Powrót, którego miało nie być
Kiedy pod koniec czerwca 2024 roku odlatywałam z Wyspy Księcia Edwarda, nie przypuszczałam, że tam jeszcze kiedyś wrócę. Został mi co prawda pewien niedosyt – nie dotarłam wtedy do Summerside ani do zachodniej części Wyspy, z przyjemnością przemierzyłabym jeszcze kilka szlaków spacerowych – ale miałam też poczucie spełnionej misji: zobaczyłam na własne oczy miejsca, o których marzyłam w dzieciństwie.
A jednak dwa lata później znalazłam się tam ponownie. Konferencja? No oczywiście. Temat wywoławczy („zmiana”) dobrze pasował do zagadnienia recepcji L. M. Montgomery we Włoszech, którym właśnie się zajmowałam, więc wysłałam zgłoszenie z myślą, że wygłoszę referat online. Potem jednak koleżanka (ta sama, która tak mi zazdrościła wyjazdu dwa lata wcześniej), zaczęła mnie namawiać do podróży – trochę bała się jechać sama (starsze panie, jednoczcie się!). Dałam się przekonać, bo pomyślałam, że przy okazji można by spędzić kilka dni w Nowej Szkocji.
Tak więc tym razem była to wyprawa dwóch starszych pań, co oczywiście miało swoje konsekwencje.

Tym razem na Wyspę dotarłyśmy samochodem, przejeżdżając przez słynny Most Konfederacji (Confederation Bridge) nad Cieśniną Northumberlandzką, który od 1997 roku pozwala kierowcom obejść się bez promu. Most ma około 13 kilometrów, ale turystyczna przyjemność jest zerowa, bo po obu stronach szosy wznoszą się betonowe ściany. To tak, jak jechać po torze bobslejowym (chyba, że ktoś siedzi w wysokiej ciężarówce). Te osłony służą zabezpieczeniu samochodów przed silnymi wiatrami, zwłaszcza w zimie, no i mają chronić kierowców przed zagapieniem się na krajobraz i spowodowaniem wypadku.
Po przejechaniu mostu trzeba jeszcze dotrzeć do Charlottetown: to jakieś trzy kwadranse autostradą. Pojechałyśmy najkrótszą trasą przez środek wyspy, bo zbliżał się już wieczór. Starsza pani numer 1 dzielnie podążała do celu, podczas gdy starsza pani numer 2 podniecała się czerwonymi polami.

Tym razem, ze względów logistycznych, postanowiłyśmy zatrzymać się jak najbliżej uniwersytetu. Odkryłyśmy, że kampus oferuje bardzo korzystną cenowo opcję noclegu w akademikach, które w okresie letnim są oczywiście wolne. Ta opcja dostępna jest dla wszystkich, ale nie znajdziemy jej na Bookingu, trzeba po prostu wiedzieć, że istnieje (tutaj link do strony). Za około 55 euro od osoby za noc (na P.E.I to tanio jak barszcz) dostałyśmy apartament z dwoma wielkimi, oddzielnymi sypialniami, obszernym aneksem kuchennym, łazienką i toaletą. Na parterze jest też pralnia, gdzie można za darmo (!) wyprać i wysuszyć brudne ubrania.

Oddzielne sypialnie to wspaniałe rozwiązanie dla dwóch chrapiących pań w pewnym wieku. Brak firanek, kwiatków pod oknem czy obrazków na ścianie nie był problemem. Gorzej, że w kuchni nie znalazłyśmy NIC: żadnych garnków, sztućców, talerzy czy kubków. Starsza pani numer 2, która od co najmniej dwóch godzin marzyła o wieczornej herbacie, była na granicy łez. Na szczęście po pertraktacjach w recepcji udało się nam otrzymać podstawowe kuchenne utensylia. Czajnika nie mieli, ale wtedy z pomocą przyszło moje podróżnicze doświadczenie: wodę na herbatę podgrzałyśmy po prostu w kuchence mikrofalowej.
Konferencja i przydatki

Następnego ranka podążyłyśmy na otwarcie konferencji, koleżanka roztrzepotana, ja nieco zblazowana. Po wejściu do znajomego budynku ogarnęło mnie silne poczucie deja vu: atmosfera była niemal identyczna jak dwa lata wcześniej, twarze w większości te same, łącznie ze składem polskiej ekipy. Nawet niektóre sukienki z motywem Ani zostały ponowne założone. Uroczyste rozpoczęcie obrad wzbogaciło się jednak o nowe elementy. Najpierw na podium wstąpiła przedstawicielka ludu Mi’kmaq, która streściła nam podstawy jego filozofii życiowej, a następnie odśpiewała, akompaniując sobie na bębenku, pieśń o poszanowaniu natury. Z pieśni, naturalnie, nic nie zrozumieliśmy, ale była dość hipnotyzująca. Dopiero potem zostaliśmy oficjalnie powitani przez panią kanclerz UPEI, która oczywiście zaczęła od obowiązkowego Land Acknowledgement, a potem opowiedziała nam anegdotkę z Korei, gdzie pojechała promować współpracę technologiczną i zaraz została zagadnięta przez jakiegoś inżyniera o Anię z Zielonego Wzgórza.

Były jeszcze inne przemowy, ale przestałam się im przysłuchiwać, bo znajoma Kanadyjka szturchnęła mnie w bok i pokazała, że z boku przysiadła sobie gościni specjalna konferencji, czyli Megan Follows, która grała Anię w moim ukochanym serialu z 1985 roku. Megan wyglądała zupełnie jak Ania – tylko o czterdzieści lat starsza i w okularach.
Cały dzień spędziłyśmy na obradach, chociaż nie w tych samych sekcjach. Ja najlepiej bawiłam się na referacie o amerykańskiej adaptacji Ani z lat trzydziestych. Ach, te dialogi! Ach, ten hollywoodzki happy end! Koleżanka zdobyła za to dla mnie pięknego okolicznościowego dolara z wizerunkiem Montgomery i jej bohaterki.
Po południu podjechałyśmy do centrum, żeby starsza pani numer 2 mogła zapoznać się z miastem. O szóstej wieczorem wszystko już było właściwie zamknięte, z wyjątkiem Visitor Information Centre w hali gastronomicznej (Founders’ Food Hall) przy nabrzeżu. Mogłam więc wykonać swój ulubiony manewr i wypytać o ciekawe miejsca na Wyspie („ale nie te najbardziej oczywiste”). Miły młody człowiek popatrzył na mnie nieco zdezorientowany i po namyśle zaproponował wycieczkę do Victoria By the Sea. Litościwie nie naciskałam na Akadian, o których zresztą nie wspominała żadna z broszur dostępnych w punkcie informacji.

Wieczorem w naszym mieszkaniu miałyśmy iście akademikową imprezę, na którą zaprosiłyśmy znajome z polskiej ekipy. Opowiedziały nam m.in. o miejscach związanych z L. M. Montgomery w Halifaxie (bo to tajemnicze Redmond, w którym Ania chodziła na uniwersytet, to właśnie Halifax). Starsza pani numer dwa notowała skrzętnie wszystkie wskazówki, a starsza pani numer jeden czuła się jak farbowany lis w fanklubie.
Drugi dzień również spędziłyśmy na konferencji, tym bardziej, że obie miałyśmy tego dnia swoje referaty. Mój na szczęście był rano, więc potem, zrelaksowana, słuchałam innych relacji, między innymi o zmianie nastawienia autorki do kotów. Chyba właśnie wtedy pomyślałam sobie, że dwie wizyty na konferencji poświęconej Montgomery to dla mnie absolutne maksimum. Nieco później rozwinęła się interesująca dyskusja o patriotyzmie pisarki i jej statusie sztandarowej autorki narodowej, oraz jej bohaterkach jako uosobieniu „kanadyjskości.”. Tym razem wyjątkowo korciło mnie, żeby zabrać głos. Dwa lata wcześniej, podczas wizyty w Quebecu, odkryłam, że francuskojęzyczna Kanada w zasadzie nie ma pojęcia, kim była L. M. Montgomery. Anię przetłumaczono na francuski w wersji quebeckiej dopiero w latach osiemdziesiątych, na fali popularności serialu, a w dzisiejszych wydaniach widnieje ostrzeżenie, że lektura może urazić uczucia czytelników.
Nie odezwałam się. Wlewanie dziegciu do beczki miodu wydało mi się niestosowne.

Wieczorem zaliczyłyśmy atrakcję, z której zrezygnowałam dwa lata wcześniej, to znaczy, na musical Anne and Gilbert. Koleżanki z polskiej ekipy, które wybierały się na niego już po raz drugi (spektakl grany jest w Charlottetown każdego lata od 2013, wizyta na nim to jeden z kolejnych rytualnych elementów konferencji), bardzo go zachwalały. Poza tym czułam się cokolwiek zawstydzona moim spadkiem entuzjazmu dla L. M. Montgomery, a starsza pani numer 2 miała wielką ochotę zobaczyć przedstawienie. Przecież nie mogłam jej wysłać samotnie w błocie i słocie (czyli wieczorem i bez samochodu).
Spektakl grany jest w Florence Simmonds Hall w budynku Holland College (nie jest częścią Uniwersytetu: to tzw. community college, czyli coś jakby uczelnia zawodowa). W hallu wejściowym koleżanki z polskiej ekipy rozmawiały z rozsiewającym pudy uroku osobistego reżyserem, namawiając go do przyjechania ze spektaklem do Polski.

Weszłyśmy na widownię. Kiedy zobaczyłam skromną scenę z kilkoma umownymi dekoracjami oraz orkiestrę składającą się z 3 (słownie: trzech) muzyków, poczułam się jak na szkolnym przedstawieniu. A potem, kiedy spektakl się zaczął… ja też zaczęłam się bawić. Akcja zaczyna się w chwili, gdy Gilbert zrzeka się posady nauczyciela w Avonlea na rzecz Ani i śledzi – w miarę wiernie – perypetie uczuciowe obojga bohaterów, rozbudowując jednak z powodzeniem sceny komiczne. Nie było to może przedstawienie na miarę teatrów na Broadwayu, ale miało swój urok i nie sprawiało wrażenia amatorszczyzny. Atmosfera urodzin u cioci wróciła na zakończenie wieczoru: Ania i Gilbert zeszli ze sceny, przyjmowali komplementy od widzów, ucinali z nimi pogawędki i robili sobie zdjęcia z fanami. Tak, starsze panie dwie też zrobiły sobie zdjęcie z Anią, a starsza pani numer dwa także z Gilbertem (nie wiem, co na to jej mąż powie). Swoją drogą, pomyślałam, że jest jakaś poetycka sprawiedliwość w tym, że najnowsza odtwórczyni roli Ani (Holly Perry), urodzona na P.E.I., to Akadianka.

Wagary śladami Ani czyli wreszcie się wzruszam
To jeszcze nie był koniec konferencji, ale referaty zaplanowane na następny dzień – poświęcone między innymi tak fascynującym zagadnieniom jak zmiany mody w powieściach o Ani czy rola przeprosin jako bodźca zmiany w Dolinie Tęczy – jakoś nie wzbudziły w nas entuzjazmu. Postanowiłyśmy zwagarować. Dołączyła do nas jeszcze nieco młodsza pani z polskiej ekipy, która najwyraźniej doszła do podobnych wniosków, i ruszyłyśmy na całodzienną wycieczkę.


Dzień zaczął się od spaceru po plaży Dalvay i moczenia nóg w oceanie (co z jakichś tajemniczych powodów jest zawsze bardziej ekscytujące, niż moczenie nóg po prostu w „morzu”). Potem zatrzymałyśmy się obowiązkowo przy latarni Covehead, która nie zmieniła się specjalnie od mojej poprzedniej wizyty w 2024 roku, ale z rozpędu zrobiłam jej nową serię fotografii. Potem starsza pani numer 1, której trochę zamykały się oczka (na śniadanie spożyłam rozpuszczalny produkt mokate dwa w jednym), zażyczyła sobie przerwy na kawę. Wobec tego zajechałyśmy do szykownego The Dunes Studio Gallery i Caffé, gorąco zachwalanego przez bywałą panią młodszą. Miejsce jest rzeczywiście bardzo ładne, niestety, kawy się w nim przed 11.30 nie napijemy. Zapatrzyłyśmy się natomiast w wypielęgnowany azjatycki ogród z tyłu, przyozdobiony figurami Buddy i postaciami mitologicznymi z Bali i Tajlandii, które na tle wydm i Atlantyku wyglądały nieco surrealistycznie. Skąd taki pomysł? Właściciele, artysta Pēters Jasons i jego partner, zimą uciekają z P.E.I (Montgomery pewnie by się obruszyła, ale ja trochę ich rozumiem) do ciepłych azjatyckich krajów, z których przywożą rozmaite artefakty.
Ogród ogrodem, a kwestia kawy stawała się coraz bardziej paląca. Zbawieniem stał się baraczek O Hey By the Sea (jednak znajdowanie się w turystycznej części Wyspy ma swoje zalety), w którym dostałam cappuccino o niebo lepsze niż kawa przelewowa chętnie podawana w większości kanadyjskich lokali. Wzmocniona kofeiną, znalazłam w sobie dość energii, aby ponownie stawić czoła rozkoszom Zielonego Wzgórza.

Powiem bardzo uczciwie: gdyby trzeba było zapłacić za bilet, pewnie ograniczyłabym się do spaceru po ogrodzie. Jednak w tym roku rząd Kanady postanowił uszczęśliwić swoich obywateli (a przy okazji turystów) poprzez wprowadzenie tzn. Strong Canada Pass i w miesiącach letnich wstępy do parków narodowych i państwowych muzeów są bezpłatne.
Obejrzałyśmy więc sumiennie panele informacyjne w pawilonie wejściowym (które poprzednim razem bezwstydnie opuściłam) i przedreptałyśmy przez wszystkie kanoniczne punkty Green Gables i Cavendish. Na polu golfowym panował już ruch, panowie w eleganckich sweterkach debatowali nad czymś (dołkiem?), nie zwracając uwagi na przemykających chyłkiem przez ścieżkę turystów.
Starsza pani numer 2, dla której to wszystko było nowością, robiła mnóstwo fotografii i usiłowała wykrzesać z siebie entuzjazm, co jednak wychodziło jej dość umiarkowanie. Nie upierała się, żeby pójść na spacer po Alei Zakochanych.

Następnym przystankiem było miejsce urodzenia Montgomery. Tu już darowałam sobie ponowne wchodzenie. Kiedy koleżanki wyłoniły się po kwadransie z domku, pojechałyśmy do trzeciego „Aniowego” miejsca, którego żadna z nas jeszcze nie zwiedzała – Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza w Park Corner, należącego do potomków wujostwa pisarki. Atmosfera nieporównanie bardziej kameralna niż w Green Gables, na parkingu stało tylko kilka samochodów, nie było też żadnych pawilonów dla zwiedzających, tylko kasa w pokoju wejściowym. Ale też Zielone Wzgórze odwiedza rocznie prawie dwieście tysięcy turystów, a położony dwadzieścia kilometrów dalej Park Corner tylko około czterech.

Zjawiłyśmy się na miejscu godzinę przed zamknięciem, co w zupełności wystarczyło na zwiedzenie niewielkiej ekspozycji. Sam dom wygląda, moim zdaniem, dokładnie tak, jak powinno wyglądać Zielone Wzgórze – wystarczyłoby przemalować dach. Zasadnicza różnica między tym, a dwoma pozostałymi muzeami Montgomery na wyspie polega na tym, że historyczny jest nie tylko sam dom, ale także większość jego wyposażenia. Jak opowiada rozbrajająco właściciel, praprawnuk wujów pisarki, kiedy inni mieszkańcy Wyspy pozbywali się w latach pięćdziesiątych z domów starych, niemodnych gratów, jego rodziny nie było stać na restyling. Potem okazało się to błogosławieństwem. Zachowały się więc nie tylko fisharmonia w salonie, na której grywała Lucy Maud, ale także meble w gościnnej sypialni, w której mieszkała podczas odwiedzin u krewnych, a nawet oryginalna kapa. Jest także jej przenośny pulpit do pisania – to chyba najbardziej intrygująca z pamiątek, które tam zobaczyłam, coś w rodzaju przodka laptopa. I oczywiście różne rodzinne cymelia, stare zdjęcia, listy, podniszczone wydania książek. W salonie na parterze Montgomery wzięła ślub ze swoim nieudanym (co wyszło na jaw dopiero później) mężem, pastorem Ewanem MacDonaldem. Teraz też można (wziąć ślub) na co podobno decydują się niektóre japońskie wielbicielki pisarki.
Ze wszystkich Aniowych miejsc, które zwiedziłam na Wyspie, dopiero w tym poczułam naprawdę „pokrewieństwo dusz” z Montgomery, które marzyło mi się przed wyjazdem. Myślę, że nie bez znaczenia było również to, czego w międzyczasie dowiedziałam się o jej niezbyt szczęśliwym życiu osobistym. Pisarka po raz ostatni odwiedziła Park Corner w 1939 roku, a trzy lata później była w tak głębokiej depresji, że najprawdopodobniej popełniła samobójstwo. Chyba jeszcze smutniejsze jest to, że przez ponad sześćdziesiąt lat jej rodzina utrzymywała to w ścisłej tajemnicy, bo jak to, wyjawić światu, że autorka krzepiących powieści dla dziewcząt przez całe życie cierpiała na kliniczną depresję? (Skąd my znamy te brązownicze tendencje). Dopiero w 2008 roku wnuczka Montgomery zdecydowała się ujawnić prawdę. Co prawda, sama nie cierpię na depresję, ale uświadomiłam sobie, dlaczego przywiązanie do rodzinnej Wyspy odgrywało tak ważną rolę w życiu pisarki: zapewne było znacznie bardziej skomplikowane niż nostalgiczna miłość do pięknych pejzaży.

Wizyta w Park Corner na pewno była kulminacyjnym przeżyciem dnia, choć nasze wędrowanie śladami Ani jeszcze się nie skończyło. Młodsza pani, dobrze zorientowana w tematach Aniowych, zwróciła nam uwagę, że staw widoczny z domu to Jezioro Lśniących Wód. Wskazała nam także z daleka stojący za nim dom należący do Bernadety Milewski, autorki bardzo lubianego przez polskich fanów Montgomery blogu „Droga do Avonlea”.
Dygresja: dlaczego na P.E.I nie ma ładnych pamiątek z Anią?
W Park Corner zaszłyśmy też do stojącego naprzeciwko dużego drewnianego budynku, w którym mieści się sklep z pamiątkami i wyszłyśmy z niczym, bo Aniowe pamiątki we wszystkich sklepach pamiątkarskich są takie same i tak samo brzydkie. Nie wiem, z czego to się bierze, bo zasadniczo Kanadyjczycy mają prawdziwą manię na punkcie handcraftu i w prawie każdym gift shopie można znaleźć coś jedynego w swoim rodzaju. Chociaż może to nie do końca zagadka, bo z tego, co zrozumiałam, wszystkie oficjalne suweniry z Anią są objęte licencją i producenci od dekad powielają dokładnie te same, przestarzałe wzory i kilka podstawowych gadżetów w estetyce z lat 80. i stylu „kiczowatego retro”. Chciałam sobie kupić chociaż kalendarz, ale jest tylko jeden, zawsze z tymi samymi widokami Wyspy. Zmienia się tylko rok.

Potem koleżanka zaproponowała nam jeszcze podjechanie do znajdującej się kilka kilometrów dalej latarni na Cape Tryon, która podobno była inspiracją dla latarni w Czterech Wiatrach w Wymarzonym domu Ani. Podjechałyśmy i to była dobra decyzja. Obecna latarnia nie mogła być co prawda inspiracją dla Montgomery, bo powstała dopiero w 1965 roku, zastępując wcześniejszą budowlę, ale stoi w bardzo urokliwym miejscu, na wysokim czerwonym klifie, do którego trzeba dotrzeć wyboistą gruntową drogą. Miałyśmy ją tylko dla siebie. W dodatku dosłownie w ciągu kilku minut nagle wszystko spowiła mgła i nastrój zrobił się trochę niesamowity. Można by zacząć sobie wyobrażać, że z mgły zaraz wyłoni się kapitan Jim, ale starsza pani numer 1 była już bardzo głodna.


Kolejna część wycieczki upłynęła pod znakiem kulinarnym. Pojechałyśmy przed siebie trochę na chybił-trafił i po kilku kilometrach trafiłyśmy na bezpretensjonalną knajpkę proponującą lobster rolls za bardzo rozsądną cenę. Mgła, jak przyszła, tak przeszła, być może uznała, że nie jest jej po drodze z tak prozaiczną czynnością jak spożywanie obiadu, więc zjadłyśmy na tarasie, podziwiając widoki na Zatokę Malpeque.

Do mojego homara dostałam jak zwykle tutaj sporą porcję frytek, i chociaż w zasadzie ich nie lubię, tym razem nie narzekałam: ostatecznie P.E.I. szczyci się mianem wyspy ziemniaków i chociaż „ziemniaczane” suweniry są raczej odstręczające, frytki to rozkosz dla podniebienia.



Ostatnim punktem programu było miasto Summerside, drugie co do wielkości na wyspie – całe szesnaście tysięcy mieszkańców. Młodsza pani po raz kolejny okazała się kopalnią pożytecznej wiedzy i namówiła nas do zatrzymania się w lodziarni w zabytkowym domu Holman Homestead z 1854 roku, w starej części Summerside (nie piszę „w centrum”, bo właściwie go tam nie ma, są po prostu ulice z willami). Budynek jest uroczy, lody doskonałe, robione z lokalnych surowców, i można je sobie wygodnie spożyć na fotelach w ogrodzie.
Po drugiej stronie ulicy stoi domek z wieżyczką. W takim mogła wynajmować pokój Ania z Szumiących Topoli, kiedy była dyrektorką szkoły w Summerside (no nie, znowu Ania…).
Komu w drogę, temu prom
Następnego dnia nie miałam już czasu na myślenie o Ani, bo trzeba było spakować walizki i wyruszyć w dalszą drogę – czekał na nas Cape Breton. Daleka trasa, ale sprawdzając różne opcje odkryłam taką, która nie wymaga całodziennego siedzenia za kółkiem: zamiast wracać do Mostu Konfederacji, można pojechać na wschód i zaokrętować się na prom, który po 75 minutach zostawi nas na wybrzeżu Nowej Szkocji (a ja przez ten czas będę wygodnie spoczywać na fotelu i podziwiać widoki).
Rano zajechałyśmy jeszcze do centrum Charlottetown, bo była akurat niedziela i starsza pani numer 2 chciała pójść na mszę, a jakże, do Świętego Dunstana. Starsza pani numer 1 na mszę nie poszła, ale wślizgnęła się na chwilę do środka, żeby ocenić frekwencję w kościele. Była spora, ławki prawie wypełnione. Czyli katolicy z P.E.I. nie zniknęli.

Znowu nie udało mi się zwiedzić Beaconsfield Historic House! W czasie poprzedniej wizyty, nigdy nie dałam rady dotrzeć tam w godzinach otwarcia, a w niedzielę jest zamknięty. Za to bez problemu można wejść na tereny, na których znajduje się Government House, siedziba Gubernatora Porucznika Wyspy — piękna historyczna rezydencja w stylu gregoriańskim z lat trzydziestych XIX wieku, otoczona wielkim, wypielęgnowanym ogrodem. Ponieważ wybudowano ją na niewielkim wzniesieniu, ma chyba najlepszy widok na port i zatokę w całym mieście. Trochę nas zdziwiło, że nikt nas stamtąd nie przeganiał, nawet kiedy zaczęłyśmy robić sobie zdjęcia w portyku wejściowym.
Ten portyk ma zresztą szczególne znaczenie w historii Kanady, bo to na nim sfotografowali się delegaci, którzy w 1864 roku zjechali się na wyspę, aby radzić nad stworzeniem Unii Federalnej, która stała się podstawą niezależnego państwa.
Same obrady toczyły się w Province House, który znajduje się w centrum Charlottetown, zaraz przy bazylice św. Dunstana, ale obecnie nie bardzo da się go podziwiać, bo od lat przechodzi gruntowny remont i jest obstawiony barierkami i rusztowaniami. Miałam nadzieję, że od 2024 coś się ruszyło, ale nic z tego.

Dygresja: kto tu rządzi?
Dopiero później uświadomiłam sobie, że Government House nie jest siedzibą premiera wyspy, który ma swój gabinet w niezbyt atrakcyjnym, betonowym budynku w centrum miasta. Gubernator Porucznik to namiestnik króla Wielkiej Brytanii (w Kanadzie łatwo zapomnieć, że formalnie głową państwa jest król Karol III), a jego funkcja jest głównie reprezentacyjna, np. wręcza medale i pełni funkcję gospodarza, gdy na Wyspę przybywają dostojni goście. Otwiera także w imieniu króla, każdą nową sesję Parlamentu. Na P.E.I musi wyglądać dość zabawnie, kiedy Gubernator czyta mowę tronową 27 posłom, bo tyle liczy wyspiarski parlament. Mowy tronowej naturalnie nie pisze on sam, tylko dostaje ją do przeczytania od premiera.


Musiałyśmy jeszcze dojechać na prom, który odpływa z Wood Islands na południowym wybrzeżu Wyspy, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Charlottetown. Po drodze starczyło akurat czasu, aby zatrzymać się na obowiązkową kawę dla kierowcy (kierowczyni) w Country Taste Kitchen and Bakery (we wschodniej części Wyspy nie ma zbyt wielu przybytków kawowych: pomna tej bolesnej lekcji z 2024 roku, najpierw sprawdziłam w Google’u gdzie takowy znajdę).
Sama przeprawa jest zorganizowana bardzo sprawnie. Wjazd wygląda trochę jak bramki na autostradzie, potem zostaniemy skierowani na jeden z pasów oznaczonych literami, a tam już krążą liczni dyżurni ruchu, którzy pokazują, kiedy i gdzie wjechać. Operacja byłaby całkowicie bezstresowa, gdyby nie okazało się, że starsza pani kupiła wprawdzie bilety przez internet, ale w odwrotnym kierunku – z Nowej Szkocji na Wyspę. Nie wynikły z tego, na szczęście, żadne przykre konsekwencje, tyle tylko, że dostałyśmy status standby i wjechałyśmy na prom za innymi autami.

To ostatnia latarnia…
Kiedy wypływa się z portu, po lewej stronie można jeszcze popatrzeć na malowniczą (którą to już?) latarnię Wood Islands z 1876 roku. Szkoda, że nie zdążyłyśmy jej zwiedzić, bo to jedna z ostatnich zachowanych w Kanadzie konstrukcji tego typu, w której latarnik i jego rodzina mieszkali bezpośrednio w budynku połączonym z wieżą.

Żegnaj, Wyspo! Znowu nie dotarłam do enklawy Akadian w zachodniej części P.E.I. i chyba już nie dotrę, bo nie widzę się na trzeciej konferencji o L.M. Montgomery, a przede mną tyle innych, fascynujących miejsc do odkrycia. P.E.I. zostanie jednak ze mną na długo. Nie Ania, nie ziemniaki, nawet nie homary. Właśnie Wyspa.

O mojej wyprawie na Wyspę Księcia Edwarda w 2024 roku piszę tutaj










Zostaw odpowiedź