Preludium: po co do Nowej Szkocji?

Jeszcze kilka lat temu nie umiałabym odpowiedzieć, dlaczego tak bardzo ciągnie mnie do Nowej Szkocji. Nie należy do prowincji, które najczęściej pojawiają się na listach „kanadyjskich hitów”. Większość przewodników poświęca jej zaledwie kilka stron, często omawiając ją razem z Nowym Brunszwikiem. Tak, pamiętam, że Ania z Zielonego Wzgórza urodziła się w Nowej Szkocji, ale moja miłość do powieści nie sięga tak daleko, abym chciała poszukiwać jej (fikcyjnego) miejsca urodzenia.

Chęć odwiedzenia Nowej Szkocji tkwiła we mnie od dawna, ale dopiero w 2024 roku, podczas mojej pierwszej wizyty na Wyspie Księcia Edwarda, zmieniła się w bardzo konkretny gwóźdź w głowie. A imię jego Akadia.

Wizyta w Skmaqn–Port-la-Joye–Fort Amherst koło Charlottetown uświadomiła mi, że w mojej znajomości historii Wyspy są luki wielkie i białe jak Grenlandia. Francuzi? Jacy Francuzi? (powiedzmy, że idylliczna anglosaska wizja Wyspy w powieściach o Ani nie pomogła). Stanęłam przed skromnym pomnikiem zwieńczonym krzyżem i po raz pierwszy przeczytałam słowa, które miały już ze mną zostać: Le Grand Dérangement. Znałam nazwę Akadia, od razu przywołującą skojarzenia z mityczną Arkadią, ale nie miałam pojęcia o kryjącej się za nią ludzkiej tragedii. Między Abegweit a Wyspą Księcia Edwarda zgubiłam jedno ogniwo: Île Saint-Jean.

Wyspa Księcia Edwarda – wtedy świętego Jana – ok. 1744. Domena publiczna
Tablice w trzech językach opisują historię Akadian na P.E.I. Pomnik zwieńczony jest charakterystycznym akadiańskim krzyżem

Malutka osada Port-la-Joye na P.E.I., założona w 1720 roku, gwałtownie się rozrosła w 1755, kiedy przybyli tu akadyjscy uchodźcy z Nowej Szkocji. Nie pożyli długo w spokoju: trzy lata później Brytyjczycy przejęli władzę nad Wyspą i uznali, że nie chcą na niej żadnych francuskich osadników. Około 3500 osób zgromadzono w porcie Port-la-Joye, a następnie siłą załadowano na statki zmierzające do Europy. Była to tragiczna podróż, w której życie straciła ponad połowa deportowanych osób. Przez następne lata wyspa pozostawała niemal bezludna, dopiero na początku lat siedemdziesiątych rozpoczęła się zorganizowana akcja sprowadzania nowych (głównie szkockich) osadników.

Ale Akadyjczycy na Wyspie Księcia Edwarda a raczej na Wyspie św. Jana to jednak już drugi akt ich smutnej odysei. Wszystko zaczęło się w Nowej Szkocji. Więc teraz już naprawdę musiałam tam pojechać.

Nowa Szkocja logistycznie czyli jak stracić kabanosy

Okazja nadarzyła się dzięki kolejnej konferencji o Ani na P.E.I. (tutaj pisałam wcześniej, że najbardziej do wzięcia w niej udziału skusiła mnie obecność Megan Follows, ale chyba minęłam się z prawdą). Można przecież troszeczkę przedłużyć podróż i chociaż liznąć także Nowej Szkocji.

Apka ArriveCAN pozwala wypełnić deklarację celną przed przylotem, co znacznie skraca stanie w kolejce na lotnisku

Najrozsądniejszą opcją był przylot do Halifaxu i wynajęcie tam samochodu. Trzy dni przed konferencją i trzy po – akurat tyle, żeby choć pobieżnie poznać region. (więcej o organizacji lotu i wynajęciu samochodu piszę tutaj).

Do Halifaxu przyleciałam po osiemnastej. Lotnisko nie jest bardzo duże i formalności nie powinny zająć dużo czasu, ale można je jeszcze skrócić, wypełniając online deklarację celną w apce ArriveCAN. Starsza pani wykazała się bystrością umysłu i tak właśnie zrobiła, dzięki temu zamiast stać w kolejce do ekranów eGate została od razu skierowana do stanowiska skanowania paszportu. Dziesięć minut po wyjściu z samolotu byłam już w hali przylotów. Starsza pani numer 2, która miała się do mnie przyłączyć, przyleciała z Krakowa kilka godzin wcześniej i czekała na mnie na lotnisku. Niestety nie wpadła na pomysł posłużenia się apką. W rezultacie stanęła oko w oko z celnikiem, który zapytał o przewożoną żywność. Skonfiskowanych kabanosów żałowała przez następnych kilka dni.

Nasz nocleg, znaleziony na Booking.com był niedrogi i wygodny

Ponieważ wiedziałam, że będziemy zmęczone po długiej podróży, szukałam noclegu w pobliżu lotniska, ale nie w kierunku miasta, żeby uniknąć kłopotliwego wyplątywania się z miejskiego ruchu następnego dnia. Wybór mieszkania w Middle Sackville, dwadzieścia minut jazdy samochodem od lotniska, był dobrą decyzją. To bardzo spokojne osiedle domków jednorodzinnych, zaraz przy zjeździe z autostrady. Nie ma tam żadnych sklepów czy knajpek, do których można dojść pieszo, ale nam marzyły się tylko herbata i łóżko.

Rano z domków wyłoniły się dzieci w mundurkach szkolnych, które zbierał (dzieci, nie mundurki) żółty szkolny autobus. Takich autobusów miałyśmy w następnych dniach zobaczyć bardzo dużo: przypominały nam, że wakacje jeszcze się nie zaczęły i turystyczne miejsca powinny być mniej zatłoczone.

Nowa Szkocja, Middle Sackville, autobus szkolny

Jeleń samobójca i romantyczny pan Bruce

Nasz plan na pierwszy dzień w NS był klasyczny i turystyczny: Peggy’s Cove, Mahone Bay i Lunenburg. Zrealizowałyśmy wszystkie punkty programu z kilkoma bonusami.

Rano popędzałam starszą panią numer 2 do jak najszybszego wyjazdu, bo doczytałam się, że w Peggy’s Cove, małej osadzie rybackiej, w której znajduje się najczęściej fotografowana latarnia w całej Kanadzie, jest bardzo dużo turystów i parking może być problemem. (Manewry samochodowe w zatłoczonych miejscach zawsze przyprawiają starszą panią numer 1 o ból głowy.) Dotarłyśmy na miejsce przed dziesiątą, zwalniając przezornie na odcinku drogi, przy którym widniał znak ostrzegawczy „suicidal deer” i zaparkowałyśmy bez problemu na niezbyt jeszcze zapełnionym górnym parkingu przy budce informacji turystycznej. Parking jest darmowy i bardzo go polecam, bo z niego rozciąga się piękny widok, a poza tym drugi, w dolnej części miasteczka, wymaga przebicia się przez wąską ulicę i grupki maszerujących turystów.

Toalety publiczne w Kanadzie to prawdziwa poezja

Punkt obsługi turystycznej był zamknięty na głucho, zwiedziłyśmy za to gustowną toaletę w starym, odnowionym domku.

W toalecie publicznej w Peggy’s Cove trudno zdecydować, czy najpierw załatwić potrzeby fizjologiczne, czy oddać się przyjemności lektury. No i proszę, dowiedziałam się, kto wymyślił kompostującą toaletę: Szwed Rikard Lindström w 1939. Nie wiem tylko, co zrobić z tą szczodrze zaoferowaną informacją.

Sama osada jest maleńka, jej przejście zajmuje tylko kilka minut, chyba, że będziemy wchodzić do wszystkich sklepików z pamiątkami po drodze.

Nie wchodziłyśmy do sklepików, za to przez dłuższą chwilę kontemplowałyśmy imponujący trzydziestometrowy relief naskalny. To nieukończone dzieło fińsko-kanadyjskiego rzeźbiarza Williama Edwarda deGarthe’a, jego hołd dla Peggy’s Cove i rybaków. Zaczął je tworzyć pod koniec lat siedemdziesiątych i udało mu się wykonać około 80% projektu, zanim umarł. Postać po lewej stronie ze skrzydłami najpierw wzięłyśmy za Anioła Stróża albo Jezusa, ale w rzeczywistości to święty Erazm (ten od ogni świętego Elma), patron rybaków i marynarzy.

Potem stanęłyśmy przy rzędzie krzeseł Adirondack (to chyba jeden z najbardziej charakterystycznych elementów pejzażu Kanady) z widokiem na port i domki po drugiej stronie zatoczki.

Dygresja: dlaczego wszędzie stoją te czerwone krzesła

Krzesła Adirondack to klasyczne amerykańskie meble wypoczynkowe, charakteryzujące się głębokim, mocno odchylonym do tyłu oparciem oraz niskim siedziskiem. Zostały zaprojektowane na początku XX wieku w USA, w górach Adirondack, stąd nazwa. W Kanadzie zostały przemianowane na krzesła Muskoka (mam nadzieję, że nie obrażam jakiegoś Kanadyjczyka bo z tego co zrozumiałam, istnieją jakieś bardzo subtelne różnice w wysokości i nachyleniu oparcia) i dzisiaj podobno traktują je jako własne dziedzictwo narodowe. W dodatku Zarząd Parków Narodowych wpadł na genialny pomysł tzw. „Red Chair Experience”.  W najbardziej spektakularnych, punktach widokowych we wszystkich parkach narodowych rozstawiono tysiące charakterystycznych, jaskrawoczerwonych krzeseł Adirondack aka Muskoka i teraz turyści namiętnie szukają ich na szlakach, żeby zrobić sobie zdjęcie do Instagrama. Starszej pani bardzo ten projekt przypadł do gustu, bo daje możliwości wypoczynkowe w dowolnym momencie wycieczek.

Sesja fotograficzna na fotelach zakończyła się niespodziewanym bonusem, bo po drugiej stronie zatoczki pojawił się wśród domów jeleń, spokojnie skubiący trawę. Przesunął się w stronę krzeseł, zignorował wymierzone w siebie aparaty fotograficzne i powędrował w stronę szosy. Może to był właśnie ten jeleń o skłonnościach samobójczych?
Starsza pani numer 2 uważnie studiuje menu. Starsza pani numer 1 szykuje się do zabielenia kawy hurtową liczbą śmietanek jednorazowych

Chciałyśmy podejść do latarni, zanim zbierze się pod nią tłum, ale nasze żołądki, nakarmione rankiem dwoma kawałkami chrupkiego polskiego pieczywa, stanowczo zaprotestowały. Wobec tego wybrałyśmy się na śniadanie w położonym vis-à-vis latarni Sou’Wester Gift & Restaurant Company. To było nasze pierwsze (ale nie ostatnie) spotkanie z charakterystyczną kulturą Canadian Friendliness. Jowialna pani szczodrze częstowała nas darling and dear i co chwilę dolewała mi kawy do wielkiego kubka. Kawa była zresztą okropna, przelewowa, jak często w Kanadzie, a idea mleka do kawy polegała na przyniesieniu mi miski wypełnionej jednorazowymi opakowaniami śmietanki. Zużyłam chyba połowę.

Wepchnęłyśmy w siebie z trudem dwa olbrzymie tosty i tak pokrzepione ruszyłyśmy na skały, na których rzeczywiście z każdą chwilą przybywało ludzi.

Latarnia jest bardzo malownicza. Nie kłamię. Oczywiście, jest podobna do niezliczonych innych latarni, które można zobaczyć w Kanadzie, ale wygrywa położeniem na skałach.

Posąg starszej pani na posągu świata… nie, poeci mi się pomieszali

Te skały to zresztą chyba największa atrakcja Peggy’s Cove, można po nich skakać i wędrować, ile dusza zapragnie. Starsza pani numer 1 wdarła się na najwyższe skalne wybrzuszenie i poczuła jak zdobywczyni skały pięknej Kalijopy (chociaż inne polskie stopy na pewno już tam przed nią stały). W dodatku starsza pani numer 2, która rozsądnie została na dole, uwieczniła ją na zdjęciu w dumnej pozie.

Wracając do samochodu zajrzałyśmy jednak do kilku sklepików z pamiątkami, ale naprawdę ciekawy był tylko jeden, Amos Pewter z różnego rodzaju biżuterią i bibelotami z cyny. Wyroby są śliczne, a w dodatku można się przyjrzeć procesowi odlewania stopu.

Potem odkryłyśmy, że Amos Pewter to znana marka w NS. Nie oparłam się pokusie nabycia ozdobnej ramki do fotografii.

Kiedy wyjeżdżałyśmy z parkingu, uszczęśliwiłyśmy jakiegoś kierowcę, bo rzeczywiście zrobiło się pełno i kolejni przybysze objeżdżali parking dookoła, czekając, aż zwolni się miejsce. A przecież to nie były jeszcze wakacje! Tak więc potwierdzam oficjalnie: warto przyjechać wcześnie i nie liczyć, że w razie czego zaparkujemy wzdłuż szosy (nie zaparkujemy).

Przed dziesiątą znalazłam miejsce parkingowe w Peggy’s Cove bez trudu, ale około południa parking był już szczelnie zapełniony.  © starsza pani numer 2

Na odcinku samobójczego jelenia znowu jechałam bardzo wolno, ale jednak nie zdecydował się wyskoczyć mi przed maskę.

Następne w kolejce czekało Mahone Bay, ale pogoda zrobiła się tak pocztówkowa, że koniecznie zachciało mi się pojechać na plażę i zanurzyć stopę (nie, nie jestem fetyszystką stóp, przysięgam) w oceanie. Na Google Maps wyskoczyła Queensland Beach, prawie po drodze.

Plaża była niewielka, piaszczysta, a turkusowe morze w słońcu wyglądało jak import z Seszeli. W wodzie kąpały się nawet jakieś odważne golasy. © starsza pani numer 2

Ja ograniczyłam się, zgodnie z planem, do zamoczenia stopy, ale jet lag zaczął dawać się we znaki, a wraz z nim imperatyw wlania w siebie kolejnej porcji kofeiny. Nad zatoczką z drugiej strony plaży zobaczyłyśmy duży dom z tarasem, na którym stało kilka stolików i krzeseł. Ani chybi kawiarnia! Idziemy.

Kiedy przydreptałyśmy pod dom, musiałyśmy pogodzić się z twardymi faktami: chociaż miał podwórko wysypane błyszczącymi szklanymi kulkami, z całą pewnością nie był kawiarnią. Przed wejściem krzątała się jakaś para w zaawansowanym wieku, powiedziałyśmy więc grzecznie „dzień dobry” i zaczęłyśmy zachwycać się kamyczkami, żeby jakoś usprawiedliwić to bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Pan bardzo się naszymi pochwałami ucieszył i zaraz zaprosił nas do środka, żeby się pochwalić dopiero co skończonym remontem. Pani dyskretnie wycofała się do innego pokoju (odniosłam wrażenie, że mąż nie pierwszy raz opowiadał gościom o swoim domu).

Widok z tarasu w domu Bruce’a dosłownie zwala z nóg. Musiałam usiąść na krześle.
Bruce miał coś do powiedzenia o każdym elemencie wystroju. Wzruszyła mnie idea świetlików w blacie nad kuchnią, ale najbardziej interesujące były witraże z jakiegoś zdemolowanego kościoła (z lewej strony).
Z orłem też jest związana jakaś skomplikowana historia, ale nie byłam w stanie spamiętać wszystkich szczegółów

Oprowadzanie trwało dość długo, bo o każdym sprzęcie pan Bruce miał do opowiedzenia jakąś ciekawą historię. Mnie najbardziej przypadła do gustu drewniana (deska? blat?) nad wyspą kuchenną, w której zamontowane są nie tylko lampki, ale także maleńkie świetliki, widoczne tylko nocą. Jak wyjawił nam Bruce, są z żoną, Trish, 54 lata po ślubie i chciał jej ofiarować coś jedynego w swoim rodzaju.

Na balkonie (naprawdę stało tam dużo stołów i krzeseł) Bruce pokazał nam jeszcze pięknie ogryzione przez bobry kije i kazał nam obiecać, że po powrocie do Europy będziemy wszystkim mówić, że Nowa Szkocja to najbrzydsze i najnudniejsze miejsce pod słońcem.

Gdyby jeszcze Bruce poczęstował nas kawą, ta wizyta byłaby niewątpliwie największą atrakcją całego dnia.

Mahone Bay: w krainie Instagrama

Rozbudzona opowiadaniami Bruce’a stwierdziłam, że jakoś dojadę do następnego miasta na trasie, gdzie już na pewno znajdę nową porcję kofeiny.

O Mahone Bay przewodniki wspominają z reguły zwięźle jako o uroczym miasteczku, znanym z festiwalu strachów na wróble (koniec września) i bajkowego/ malowniczego/ romantycznego – wybierzmy przymiotnik wedle upodobania – widoku trzech kościołów w rzędzie. Kadr z trzema kościelnymi wieżami zaczął pojawiać się na kanadyjskich pocztówkach już na początku XX wieku i stał się przepustką miasteczka do sławy. Kościoły pochodzą z drugiej połowy XIX wieku (żaden nie jest katolicki) i to wszystko, co potrafię o nich powiedzieć, bo były zamknięte na cztery spusty. Nie mam Instagrama, ale zrobiłam zdjęcie jak dziesiątki (setki?) tysięcy turystów przede mną, bo widok jest cute.

Na kultowe zdjęcie kultowego miejsca w Mahone Bay najlepiej zatrzymać się przed dojechaniem do miasteczka, bo z drugiej strony, na nabrzeżu od centrum, jeden z trzech kościołów chowa się w zieleni

Przy nabrzeżu, tuż przy kościołach jest duży i bezpłatny parking – to najwygodniejsza opcja zostawienia samochodu, zanim wjedziemy w zatłoczoną główną uliczkę, która nazywa się, stosownie do funkcji, Main Street. Zaraz za parkingiem znajduje się także gustowna toaleta publiczna, z której skwapliwie skorzystałyśmy, choć z wnętrza dobiegały jakieś niepokojące piski i okrzyki. Okazało się, że toalety (koedukacyjne!) wyposażono w niezwykle wyrafinowany system zamykania i otwierania drzwi, który sprawia, że potrafią się one otworzyć same, w bardzo nieodpowiednim momencie.

Toalety w Mahone Bay są śliczne, ale…
…automatyczny system zamykania i otwierania drzwi jest dość stresujący

W Mahone Bay naszą uwagę zwróciły trzy powiewające obok siebie flagi. Ta środkowa, to oczywiście flaga Kanady, w biało-niebieskiej domyśliłyśmy się Nowej Szkocji, bo to po prostu odwrócenie jej kolorów ze szkockim lwem w środku, ale trzecia? Jakieś aluzje do islamu? Potem wyczytałam, że to flaga Mikmaków: krzyż symbolizuje nawrócenie na chrześcijaństwo, a słońce i półksiężyc bliski związek z naturą. Tak w ogóle to świeża tendencja: flagę „Wielkiej Rady” zaczęło wciągać na maszty dopiero od 2017 roku, w ramach procesu Reconciliation. W Mahone Bay wisi od 2021 roku.

Po sumiennym przejściu się przez Główną Ulicę, zachwyceniu się uroczymi drewnianymi domkami, ominięciu sklepów z pamiątkami i napiciu się kawy, ruszyłyśmy do ostatniego turystycznego przystanku na naszej trasie tego dnia: Lunenburga.

Wille w Mahone Bay są pocztówkowo śliczne

Lunenburg: niespodzianki na koniec dnia

O Lunenburgu starsza pani numer 1 poczytała coś przed wyjazdem, więc wiedziała, że to jedno z lepiej zachowanych historycznych miasteczek w Kanadzie, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, i że parkowanie w centrum, z powodu wąskich, stromych i zatłoczonych ulic, może stanowić wyzwanie. Wobec tego przezornie zapoznała się w Internecie z radami wcześniejszych podróżników, którzy polecali zostawienie auta na bezpłatnym parkingu przy Lunenburg Community centre, skąd dziesięciominutowym spacerkiem (pod górkę), można dotrzeć do centrum.

Znalazłam miejsce bez trudu i zaparkowałam, gratulując sobie sprytu, ale starsza pani numer 2 popatrzyła na mnie przerażonym oczkiem i spytała, czy naprawdę nie możemy podjechać gdzieś bliżej. Starsza pani numer 1 zazgrzytała zębami i ruszyła do centrum, które okazało się dokładnie tak frustrujące, jak ostrzegały przewodniki.

Co prawda, ponieważ było już mocno po południu, wzdłuż ulicy w porcie tu i ówdzie dałoby się zaparkować auto, pal licho, że za opłatą. Niestety, okazało się, że płacić można a) tylko przez apkę HotSpot Parking b) że nie można jej ściągnąć na mój telefon, bo ma geoblokadę. Totalna porażka.

Ostatecznie starsza pani numer 1 zostawiła starszą panią numer 2 w porcie i wróciła na bezpłatny parking, a potem przydreptała z powrotem na nóżkach.

Na nabrzeżu rozglądałyśmy się za jednym z najważniejszych symboli narodowych Kanady, legendarnym szkunerem rybackim i regatowym Bluenose, zwodowanym w Lunenburgu w 1921 roku. Nazywany był „Królową Północnego Atlantyku”, bo przez siedemnaście lat pokonywał nieprzerwanie wszystkich amerykańskich rywali w regatach. (To wszystko wiem z Wikipedii). Dzisiejszy żaglowiec Bluenose II, to wybudowana w 1963 roku wierna replika oryginału, który zatonął zaraz po wojnie – niewdzięczni Kanadyjczycy sprzedali go na Karaiby jako zwykły transportowiec. Żaglowca i tak nie było: na redzie stał tylko bark szkolny o dumnej nazwie Picton Castle. No właśnie, dlaczego Bluenose? Niebieski nos to trochę śmieszna nazwa dla prestiżowego żaglowca.

Dygresja: Niebieski nos i Ania z Zielonego Wzgórza
Projektanci i fundatorzy szkunera uznali, że nowa jednostka nie może mieć zwyczajnego imienia. Miała stać się żywym symbolem całej prowincji i jej żeglarskich tradycji. Zamiast nazywać statek imieniem żony fundatora czy lokalnego polityka, wybrano przydomek całego regionu – Bluenose. (źródło zdjęcia: Nova Scotia Archives 20040084)

Ale skąd się w ogóle wzięło określenie „niebieskonosi” na mieszkańców Nowej Szkocji? Znalazłam aż trzy wyjaśnienia:

1. Angielscy lojaliści, którzy uciekali z USA po rewolucji amerykańskiej, zaczęli złośliwie nazywać wcześniejszych, biedniejszych osadników z Nowej Szkocji właśnie „niebieskonosymi”.

2. W XIX wieku Nowa Szkocja masowo eksportowała do USA oraz innych kanadyjskich prowincji wyjątkowo odporną odmianę ziemniaków o fioletowo-niebieskawym zabarwieniu na końcach. Amerykanie nazywali je Nova Scotia Bluenoses, a z czasem ta nazwa przylgnęła bezpośrednio do handlarzy i mieszkańców prowincji.

3. W portach całego świata nazywano niebieskonosymi marynarzy z Nowej Szkocji. Powodem były ich nosy siniejące na lodowatym atlantyckim wietrze albo niebieski barwnik z wełnianych rękawic, który zostawał im na twarzach, gdy wycierali nosy podczas sztormów.

Moje historyczne śledztwo zaowocowało także olśnieniem literackim, bo nagle otworzyła mi się w mózgu jakaś klapka i domyśliłam się, o co miała na myśli Iza (Philippa) Gordon w Ani na Uniwersytecie, kiedy mówi Ani, że jest „Sinonoską”, bo urodziła się w Nowej Szkocji. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego tamtejsi mieszkańcy mieliby mieć sine nosy!

Ania na Uniwersytecie, tłum. Janina Zawisza Krasucka, wyd. 1931 rok.

Największe wrażenie w Lunenburgu zrobił na mnie Lunenburg Fishermen’s Memorial & Tribute, pomnik z czarnego marmuru zbudowany w kształcie róży wiatrów. Na tablicach wyryto imiona lokalnych rybaków, którzy stracili życie na morzu, w sumie ponad sześćset osób. Przy starszych wpisach często pojawiają się, jedno pod drugim, te same nazwiska, bo podczas połowów ginęły całe rodziny, dwa albo i trzy pokolenia.
Dygresja (inaczej się nie da): cena za bycie „Stolicą dorsza”

Wody Atlantyku są bogate w ryby, ale bardzo zdradliwe. Dwie największe katastrofy, określane dzisiaj mianem The August Gales, wydarzyły się w 1926 i 1927 roku – za chwilę będzie stuletnia rocznica pierwszej z nich – i wciąż są żywe w pamięci mieszkańców (na lokalnej stronie facebookowej powtarzają się dyskusje potomków tych zaginionych rybaków).

Dwa zatopione szkunery to nie były jakieś małe stateczki, tylko wielkie żaglowce. Ten na zdjęciu to Sylvia Moscher, drugi nazywał się Sadie A. Knickle

W 1926 roku dwa duże szkunery wypłynęły na łowiska w idealnych, spokojnych warunkach. Potem służby lądowe zaczęły nadawać ostrzeżenia o nadchodzącym potężnym huraganie, ale  łodzie rybackie nie posiadały jeszcze na pokładach odbiorników radiowych i nie miały pojęcia o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Kiedy wiatr nagle uderzył, zmiana pogody była tak szybka, że załogi znalazły się w śmiertelnej pułapce: jedyną szansą na przetrwanie było zrzucenie wszystkich żagli i próba „przeczekania” sztormu na otwartej wodzie. Kotwice jednak nie utrzymały statków. Huragan popchnął bezwładne szkunery prosto na zdradliwe, piaszczyste mielizny wokół Sable Island. Fale roztrzaskały drewniane kadłuby o dno oceanu, a wszyscy rybacy, prawie 50 osób, zginęli w lodowatej wodzie. Rok później wydarzyła się następna tragedia, niemal w identyczny sposób. Zatonęło wtedy pięć żaglowców, zginęło blisko 90 osób. Dopiero wtedy armatorzy zaczęli wyposażać statki w radiostacje oraz silniki motorowe.

Sable Island przez długi czas nazywano „Cmentarzyskiem Atlantyku”, bo na otaczających ją zdradliwych mieliznach zatonęło ponad trzysta statków. Co ciekawe, nazwa wyspy pochodzi od francuskiego sable, czyli po prostu „piasek” – nadali ją francuscy żeglarze, którzy dotarli tu w XVI wieku. Dziś Sable Island słynie przede wszystkim z ogromnych kolonii fok i żyjących na wolności koni. Chętnie wybrałabym się je zobaczyć, ale to jednak nie moje regiony finansowe – jednodniowa wycieczka kosztuje około 2000 dolarów . (Paul Gierszewski CC BY-SA 4.0 Wikimedia Commons)

W późniejszych latach listy ofiar stają się krótsze, ale każdy rok przynosi nowe: mimo nowoczesnych radarów, systemów GPS i helikopterów ratunkowych, Ocean Atlantycki wciąż potrafi być bezwzględny. Głęboko poruszyła mnie ostatnia tablica, która jest jeszcze pusta: mieszkańcy Lunenberga nie łudzą się, że ocean da się całkowicie oswoić.

Bardzo żałuję, że było już zbyt późno aby zwiedzić znajdujące się nieopodal Muzeum Rybołówstwa (Fisheries Museum of the Atlantic)

Wejście do księgarni doskonale pokazuje, jak się trzeba było natrudzić, żeby budować domy na pochyłym terenie.

Ruszyłyśmy zwiedzić miasto. Niestety, nabrzeże, jak to nabrzeże, znajduje się na dole przy morzu i do centrum trzeba się wdrapać. Lunenburg przypomina trochę przechyloną szachownicę, bo dzieli się na kwadraty wyznaczone przecinającymi się pod kątem prostym ulicami. Te pionowe są hm, bardzo pionowe. Wzięło się to stąd, że zabudowę zaplanowano przy stoliku, od zera, według ustalonego szablonu. Miało to być tzw. Model Town. Wszystko pięknie ładnie, tylko że architekt projektując na odległość, nie wziął pod uwagę drobnego szczegółu: miasto położone jest na dość stromym wzgórzu. I dla porządku: zanim w 1753 roku rząd brytyjski założył Lunenburg, który zaludnił protestanckimi kolonistami sprowadzonymi głównie z Niemiec i Szwajcarii, w tym samym miejscu istniała akadyjska osada Merligueche.

Wdrapywałyśmy się więc, solidnie posapując. Z powodu manewrów z parkingiem straciłyśmy trochę czasu i dochodziła piąta, godzina zamknięcia prawie wszystkich sklepów. Zdążyłyśmy jeszcze wejść, rzutem na taśmę, do księgarni Block Shop Books, którą przewodnik koleżanki opisywał jako „kultową” (ile już „kultowych” miejsc zaliczyłyśmy tego dnia?). To rzeczywiście przyjemne miejsce, chociaż nie aż tak wyjątkowe, żebym je miała wspominać do końca życia.

Po godzinie siedemnastej Lunenburg opustoszał, jak za sknięciem magicznej różczki. To dobra pora na spacer, jeśli nie zależy nam na zaglądaniu do sklepów

Po piątej miasto zaczęło szybko pustoszeć. Powędrowałyśmy dalej do góry, w poszukiwaniu kościoła świętego Jana, którym zachwycał się przewodnik koleżanki. Po drodze odkryłyśmy zielony skwer z Lunenburg Memorial Columns, czyli pomnikiem poświęconym pamięci poległych w II wojnie światowej oraz wojnie w Korei (1950–1953). Najbardziej zaintrygowała nas jednak stojąca nieco z boku tablica z norweskim napisem, którego nie umiałyśmy za bardzo rozszyfrować – domyśliłyśmy się tylko, że mówi coś o II wojnie i o marynarzach.

To ostatnia dygresja (w tym wpisie): Norwedzy w Lunenburgu

W tłumaczeniu na polski, napis na tablicy brzmi: Pamięci personelu Królewskiej Norweskiej Marynarki Wojennej i norweskich marynarzy, którzy przybyli do Lunenburga i szkolili się w Camp Norway podczas II wojny światowej. Wszystko dla Norwegii”. Pomnik ufundowano w latach dziewięćdziesiątych i dobrze, bo inaczej skąd bym się dowiedziała, co tu robili Norwedzy? Po inwazji Niemiec na Norwegię w 1940 roku, król Haakon VII rozkazał norweskiej flocie handlowej i rybackiej  uciekać do portów alianckich. Ponad tysiąc norweskich marynarzy, rybaków i wielorybników dotarło na wschodnie wybrzeże Kanady i osiedliło się właśnie w Lunenburgu, gdzie pozwolono im założyć bazę wojskową. Norwegowie przekształcili swoje statki wielorybnicze w uzbrojone patrolowce i okręty obrony wybrzeża, a sami szkolili się, by później wziąć udział w Bitwie o Atlantyk albo dostać się do Królewskiej Norweskiej Marynarki Wojennej. Niektórzy zostali już w Kanadzie, bo zdążyli się zakochać i założyć rodziny. Byli też i tacy, co już naprawdę bardzo smutne, których zwyczajnie nie było stać na opłacenie podróży powrotnej.

Młodzi Norwegowie zakwaterowani w Lunenburgu w czasie II wojny światowej podobno siali spustoszenie w damskich sercach. (zdjęcie z kolekcji Roberta Folvika: Dawn Harwood-Jones and Yvonne Mosley/The Camp Norway Project)

Na szczęście od pomników wojennych do kościoła świętego Jana jest już blisko i w dodatku poziomo, bo starsza pani numer 2 szybko opadała z sił. Doszłyśmy do kolejnego zielonego placu z wielką budowlą pośrodku i popatrzyłyśmy na nią z nieudawanym podziwem. Jak podkreślają przewodniki, to najstarszy kościół w Lunenburgu, wybudowany w 1754  i drugi co do wieku protestancki kościół w Kanadzie. (przy okazji odkryłam, że jego obecnym rektorem/rektorką jest kobieta, wielebna Dawna Wall, a jej doktorat miał tytuł Unconventional Prayer Practices. Chętnie bym ją poznała!)

Kościół Saint John po katastrofalnym pożarze w 2001 roku i odbudowany

Kościół był już zamknięty, ale i zewnątrz prezentuje się bardzo ciekawie, jako biało-czarny budynek w stylu neogotyku ciesielskiego (Carpenter Gothic), zwieńczony wieżą z charakterystycznymi ząbkami, co nadaje mu wygląd średniowiecznego zamku, tyle, że z drewna. Warto tylko zaznaczyć, że budynek jest osiemnastowieczny nieco umownie: w 2001 roku w wyniku podpalenia wybuchł katastrofalny pożar, który prawie całkowicie go zniszczył. W rekonstrukcji budowli, w którą zaangażowała się cała lokalna społeczność, bardzo pomogła… wytwórnia Disneya, która kilka lat wcześniej kręciła w tym miejscu film Simon Birch. Przekazane przez nią zdjęcia z planu filmowego pomogły odtworzyć kościół tak, aby wyglądał identycznie jak wcześniej.

Starsza pani numer 2 już ledwie zipała, ale starsza pani numer 1 nie miała litości: usadziła koleżankę na ławce z widokiem na fasadę świętego Jana i popędziła się jeszcze przebiec po zabytkowych uliczkach. Górna część Lunenburga podobała mi się bardziej niż dolna, komercyjna i pełna sklepów. Stoi tu jedna malownicza willa za drugą i chętnie postałabym przed każdą chociaż przez chwilę, ale musiałam się ograniczyć do przystawania, wzdychania i robienia kolejnych zdjęć. Przemknęłam koło kościoła luterańskiego (najstarszego w Nowej Szkocji, ale tylko jeśli mamy na myśli pierwotnie postawiony tu budynek, obecny pochodzi z 1890 roku) i dotarłam na sam szczyt wzgórza, żeby popatrzyć na Lunenburg Academy zwaną potocznie The Castle on the Hill – Zamkiem na Wzgórzu. To najbardziej monumentalny, XIX-wieczny drewniany budynek szkolny w Kanadzie, wybudowany w latach 1893-96. Początkowo uczyło się w nim 640 uczniów, ilu potem, nie wiem, ale pełnił funkcję szkoły aż do 2012 roku. Gmach jest majestatyczny i rzeczywiście wygląda trochę jak zamek, w dodatku zaraz obok jest stary cmentarz: całość sprawia wrażenie pejzażu z powieści gotyckiej.

Lunenburg Academy ma piękne położenie, na samym szczycie wzgórza. Romantyzm miejsca trochę psuje obszerny parking przed budynkiem (na szczęście o tej porze był już pusty)

Zgarnęłam starszą panią numer 2 z ławki i poturlałyśmy się z powrotem do samochodu, choć wykonywałam subtelne manewry polegające na wydłużeniu trasy przynajmniej o dwie następne uliczki.

Udało mi się wrócić do auta nieco okrężną drogą. Niestety, tak jak prawie wszędzie, widok psują biegnące górą ciężkie kable. W Kanadzie względy praktyczne i pogodowe wygrywają z estetyką.
Nocleg, Lily’s Pad znalazłam na Airbnb. W sezonie lepiej rezerwować w tych okolicach z wyprzedzeniem

Musiałyśmy jednak dotrzeć do naszego następnego noclegu, znajdującego się, bagatela, po drugiej stronie półwyspu, w Wolfville, a po drodze zrobić jakieś zakupy. Zajęło nam to około półtorej godziny jazdy samochodem, już bez kolejnych odkryć (jeśli nie liczyć zaskoczenia marnym wyposażeniem lokalnego Walmarta).

Nasz nocleg znajdował się jakieś dziesięć minut od miasta, już w środku lasu. Gdybym miała jeszcze trochę sił w zapasie, na pewno wybrałabym się na poszukiwanie jeleni albo innych leśnych stworzeń. Trzeba było jednak odpocząć przed następnym dniem, więc zadowoliłam się wyjściem na werandę i wyrecytowaniem namaszczonym głosem (nie z pamięci, czytając z komórki):

This is the forest primeval. The murmuring pines and the hemlocks,
Bearded with moss, and in garments green, indistinct in the twilight,
Stand like Druids of eld, with voices sad and prophetic,
Stand like harpers hoar, with beards that rest on their bosoms.
Loud from its rocky caverns, the deep-voiced neighboring ocean
Speaks, and in accents disconsolate answers the wail of the forest.

This is the forest primeval; but where are the hearts that beneath it
Leaped like the roe, when he hears in the woodland the voice of the huntsman?
Where is the thatch-roofed village, the home of Acadian farmers,--
Men whose lives glided on like rivers that water the woodlands,
Darkened by shadows of earth, but reflecting an image of heaven?
Waste are those pleasant farms, and the farmers forever departed!
Scattered like dust and leaves, when the mighty blasts of October
Seize them, and whirl them aloft, and sprinkle them far o'er the ocean
Naught but tradition remains of the beautiful village of Grand-Pré.

Dodaj komentarz

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej