857 r. wcale nie zakończyła awantury. W lipcu 1858 r. parlament przegłosował stosunkiem 64 do 50 głosów rezolucję stwierdzającą, że Ottawa nie powinna być stałą siedzibą rządu. Dopiero na początku 1859 r. wybór Ottawy został ostatecznie zaakceptowany — większością zaledwie pięciu głosów, 64 do 59. Nawet wtedy przeciwnicy nie złożyli broni: ostatnią próbę podważenia decyzji podjęto jeszcze w 1860 roku.
Do nowych, wciąż nieukończonych gmachów parlamentarnych legislatura Prowincji Kanady wprowadziła się w 1866 r.; pierwsze posiedzenie odbyło się 8 czerwca. Rok później, po Konfederacji, Ottawa została stolicą nowego Dominium Kanady.
Potem kierunek myślenia zupełnie się już zmienił: zamiast pytać „czy przenieść stolicę?”, zaczęto się zastanawiać „jak z tej niezbyt reprezentacyjnej Ottawy zrobić porządną stolicę?”. Efekty tych prób do dzisiaj nie są całkiem przekonujące.
Opuszczałam Ottawę z poczuciem, że nie będzie mi się marzyć powrót. Chyba że byłaby to okazja do drugiej wizyty w National Gallery.







Zostaw odpowiedź