Są miejsca, w których można zarezerwować samochód w ostatniej chwili i zapłacić grosze – np. Grecja, Cypr albo Serbia poza sezonem. Kanada to zdecydowanie inny przypadek. Planując wyjazd do Kolumbii Brytyjskiej w sierpniu, trzeba pomyśleć o wynajmie auta z BARDZO dużym wyprzedzeniem.

Na sierpniowe wakacje samochód zarezerwowałam w lutym: za 12 dni z pełnym ubezpieczeniem zapłaciłam ok. 2500 złotych. Miesiąc później okazało się, że mogłabym przedłużyć podróż o dwa dni, ale kiedy próbowałam zmienić rezerwację, odkryłam, że cena wynajmu podskoczyłaby o 50%. Zrezygnowaliśmy.

Zdecydowałam się na wypożyczalnię Dollar, która jest co prawda filią Hertza, którego nie lubię, ale miała najkorzystniejszą ofertę i stosunkowo niski depozyt.

Wypożyczalnie na lotnisku Vancouver znajdują się jedna obok drugiej, nie można nie trafić!

Wypożyczenie auta na lotnisku w Vancouver jest bardzo dobrze zorganizowane. Znaki „car rentals” prowadzą pasażerów z hali przylotów na pobliski parter wielopiętrowego parkingu, gdzie w jednej długiej hali są wszystkie wypożyczalnie. Wystarczy przejść przez pas ruchu.

Stawiłam się po samochód punktualnie, odczekałam swoje w kolejce, po czym uprzejma pani przeprowadziła mnie przez wszystkie formalności. Nie chciała oglądać mojego międzynarodowego prawa jazdy. Nie robiła też trudności z dodaniem drugiego kierowcy na podstawie zdjęcia w telefonie (znajomi przylatywali nieco później). Ta przyjemność – drugi kierowca – kosztowała nas ok. 130 euro, ale okazała się bardzo przydatna na trasie: w 12 dni przejechaliśmy ponad 3 tysiące kilometrów. Pozytywnym zaskoczeniem (już po raz drugi w Kanadzie) okazała się wysokość depozytu: voucher zapowiadał 650 euro, ale ostatecznie zablokowano mi tylko 350 dolarów kanadyjskich.

Pani zapytała mnie także, dokąd się wybieramy, a kiedy odpowiedziałam, że m.in. w Rockies, zaczęła mnie namawiać na SUV „za niewielką dopłatą”, zatroskana, że nasz samochód nie da rady na podjazdach. Ponieważ niewielka dopłata oznaczała dwieście euro, uznałam, że zaatakujemy góry naszym regularnym autkiem.

Zakończyłyśmy załatwianie formalności i tu nastąpiła kolejna niespodzianka, tym razem mniej sympatyczna: dowiedziałam się, że mojego auta jeszcze nie ma. A kiedy będzie? Soon. Pod przeciwległą ścianą zobaczyłam sporą gromadę ludzi i zrozumiałam, że nie jestem jedyną osobą uraczoną obietnicą soon. (Potem podsłuchałam, że na stanowisku Hertza obłaskawiano klientów obietnicą 45 minut). Nie było oczywiście wolnych ławek, ale wypatrzyłam porzucony fotel na kółkach, używany do przewożenia starszych osób, i szybko go zajęłam – ostatecznie ja też jestem starszą osobą.

Następna godzina upłynęła mi na pogawędkach z innymi klientami czekającymi na samochód (jacyś Francuzi bardzo się martwili, czy zdążą na prom na wyspę Vancouver, bo wykupili już bilety) i na moich nerwowych kalkulacjach, czy przed przylotem znajomych zdążę skoczyć do Muzeum Antropologii. Z każdym kwadransem mój plan wydawał się mniej realny.

Pani poszła na przerwę, pomachawszy mi przyjaźnie ręką. Czekamy. Przy stanowisku Hertza zawołano kilka osób, ale Dollar ani drgnął. W końcu pani wróciła z przerwy, więc podeszłam zapytać, czy są jakieś nowości. Ależ tak, oczywiście, samochód jest! Dostałam bardzo zużyte kluczyki i informację, że auto czeka na stanowisku nr 5.

Logistycznie to jest naprawdę dobrze zorganizowane: z biura wychodzi się wprost na parking danej wypożyczalni. Przynajmniej raz znalezienie mojego pojazdu nie wiązało się z błądzeniem między szeregami samochodów.

Na widok mojego Nissana (w voucherze figurował Chevrolet, ale to tak zawsze) serce mi urosło: po tych wszystkich białasach, szarasach i czarniasach, które zwykle dostaję, tym razem trafiło mi się autko niebieskie jak lazur.

Nigdy wcześniej nie jeździłam Nissanem, ale okazał się łatwy w obsłudze: bagażnik można otworzyć kluczykiem albo wajchą w środku. Przyciski do otwierania baku i przedniej maski znajdują się pod kierownicą, duże i dobrze oznakowane: nie ma ryzyka, żeby pomyłkowo otworzyć nie to, co trzeba – jak mi się to zdarzało w Elantrze

Do bagażnika bez trudu wchodziły dwie duże i jedna mniejsza walizka, trzy plecaki, kartony z jedzeniem…

Nieco nerwowo zajrzałam do bagażnika, bo musiały się w nim zmieścić bagaże trzech osób, i odetchnęłam z ulgą: miejsca w bród.

Samochód miał 41 tysięcy kilometrów przebiegu (do tańszej filii Hertz przesuwa trochę „przejeżdżone” auta), ale nie sprawił nam żadnych problemów w trasie. Na pełnym baku można było przejechać ponad 600 kilometrów, więc nawet w leśnych ostępach nie obawialiśmy się, że zostaniemy bez paliwa. Pod górkę wjeżdżał sprawnie, chociaż silnik zaczynał wtedy trochę szumieć. Także przy starcie przyspieszenie jest takie sobie, więc lepiej nie wjeżdżać na szosę przed rozpędzoną ciężarówką.

Na parkingach nasze auto ZAWSZE było najmniejsze

Inna sprawa, że w „interiorze” czuliśmy się trochę niezręcznie: pośród pick-upów, SUV-ów i innych olbrzymów nasz samochodzik wyglądał jak zabawka – zawsze był najmniejszym pojazdem na parkingu.

Kilka razy jechaliśmy bez obaw dobrze utrzymanymi drogami gruntowymi, ale jednak nie odważyłam się zapuszczać na szlaki, które sygnalizowano jako dostępne tylko dla samochodów terenowych.

Nissan radził sobie na drogach gruntowych, ale na górskie wertepy woleliśmy jednak nie wjeżdżać

Zwrot jest równie dobrze zorganizowany jak odbiór. Na długo przed lotniskiem pojawiają się znaki wskazujące, na którym pasie ruchu należy się ustawić, i dojeżdża się jak po sznurku do parkingu wypożyczalni.

Poszczególne firmy są również wyraźnie oznaczone, więc wiadomo, w którą zatoczkę skręcić. Zawahałam się na moment (nie ja pierwsza, kierowca przede mną także), kiedy ujrzałam najeżony kolcami próg, ale ponieważ innej drogi nie było, wjechałam na niego i kolce same się schowały. W zatoczce stali pracownicy Dollara, znowu kierujący kolejnych kierowców na właściwy pas. Jeden z nich od razu wziął ode mnie kluczyki, sprawdził poziom paliwa, dość pobieżnie obszedł auto dookoła i dał mi do podpisu dokument zdania pojazdu. Cała operacja zajęła mniej niż pięć minut.

Żegnaj, lazurku! Będę za tobą tęsknić…

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej