Kiedy w 2024 roku powiedziałam koleżance w Polsce, że wybieram się na Wyspę Księcia Edwarda (czyli P.E.I. – Prince Edward Island), aż się zachłysnęła: „Naprawdę? Jak cudownie! Ja też bym chciała!” Dwa lata później wspomniałam włoskiej koleżance, że wybieram się na Wyspę Księcia Edwarda. Popatrzyła na mnie zdezorientowana: „Tak? A gdzie to jest? Chyba gdzieś bardzo daleko?”

Pierwsze wydanie Ani… ukazało się w 1908 roku. Polskim czytelniczkom trudno sobie wyobrazić, że nie we wszystkich krajach powieść jest równie znana i kochana jak u nas.

Te dwie odmienne reakcje bardzo dobrze pokazują, jak względny bywa status literackich klasyków. W Polsce od stu lat Anią z Zielonego Wzgórza (czy też Anią z Zielonych Szczytów, jeśli kibicujemy najnowszemu tłumaczeniu) karmiły się kolejne pokolenia czytelniczek. We Włoszech Ania dotarła w latach siedemdziesiątych XX wieku za pośrednictwem japońskiej animacji Akage no An i chociaż na fali jej popularności przetłumaczono w końcu i powieść, do dzisiaj (pomimo serialu Netflixa) znana jest ona bardzo wąskiej grupie czytelników.

Ja, jako wzorowa Polka, znałam i kochałam książki L.M. Montgomery od podstawówki i już wtedy odwiedzenie Wyspy stało się moim marzeniem. I chociaż dotarcie do tego miejsca zajęło mi -dzieści lat, mój entuzjazm wcale nie zmalał.

Dlaczego tak długo? No cóż, kiedyś taka podróż wydawała się bardzo skomplikowna i bardzo droga. Poza tym, jak zwiedzać Kanadę bez samochodu, a starsza pani zaczęła tak naprawdę prowadzić dopiero grubo po czterdziestce. No i… no właśnie, na ogół potrzebny mi jakiś konkretny pretekst, bo tyle miejsc czeka w kolejce.

Wyspo, przybywam!

Zadziałał ten najczęstszy i najbardziej niezawodny: konferencja. W Kanadzie (jej anglojęzycznej części, ale o tym później) Montgomery to dzisiaj prawie świętość. Na uniwersytecie w Charlottetown działa założony w 1993 Instytut badawczy, który co dwa lata organizuje konferencje o jej twórczości. Więc właściwie… czemu się nie wybrać? W 2024 roku tematem konferencji była wizja domu w utworach Montgomery. Świetnie. Porozmawiajmy o dworku Maryli Cuthbert.

Na stronie Instytutu L. M. Montgomery (https://lmmontgomery.ca/) można, między innymi, przejrzeć cały manuskrypt Ani, opatrzony licznymi przypisami, zdjęciami i nagraniami dźwiękowymi.

Propozycja wysłana i przyjęta, można zacząć planować podróż. Było z tym dużo kombinowania, o którym zainteresowani logistyką mogą poczytać we wpisie Podróż do / i po Kanadzie.

Udało się! Najpierw kupiłam bilet z Toronto do Charlottetown, a dopiero potem zaczęłam polować na niedrogi lot z Rzymu do Toronto, co już okazało się dużo łatwiejsze.

Następny etap to szukanie noclegu i tu już o mało nie dostałam udaru na widok wyśrubowanych cen, które w centrum miast zaczynały się od ponad 150 euro za noc. Alternatywą były jakieś bardzo niskopunktowane motele na obrzeżach lub zgoła coś wyglądającego na drewniany baraczek, też na dalekich peryferiach miasta. I zresztą, jak potem stamtąd dojechać na uniwersytet? Co prawda, w Charlottetown są jakieś miejskie autobusy, ale rzadkie i nie wszędzie. O reszcie wyspy zapomnijmy.

Pokój z TAKIM widokiem w Grand Tracadie? Nie wahałam się ani chwili.

Więc skoro i tak bez samochodu się nie obędzie, to może nocleg gdzieś dalej? Podróżnik solo ma w Ameryce Północnej pod górkę — za pokój płaci się tyle samo, niezależnie od tego, czy śpi w nim jedna osoba, czy cztery. Porzuciłam Booking i zaczęłam szukać pokoju na Airbnb. Dużego wyboru nie było (o tym w ogóle warto pamiętać: Wyspa nie jest rogiem obfitości, jeśli chodzi o bazę noclegową), ale odkryłam coś w sam raz dla mnie: „pokój z widokiem” i z łazienką, całe piętro małego domku. Jakieś pół godziny od Charlottetown. Za sześć nocy zapłaciłam niecałe 400 euro, niewiele więcej niż wyniósłby mnie pobyt w hostelu w wieloosobowej sali.

Wylądowaliśmy na lotnisku w Charlottetown (takie maleństwo, coś jak Balice trzydzieści lat temu) z dwugodzinnym opóźnieniem i trochę się bałam, że w wypożyczalni samochodów ktoś się przyczepi (zdarza się!), ale pan w okienku  Avis był bardzo cool. Zgodził się nawet, żebym oddała samochód także trochę później.

Lotnisko w Charlottetown składa się z malutkiej hali przylotów i odlotów, poczekalni oraz jednej restauracji.

Wsiadłam do mojego Hyundaia Kony z pewną taką nieśmiałością, bo dawno już nie jeździłam automatem, powtarzając sobie jak mantrę starą wskazówkę pani z wypożyczalni w Australii „zapomnij, że masz lewą nogę, zapomnij, że masz lewą nogę.” Na szczęście ruch na szosie był BARDZO umiarkowany.

Właścicielka domu uprzedziła mnie, żeby zrobić zakupy w Charlottetown, bo potem nie znajdę już żadnego sklepu spożywczego, więc zajechałam do zaskakująco dobrze wyposażonego hipermarketu, tuż obok lotniska, i zrobiłam od razu zapasy na kilka dni.

A potem w drogę! Ruszyłam przez pola i lasy, wciąż nie dowierzając, że naprawdę znalazłam się w miejscu marzeń z mojego dzieciństwa.

Moje Airbnb w Grand Tracadie w 100% wpisało się w wyobrażenie o romantycznym noclegu.

Airbnb znajdowało się na północnym wybrzeżu. Właścicielka, René, już na mnie czekała. Powiedziała mi, że wcale nie jest z Wyspy, tylko z RPA i przeprowadziła się dopiero dwa lata wcześniej (niezła zmiana klimatu!), a pracuje jako inżynier w przetwórni rybnej. Czy podoba się jej PEI? Tak, ale zimą można się urwać z nudów. René pomogła mi się rozgościć w obszernym pokoju na piętrze, z ogromnym dekadenckim łóżkiem. Ale co tam łóżko! Widok z wielkiego okna był tak piękny, że łzy stanęły mi w oczach. No, może nie stanęły, ale prawie. Poczułam się bardzo Aniowato.

Właściwie byłam już bardzo zmęczona i w dodatku zjetlagowana, ale po wsadzeniu zapasów do lodówki i przebraniu się w coś lżejszego (było trzydzieści stopni, nie spodziewałam się takiego upału w Kanadzie), pobiegłam jeszcze na spacer na plażę, bo przecież musiałam przywitać się uczciwie z Wyspą. Powędrowałam po czerwonym piasku (pamiętałam, że Ania chciała wiedzieć, dlaczego drogi na P.E.I. są czerwone, ale nie pamiętałam odpowiedzi), odmładzając się duchowo z każdym krokiem. Zasiadłam nawet na jakimś kamieniu, żeby oddać się romantycznej kontemplacji, ale z tego już nic nie wyszło, bo natychmiast rzuciły się na mnie jakieś chmary muszek i komarów. Repelent!

Plaża wychodząca na zatokę Tracadie. Świetne miejsce na spacer, pod warunkiem, że popsikamy się płynem na komary.

Na tropach Ani z Zielonego Wzgórza

Kiedy następnego ranka zeszłam ze swojego pięterka, właścicielki już nie było. Powitało mnie, raczej niemrawo, jej osiem kotów i dwa psy. Dotarłam do drzwi, lawirując ostrożnie między zwierzęcymi ciałami i starając się nie wdychać zbyt głęboko powietrza.

Wcześniej René zapewniła mnie, że w razie potrzeby mogę korzystać z kuchni na dole, ale panował w niej taki chaos, że rano ograniczyłam się do zrobienia sobie herbaty i kanapki w pokoju.

Zwierzaki René zupełnie mnie zignorowały. Nie raczyły nawet machnąć ogonem na powitanie.

Konferencja zaczynała się dopiero następnego dnia, więc mogłam się bez przeszkód oddać przyjemnościom odkrywania Wyspy. W dodatku była piękna pogoda. Uskrzydlona, ruszyłam w podróż. Czekało mnie spotkanie z Anią.

Dość pustą szosą dotarłam na Zielone Wzgórze, a raczej do Cavendish, bo tam znajduje się dom, który stał się inspiracją dla książki, w niespełna trzy kwadranse. Postanowiłam zacząć dzień właśnie od Green Gables Heritage Place, bo czytałam, że to najbardziej zatłoczona atrakcja na Wyspie i chciałam zdążyć przed wycieczkami zorganizowanymi.

Powitały mnie duży parking, jeszcze w miarę luźny, oraz nowoczesny, elegancki pawilon wejściowy, który całkowicie zasłania widok na farmę. (Tak naprawdę, gdyby ktoś się uparł, można bez problemów podejść z drugiej strony przez las, tylko że wtedy nie wejdziemy oczywiście do wnętrza domu.)

Pawilon wejściowy na Zielone Wzgórze od razu wprowadza zwiedzającego w dziewiętnastowieczną atmosferę.

W pawilonie jest kasa, sklep z pamiątkami, dużo plansz informacyjnych i bardzo czyste toalety. Po drugiej stronie zaczyna się właściwy teren zwiedzania – jakieś szopy (przepraszam, nie podnieciły mnie), w jednej znajduje się kawiarnia, no i sam historyczny dom.

Tak! To ono! Zielone Wzgórze aka Zielone Szczyty. Obie nazwy pasują, bo farma znajduje się na niewielkim wzniesieniu (czyli właśnie wzgórzu, na przekór purystom przekładowym) a dach jest pomalowany ewidentnie na zielono, tak samo jak okiennice (więc może Ania z Zielonych Okiennic?). Stanęłam i zapatrzyłam się, bez zakłóceń, bo faktycznie dotarłam przed wycieczkami. I co? I nic.

Niby wszystko się zgadza, ale wyduszenie z siebie emocji na widok Green Gables Wzgórza okazało się trudne.

Nie byłam w stanie się wzruszyć. Wiedziałam, że Zielone Wzgórze nie wygląda dokładnie tak jak miejsce, które wyobrażałam sobie, czytając książkę, bo widziałam zdjęcia w internecie. Niestety, przekonałam się, że na żywo wrażenie nie jest dużo lepsze. Dom jest rzeczywiście stary – zaczęto go budować w latach trzydziestych XIX wieku. Mieszkali w nim kuzyni Montgomery, najpierw brat i siostra MacNeillowie, którzy byli inspiracją dla postaci Mateusza i Maryli, a od 1909 roku dalsi krewni, Ernest i Myrtle Webb z kilkorgiem dzieci.

Dygresja: O historii Zielonego Wzgórza faktów kilka, niekoniecznie budujących

W 1936 roku Webbowie zostali zmuszeni do sprzedania farmy, bo rząd Kanady postanowił stworzyć na tych terenach Park Narodowy. Ziemie uprawne zmieniono w pole golfowe. Ernesta zatrudniono jako strażnika w parku, a Myrtle otworzyła herbaciarnię dla zwiedzających. Rodzinie pozwolono mieszkać w domu aż do 1945 roku, kiedy Ernest przeszedł na emeryturę. Wtedy dostali polecenie opuszczenia posiadłości z dwutygodniowym wypowiedzeniem. Nie znaleźli się na bruku (ostatecznie przeprowadzili się do starej plebanii w Cavendish), ale niezbyt to sympatyczna historia uwielbianego przez fanów domu. (Tuż przed moim przyjazdem na PEI ukazała się książka Alana MacEacherna Becoming Green Gables, która jest częściowo oparta na dzienniku Myrtle Webb). Mowa w niej także o czasach drugiej wojny światowej, kiedy na Wyspie znajdowała się baza szkoleniowa dla lotników.

Dzisiaj dom, intensywnie biało-zielony, otoczony starannie wystrzyżonym trawniczkiem, sprawia wrażenie jakoś… nowe. Za cały czar musi wystarczyć świadomość, że to WŁAŚNIE TO MIEJSCE. W latach siedemdziesiątych przemodelowano wnętrze tak, żeby wyglądało jak miejsce, w którym mieszkali bohaterowie powieści. Jest i butelka z sokiem malinowym i broszka z granatów Maryli. W pokoiku Ani znalazło się miejsce na dywanikową torbę, na pierwszą brązową sukienkę z bufiastymi rękawami, na fiolkę z niefortunną farbą do włosów, a nawet na tabliczkę, którą Ania połamała waląc Gilberta po głowie (chociaż po co właściwie miałaby ją trzymać na pamiątkę, skoro przez dobrych kilka lat nienawidziła Gilberta?).

Pokój Ani wyposażono w gadżety znane z powieści. Podobno miał wyglądać bardziej surowo, ale obawiano się, że to nie spodoba się japońskim fankom książki.

Dom zwiedza się jednokierunkowo, przechodząc po kolei z pomieszczenia do pomieszczenia ustaloną trasą. Starałam się chłonąć z należytym szacunkiem wszystkie rekwizyty, ale i tak cała wizyta zajęła mi chyba z piętnaście minut. Wyszłam z poczuciem, że zwiedziłam muzeum Madame Tussauds bez manekinów.

Za domem otwiera się ogród, a z niego prowadzi przejście do lasu. Tu już łatwiej sobie wyobrazić, że to właśnie widok, którym Ania zachwycała się z okna swojej facjatki. Przeszłam się po Alei Zakochanych (zwykła ścieżka w zagajniku, obstawiona tablicami o L. M. Montgomery), potem przez Las Duchów ruszyłam na cmentarz i do miejsca, w którym znajdował się dom dziadków pisarki. Spacer jest niedaleki i przyjemny, nastrój psuje tylko nieco konieczność przejścia przez pole golfowe.

Liryczne tablice ułatwiają wpadnięcie w odpowiedni nastrój na Alei Zakochanych

W parku Montgomery po drugiej stronie szosy znajduje się niewielki pomnik autorki – idealne miejsce do robienia sobie zdjęć – oraz liczne i sympatyczne figurki kotów. Z dawnego domu dziadków pisarki zostały tylko fundamenty w zadbanym, niedużym ogrodzie (wstęp płatny!). Ciekawsza jest wizyta w księgarni, gdzie można pogawędzić z paniami sprzedawczyniami o różnicach narodowościowych między fanami Ani.

Z parku już blisko na cmentarz, do grobu Lucy Maud Montgomery, której nazwisko zostało umieszczone na nagrobku pod nazwiskiem męża – mimo iż zmarła wcześniej od niego – z informacją „wife of Ewan MacDonald” bo, oczywiście, co z tego, że była już wtedy najbardziej popularną kanadyjską pisarką?

Opuszczałam Cavendish z poczuciem, że odhaczyłam miejsce marzeń i z rozczarowaniem, że właściwie nie odnalazłam tu ani pisarki ani jej bohaterki. Po drodze minęłam park rozrywki „Dolina Tęczy” oraz wioskę-skansen, a właściwie centrum handlowo-gastronomiczne „Avonlea” – w stojącym tam autentycznym dziewiętnastowiecznym kościele można zjeść hamburgera.

Nie chciałam hamburgera. Pojechałam dalej i po niespełna kwadransie znalazłam się w innym świecie, osadzie New London, która już dużo bardziej odpowiadała moim wyobrażeniom o tym, jak wyglądało PEI w czasach Ani. W dodatku po prawej stronie pojawiła się dyskretna tabliczka z napisem „Dom urodzenia Lucy Maud Montgomery.

Dom urodzenia L. M. Montgomery w New London przypomina trochę wymarzony dom Ani: jest mały, przytulny i pełen przemieszanych cymeliów z epoki.

Tak, tego właśnie było mi potrzeba! W uroczym skromnym domku powitały mnie dwie sympatyczne panie, które uraczyły mnie opowieściami o małżeństwie rodziców pisarki, ich koligacjach genealogicznych, oraz objaśniły mi znaczenie każdego bibelotu i zdjęcia. Potem rozmowa zeszła na ekonomię Wyspy (nie jest najlepiej) i ceny nieruchomości (zawyżone, bo przyjeżdżają różni tacy i podkupują domy tubylcom). Mogłyśmy gawędzić bez przeszkód, bo byłam jedyną zwiedzającą, dopiero później zjawiła się jakaś para turystów.  

Miałam ochotę pojechać jeszcze do Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza, ale zrobiło się już popołudnie i w dodatku byłam głodna. Posiliłam się jakimiś niezbyt smacznymi, ale za to mało turystycznymi frytkami w New London i skręciłam na wybrzeże.

  • północne wybrzeże Wyspy Księcia Edwarda

Czerwone klify, piaszczyste plaże, przezroczysta woda. Co i rusz niewielkie białe latarnie morskie z czerwonym dachem. Zatrzymywałam się co chwilę, aby przejść się chociaż kawałek, coraz lepiej rozumiejąc bezmierną miłość Montgomery do „swojej” wyspy. Rzeczywiście jest w tym krajobrazie coś magicznego. Nie jest wyjątkowy ani niepowtarzalny. Nie jest dramatycznie romantyczny. Jest… kojący. Było tak ciepło, że nie oparłam się pokusie podwinięcia nogawek. Brodziłam wzdłuż brzegu w wodach Oceanu Atlantyckiego, otoczona czerwonymi skałami, rozkoszując się myślą, że naprawdę jestem w tym punkcie na mapie, który zawsze odszukiwałam w atlasach.

W drodze powrotnej zajechałam jeszcze do Dalvay By the Sea, żeby zobaczyć zabytkowy hotel, który w serialu Sullivana z 1985 roku zagrał hotel w Białych Piaskach. Gdybym była skłonna wydać ponad sto euro za najskromniejszy pokój bez widoku, może bym się skusiła, bo niezależnie od literackich koneksji, miejsce tchnie spokojem.

Wróciłam do domu ze wspomnieniem widoków, nie Zielonego Wzgórza.

Konferencji czar

Następnego dnia pogoda się zepsuła, zrobiło się dużo chłodniej i zaczęło padać, ale ja i tak miałam w perspektywie siedzenie pod dachem na konferencji, więc nawet dobrze się złożyło.

Kampus uniwersytecki to duży zielony kwartał, na którym stoją porozrzucane, niezbyt wysokie czerwone budynki. Na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądają podobnie, ale w rzeczywistości niektóre pochodzą nawet z XIX wieku, zostały „odziedziczone” przez Uniwersytet po istniejącym tu wcześniej katolickim uniwersytecie św. Dunstana (katolicki uniwersytet? Po lekturze Ani zapamiętałam tylko, że w każdej wsi był kościół metodystów i prezbiterian. Zagadka do rozwiązania).

Kampus uniwersytecki w Charlottetown jest bardzo zielony i bardzo spokojny. Uczy się tu ponad 5000 studentów, z czego jedna trzecia to cudzoziemcy (czesne jest dużo niższe niż np. w Toronto czy Montrealu), a najbardziej cenionym kierunkiem wcale nie jest historia literatury, tylko weterynaria.

Znalezienie gmachu, gdzie odbywała się konferencja, nie było trudne, bo ciągneły już do niego grupki (głównie pań), z przypiętymi do łona identyfikatorami.

Weszłam do środka… i poczułam się jak u cioci na urodzinach.

Panie witały się radośnie i padały sobie w ramiona z szerokim uśmiechem. Szybko zorientowałam się, że duża część uczestniczek traktuje konferencję jako rodzaj koleżeńskiego zjazdu, na którym od lat regularnie zjawiają się co dwa lata. Wiele z nich miało nawet kreacje dostosowane do okazji: zielone sukienki, ręcznie wykonaną biżuterię z motywami nawiązującymi do bohaterek powieści, jakieś apaszki czy inne akcesoria z Anią. Dominowały, co zrozumiałe, badaczki z Kanady i Stanów, ale najliczniejszą ekipą z krajów nieanglojęzycznych była polska (ciekawe, dlaczego 😊). Zaraz za nami plasowały się Japonki – to drugi kraj, w którym powieść Montgomery o Akage no An czyli czerwonowłosej Ani ma status kultowy. Było kilku badaczy ze Skandynawii. Nikogo z Niemiec, Francji, Włoch…

W korytarzu ustawiono długie stoły, na których wystawiono na sprzedaż dobra wszelakie: wydania powieści Montgomery, nowe i antykwaryczne, opracowania jej twórczości, albumy itd. W czasie obiadu w stołówce do stołów przysiadali się na krótką pogawędkę odtwórcy Ani i Gilberta z musicalu pod tym samym tytułem. A ponieważ w 2024 roku wypadała 150 rocznica urodzin autorki, na koniec dnia wszystkich poczęstowano okolicznościowym tortem. Na drugi dzień w hallu urządzono kiermasz okołoaniowych pamiątek wytwarzanych przez lokalne artystki.

Na lunchu spotkał nas honor poznania Ani i Gilberta, a raczej Rebekah Brown i Graysena LaPointe, aktorów odtwarzających ich role w musicalu Anne and Gilbert

Siedziałam pilnie na kolejnych sesjach, wybierając te, które wydały mi się najciekawsze, i szybko zauważyłam pewną tendencję: wszystkie referaty wychodziły z założenia, że Montgomery wielką pisarką była i wokół tego budowały swoje analizy.

Dygresja: Czy Montgomery to wielka pisarka?

Osobiście nie podzielam opinii o wyjątkowej artości literackiej twórczości Montgomery. Ania z Zielonego Wzgórza to moim zdaniem książka wybitna (niezależnie od mojego osobistego sentymentu). Na tle grzecznych i słodkich bohaterek literatury tamtych czasów dziewczynka, która wpada w furię i krzyczy do starszej pani, że jest tłusta i niewrażliwa, rozbija tabliczkę na głowie kolegi i farbuje sobie włosy, to postać niezwykle żywa i jedyna w swoim rodzaju. Kiedy czytałam tę powieść jako dziecko, nie doceniałam, jak rewolucyjna na owe czasy była ambicja bohaterki, żeby pójść na uniwersytet. Natomiast kolejne książki o Ani, a także inne powieści pisarki należą, moim zdaniem, do kategorii przyjemnych czytadeł. Nie stronią od melodramatycznych zwrotów akcji, kuleją strukturalnie, powielają wcześniejsze rozwiązania narracyjne. Montgomery pisała bardzo dużo i często z konieczności zarobku.

Miałam na tyle zdrowego rozsądku, że powstrzymałam się od psucia atmosfery wygłaszaniem krytycznych uwag. Zresztą wielu wystąpień wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością. Nie potrafiłam w sobie, co prawda, wzbudzić zainteresowania lesbijskimi interpretacjami Ani, za to bardzo zaciekawiły mnie analizy dzienników i osobistych wypowiedzi samej pisarki. Fascynujący jest np. rozdźwięk między kreacjami sympatycznych służących w jej tekstach a sposobem, w jaki patrzyła na własne pomoce domowe (‘Ellen Greene was a fat, lazy old thing of no importance.’). Po raz pierwszy uświadomiłam sobie także, że w całej sadze o Ani nigdy nie wspomina się o ludności autochtonicznej. Tylko jeden, jedyny raz pada (zanglicyzowana) nazwa pierwotnej nazwy wyspy: Abegweit. Swoją drogą, ciekawe dlaczego w obecnym klimacie Reconciliation czyli procesu pojednania nikt jeszcze nie zaproponował, aby do niej wrócić. Książę Eward, ojciec królowej Wiktorii, którego imię nosi dzisiaj Wyspa, był wyjątkowo nieciekawym typem, który nic w życiu nie osiągnął (poza spłodzeniem rzeczonej Wiktorii).

W bibliotece uniwersyteckiej (Robertson University) znajduje się archiwum L. M. Montgomery, które gromadzi głównie dokumenty związane z jej życiem, ale także wydania jej książek. Jak wszędzie, także i tutaj obowiązkowo dodane są objaśnienia w języku Mi’kmaw

Atmosfera Reconciliation zdominowała za to zdecydowanie otwarcie uroczystego bankietu kończącego konferencję. Pani Catherine Callbeck, emerytowana kanclerz (kanclerka) UPEI i pierwsza kobieta w Kanadzie, która była premierem prowincji, zaczęła przemowę od tzw. Land Acknowledgement (Uznania Ziemi), przypominając, że kampus leży na ziemiach ludu Mi’kmaq, który nigdy oficjalnie się ich nie zrzekł, a następnie długo mówiła o poszanowaniu wartości ekologicznych i moralnych, które są wspólne z tradycyjną postawą życiową autochtonicznej ludności. To wyjaśniło mi przy okazji rzecz, na którą zwróciłam uwagę już wcześniej, a mianowicie trójjęzyczność tablic na kampusie. (Potem dowiedziałam się, że to nowa akcja, postawiono je dopiero w 2023 roku).

Przed bankietem myśleliśmy, że to ten dekoracyjny pan z rzędem medali (wyglądał zupełnie jak Hugh Bonneville z Downton Abbey) będzie przemawiał. Tymczasem okazało się, że jest adiutantem honorowym tzw. aide-de-camp pani senator. W Kanadzie urzędnicy reprezentujący Koronę Brytyjską w oficjalnych sytuacjach mają przydzielonych asystentów ceremonialnych.

Bankiet był bardzo elegancki (czułam się trochę nieadekwatnie w moich sandałach), szkoda tylko, że jedzenie było takie sobie.

Nie tylko Ania

W czasie konferencji nie bardzo miałam czas na dodatkowe zwiedzanie, udało mi się jednak podjechać późnym popołudniem do centrum miasta i trochę je zwiedzić.

Po południu w centrum Charlottetown nie ma wielkiego ruchu, zresztą to miejsce odwiedzane głównie przez turystów – tubylcy jedżą na zakupy do centrów handlowych.

Charlottetown to co prawda stolica Stanu PEI, ale zarazem po prostu trzydziestoośmioysięczne miasteczko. Supermarkety i duże centra handlowe znajdują się na obrzeżach: centrum to głównie knajpki i sklepy z pamiątkami. Są też dwa bardzo duże antykwariaty. Do tego kilka niekoniecznie pięknych budynków administracyjnych. No i uliczki, przy których ciągną się stare wille. Bardzo śliczne i bardzo malownicze. Co druga wygląda, jak gdyby była kiedyś domem ciotki Józefiny Barry.

Na centralnym placu starej części miasta stoi wielki neogotycki kościół z czerwonego (a jakże) piaskowca, pod wezwaniem św. Dunstana. Katolicki! Teraz już musiałam sobie doczytać trochę historii.

Dygresja: katolicy na Wyspie Księcia Edwarda

No proszę – do połowy XX wieku katolicy stanowili niemal połowę mieszkańców PEI. Było ich więcej niż prezbiterianów (30%) i metodystów (8%). To byli przede wszystkim Irlandczycy, szkoccy Górale i trochę Akadian (o Akadianach piszę w relacji z Nowej Szkocji). Innymi słowy, pani Lucy zafałszowała mi religijny obraz Wyspy. Ale dlaczego Dunstan? Trudno go uznać za typowego katolickiego świętego. Otóż, gdy w 1812 roku Wyspę Księcia Edwarda odwiedził katolicki arcybiskup Quebecu, Joseph-Octave Plessis, został on niespodziewanie niezwykle ciepło i z wielkimi honorami przyjęty przez lokalne, brytyjskie i protestanckie władze miasta.

Chcąc podziękować brytyjskim urzędnikom za gościnność i wykonać ukłon w stronę korony brytyjskiej, biskup postanowił, że planowany na wyspie nowy katolicki kościół otrzyma imię wielkiego, anglosaskiego świętego, który był niezwykle ważną postacią w historii Anglii. Nie, żeby to zapobiegło późniejszym religijnym animozjom, ale z drugiej strony, kiedy w 1913 roku spaliła się zainaugurowana zaledwie sześć lat wcześniej nowa świątynia, do odbudowy przyłożyli się solidarnie wszyscy mieszkańcy, katolicy i protestanci.

No dobrze, przyznam się: trzeciego dnia opuściłam popołudniową sesję (zrobiła się taka piękna pogoda…) i wybrałam się na jeszcze jedną wycieczkę.

Najpierw odwiedziłam miejsce, na którym bardzo zależało mi emocjonalnie: Skmaqn—Port-la-Joye—Fort Amherst National Historic Site, wzgórze naprzeciwko portu Charlottetown (piękny widok na zatokę i miasto).

Pomnik upamiętniający deportację z wyspy francuskich osadników (Akadian) w 1758. Niektórym udało się wrócić po kilku latach, ale tymczasem ich ziemie przyznano już Szkotom i musieli sobie szukać miejsca na uboższych, mniej żyznych terenach. Największe skupiska Akadian można znaleźć dzisiaj w zachodniej części Wyspy, gdzie niestety nie dotarłam.
Dygresja: dlaczego warto odwiedzić Fort Amherst
O deportacji Akadyjczyków opowiada wiele książek i powieści

To tutaj w 1720 roku Francuzi (właśnie!) założyli pierwszą europejską osadę na Wyspie, która wtedy nazywała się Port-la-Joye. Brytyjczycy zdobyli Wyspę świętego Jana – bo taką nosiła nazwę – w 1758 i deportowali ponad 3000 francuskich osadników a miejsce przemianowali na Fort Amherst. Dodajmy jeszcze, że Francuzi całkiem dobrze dogadywali się z rdzenną ludnością, czego nie można powiedzieć o Brytyjczykach. Podejrzewa się, że generał Amherst zaproponował pozbycie się Indian poprzez celowe zarażenie ich ospą (co, jak skądinąd wiadomo, było praktyką stosowaną na różnych kolonizowanych terytoriach).

Wędrując dzisiaj po bukolicznych łąkach, aż trudno uwierzyć w tragiczną przeszłość tego miejsca. Co prawda, stoi tam dzisiaj pomnik, upamiętniający dramat Akadian, ale jest on dość świeżej daty, wystawiono go dopiero w 2008 roku. (I pomyśleć, że kiedy czytałam po raz pierwszy Anię, nie zastanowiła mnie uwaga Maryli o „głupich francuskich chłopcach”).

Dwie główne, a właściwie jedyne rozrywki w Victoria By the Sea to zwiedzanie lokalnych galerii i sklepików lub uraczenie się czymś na słono albo na słodko w knajpkach.

Żeby się pocieszyć, pojechałam do dość turystycznej, ale uroczej zabytkowej osady Victoria-by-the-Sea, która jest konglomeratem knajpek, cukierni i małych sklepików z rękodziełem (ze skansenem „Avonlea village” wygrywa 10: 0). Przed powrotem do domu zdążyłam jeszcze zajechać na wielką plażę Gran Tracadie i nabyć kanapkę z homarem, którą spożyłam uroczyście, kontemplując fale oceanu  (ocean tego dnia był bardzo gładki, ale fale brzmią romantyczniej). Na homara szykowałam się od początku pobytu, bo jest to druga, po Ani, atrakcja wyspy, ale wcześniej jakoś się nie składało.

Lobster roll czyli chyba najpopularniejszy sposób spożywania homara na P.E.I. Czerwiec to idealna pora na konsumpcję, szczyt wiosennego sezonu połowów. Starsza pani nie jest miłośniczką buł, ale doceniła to, że nie musiała wydłubywać mięsa z twardej skorupy.

Wieczornie spotkała mnie jeszcze jedna przyjemność: kiedy zjechałam na nocleg, w domu była już Rene, która pokazała mi swojego oswojonego lisa (kupuje mu jajka i zostawia je na ścieżce przed domem. Lis przychodzi, zjada jedno jajko, a drugie zabiera ostrożnie w pysku dla dzieci).

W sekrecie wygospodarowałam sobie jeszcze jeden cały wolny dzień po zakończeniu konferencji. Postanowiłam przeznaczyć go na zwiedzenie wschodniej, mniej turystycznej części Wyspy.

Piaszczyste wybrzeże w Greenwich, we wschodniej części parku narodowego PEI, było prawie puste.

Poranek zaczęłam od wycieczki do najbardziej na wschód położonego odcinka  Parku Narodowego, Greenwich i trasy po wydmach i mokradłach. To zupełnie wyjątkowe miejsce, całkiem inne niż czerwone klify bardziej na zachód. Wędruje się między ruchomymi wydami i terenami podmokłymi. Najbardziej ekscytujący odcinek wycieczki to długi pływający pomost na jeziorze. W dodatku przez chwilę towarzyszył mi w wędrówce puszysty lis. Szkoda, że nie miałam ze sobą żadnych jajek!

Lis maszerował sobie po równoległej ścieżce, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi.
Dzisiaj Georgetown, kiedyś Trois-Rivières. Kolejny kamyczek do historii Wyspy.

W parku było niewielu zwiedzających, co pozwoliło mi się napawać widokami w samotności, potem jednak ograniczona turystyczność tej części Wyspy dała mi się we znaki. Mianowicie, ogarnęła mnie wielka senność (ostatnie dni nie odznaczały się długimi godzinami snu) i rozpaczliwie potrzebowałam kawy. Gdzie ją znaleźć? Kawiarni ani śladu, a nie zapukam przecież po prośbie do jakiegoś prywatnego domu. Google obiecywał mi kawiarnię w Georgetown, odległym, bagatela, czterdzieści kilometrów, ale kiedy już tam dotarłam, okazało się, że kłamał. Ze złości odechciało mi się spać, poza tym, całkiem nieoczekiwanie odkryłam tam kolejne pamiątki po Akadianach. Nie rozczuliłam się tylko dlatego, że zaczęło padać,

W deszczu i świszczącym wietrze podążyłam jeszcze do latarni morskiej East Point, jednej z najstarszych drewnianych latarni na wyspie (z 1867), bardzo malowniczo położonej na samym wschodnim cyplu. Widok z górnej platformy był stosownie dramatyczny. Na wystawie o historii latarni zwróciłam uwagę na starą mapę katastralną, z wąziutkimi działkami ziemi. Takiego rozdrobnienia to chyba i na Podhalu nie ma! Młoda dziewczyna w kasie potwierdziła, że tak właśnie podzielono ziemię: najważniejszy był dostęp do brzegu. Przy okazji pochwaliła się, że jej rodzina ma taką działkę i mieszka na niej od dwustu lat. A ona sama? Też będzie mieszkać. Nie opuściłaby Wyspy za skarby świata.

Latarnia wywiera wrażenie nawet w brzydką pogodę (a może zwłaszcza wtedy). W małym muzeum opowiedziana jest historia licznych statków, które rozbiły się w pobliżu. Najbardziej dramatyczne było zatonięcie brytyjskiego okrętu wojennego HMS Phoenix w 1882. Na szczęście nikt nie zginął. Mieszkańcy osady jakoś się ścieśnili i przyjęli do siebie 400 członków załogi, którzy musieli tu przezimować. Podobno wśród ich potomków do dzisiaj krążą opowieści o tej pamiętnej zimie.

Wracałam do domu zmęczona, zmoczona i zmarznięta. Syta wrażeń, ale bardzo, bardzo głodna. Google’u pomóż! Na mapie pod hasłem restauracja wyskoczył jakiś znaczek po drodze. Postanowiłam zaryzykować.

North Lake Boat Eatery okazało się moim zbawieniem.

Miejsce nie wyglądało okazale, jakieś smutne domki pod zaciągniętym niebem, ale przeskakując między kałużami, dojrzałam wreszcie baraczek z dyskretnym napisem „restaurant”. Wtargnęłam do maleńkiej i zdumiewająco zatłoczonej salki, zasiadłam przy ostatnim wolnym stoliku i zamówiłam gorący chowder. O rozkoszy podniebienia! Nie wiem, czy to było jak w tej bajce o głodnym królu i ziemniakach, ale do tej pory uważam, że to był najlepszy chowder, jaki jadłam w Kanadzie.

Następnego ranka spakowałam walizkę, pożegnałam się z psami i kotami René (niezbyt serdecznie, bo przez cały pobyt interakcja ograniczyła się do mojego przeskakiwania przez rozwalone cielska) i po raz ostatni ruszyłam drogami P.E.I. Ponieważ dzięki uprzejmości pana z AVIS miałam dwie godziny więcej do zdania auta, postanowiłam rzutem na taśmę zwiedzić historyczną wioskę Orwell Corner (to raptem 30 kilometrów od lotniska).

Niespodziewanie… trafiłam do Avonlea. Nie, nie żartuję. Orwell Corner to dziewiętnastowieczna osada, która przetrwała do dzisiaj w niemal nienaruszonym stanie. Nie jest to sztucznie stworzony park rozrywki – większość stojących tam budynków to oryginalne, historyczne obiekty, które zawsze stały w tym miejscu. Szkoła (z 1895 roku) wygląda kubek w kubek jak ta, w której uczyła się a potem uczyła Ania. Jeden z pracowników muzeum, bardzo mocno starszawy, opowiedział mi, że on sam się jeszcze w niej uczył – działała do 1969 roku. Była tylko jedna nauczycielka, która wynajmowała pokój u bogatych farmerów, a potem inna, która dojeżdżała z sąsiedniej osady – w zimie przywożono ją saniami.

W wiosce jest także sklep kolonialny (w takim Mateusz pewno usiłował kupić sukienkę z bufiastymi rękawami) i przylegający do niego dom właściciela, z zachowanym wyposażeniem z epoki.

Nie, na Wyspie Księcia Edwarda nie można uciec od Ani.

O moim powrocie na Wyspę Księcia Edwarda w 2026 roku piszę tutaj

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej