W Uzbekistanie spędziłam w sumie dziesięć pełnych dni. Pokonałam klasyczną turystyczną pętlę Taszkent – Samarkanda – Buchara – Chiwa.
Z Taszkentu do Samarkandy, a następnie do Buchary dotarłyśmy szybkim (ale nie tym najszybszym, Afrosiyobem) pociągiem. Do Chiwy z Buchary także można dotrzeć pociągiem (ok, 5 godzin), ale my wybrałyśmy opcję samochodową, co pozwoliło nam „dotknąć” Kyzył-Kum i zwiedzić po drodze kilka fortec na pustyni. Do Taszkentu wróciłyśmy z Urgenczu (ok. 30 km od Chiwy) samolotem.
Koszty transportu były bardzo umiarkowane, pociągi poniżej dwudziestu dolarów na każdym odcinku, samolot ok. 70 dolarów z nadawaną walizką, samochód z kierowcą 70 dolarów od osoby. Odejmując przejazdy, zwiedzanie ułożyło się tak:
Trzy dni w Taszkencie
To trochę za dużo, jeśli interesują nas zabytki i główne atrakcje turystyczne, takie jak Centrum Cywilizacji Islamskiej, Medresa Kukeldasz, Plac Hazrati Imam, ozdobne stacje metra i bazar Chorsu. Mnie ograniczała konferencja, ale gdybym miała czas całkowicie wolny, myślę, że dwa dni byłyby wystarczające, aby dodać także mniej oczywiste miejsca np. polski kościół katolicki albo muzeum Tamerlana. Co prawda, po odwiedzinach w Centrum Cywilizacji Islamskiej wiem, że należy się spodziewać marmurów, makiet, manekinów, mininarracji wideo oraz tu i ówdzie jakichś artefaktów w gablotkach, opatrzonych skąpymi opisami, ale na pewno ciekawie byłoby odkryć oficjalną patriotyczną wersję losów Timura. Poza tym, podobno są tam pamiątki z otwarcia jego grobowca w 1941 roku.

Półtora dnia w Samarkandzie
Troszkę za mało. Zwiedziłyśmy najważniejsze atrakcje: Registan, meczet i mauzoleum Bibi Chanum, mauzoleum Tamerlana, nekropolię Szach-i-Zinda, Meczet Hazrat Khizr z grobowcem Karimowa. Przeszłyśmy się po bazarze Syiob, dotarłyśmy do fabryki jedwabnych dywanów, na nowy cmentarz muzułmański i pod monumentalny pomnik Tamerlana. Zabrakło czasu na obserwatorium Uług Bega. Chętnie wybrałabym się także do polskiego kościoła pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz na kwaterę polskich żołnierzy na cmentarzu wielowyznaniowym. Poza tym Samarkanda to dogodna baza wypadowa na jednodniowe wycieczki, które każdy hotel czy pensjonat bez trudu pomoże zorganizować (nie warto wykupywać ich w internecie): Szachrisabz, Góry Zerawszańskie i Płaskowyż Diabła, albo nawet wypad do Tadżykistanu. Gdybym miała dużo czasu do dyspozycji, zostałabym w Samarkandzie 5 dni.

Półtora dnia w Bucharze
O pół dnia za mało. Obeszłyśmy wszerz i wzdłuż stare centrum, zajrzałyśmy do wszystkich najważniejszych medres i meczetów, zwiedziłyśmy fortecę Ark i letni pałac emira, Sitorai Mokhi-Khosa, mauzoleum Samanidów. Znalazł się czas na wędrówkę po wielkim centralnym bazarze i na kontemplację meczetu Bolo Hauz. Jednak ze względu na godziny otwarcia nie zdążyłyśmy zajrzeć do domu-muzeum Fajzulli Chodżajewa (a bardzo chciałam popatrzyć, jak wyglądał typowy stary kupiecki dom), do synagogi ani do fotogalerii Szawkata Bołtajewa ze starymi zdjęciami Buchary. Czyli: dwa pełne dni, a gdybym miała taki luksus czasowy, dodałabym jeszcze dwie jednodniowe wycieczki: do wąwozu Sarmishsay – dla widoków i petroglifów – oraz, być może, do nekropolii Czor Bakr i kompleksu Baha ad-Din Nakszbana. Tę drugą można zgrabnie połączyć z wizytą w letnim pałacu emira.

Dzień na pustyni Kyzył-Kum
Cały dzień zajęło nam pokonanie trasy z Buchary do Chiwy samochodem. Uważam, że to dużo lepsza opcja niż przejazd pociągiem, ale pod warunkiem, że pojedziemy z sympatycznym kierowcą, który chociaż trochę mówi po angielsku. Spora część trasy jest monotonna czy wręcz nudna i właśnie możliwość rozmowy stanowi jej największy urok. Przejazd samochodem pozwala zatrzymać się na moście nad Amu-Darią (nie żeby rzeka robiła wielkie wrażenie) i odwiedzić po drodze kilka pustynnych fortec Chorezmu. Fortece można również zwiedzać podczas jednodniowych wycieczek z Chiwy – są oferty odwiedzenia trzech, czterech czy nawet… dziesięciu – ale nie jestem pewna, czy mnożenie miejsc ma sens, krajobraz i ruiny wyglądają podobnie, wszędzie bardzo malowniczo. Oczywiście, jeśli ktoś ma zacięcie archeologiczne, znajdzie jakieś różnice.
Półtora dnia w Chiwie
Czytałam w różnych blogach opinie, że nawet jeden dzień to dużo, bo historyczne Iczan Kala jest bardzo małe. To prawda, może je przebiec od bramy do bramy w niespełna dziesięć minut, a medresy są tak pięknie odrestaurowane, że wszystkie wyglądają mniej więcej tak samo. Dwa pałace wewnątrz murów – Kunja Ark i Tasz Chauli są piękne (majoliki, rzeźbione kolumny, labirynt korytarzy…), ale w środku jest raczej pusto, więc chodzi raczej o nastrój niż oglądanie eksponatów. Bilet zbiorczy uprawnia do wejścia do aż 17 miejsc, ale pewnie szybko zaczną nam się między sobą mylić, a w środku zobaczymy jakieś ekspozycje od sasa do lasa (dużo manekinów zaaranżowanych w scenki obyczajowe). Półtora dnia pozwoliło mi włączyć do zwiedzania wizytę w pałacu Nurrulabaj, który okazał się dla mnie najbardziej inspirującym miejscem w Chiwie, nie tylko dlatego, że zachowały się tam oryginalne orientalno-zachodnie wnętrza, ale przede wszystkim ze względu na kolekcję starych nagrań i fotografii. Zabrakło czasu na odwiedziny w muzeum Diwanowa czy na zorganizowanie wycieczki do pozostałości po Ak Meczet, wiosce Mennonitów (to raptem kilkanaście kilometrów od Chiwy), albo na przejście się po „prawdziwym” mieście za murami.
Dwa pełne dni zapewne zaspokoiłyby moją ciekawość, a jeśli ktoś przybywa do Chiwy pociągiem lub samolotem, na pewno warto przeznaczyć dodatkowy dzień na wycieczkę do fortec na pustyni (może nie latem…?). Z Chiwy agencje proponują także wyprawy do muzeum Sawickiego w Nukusie albo nawet nad Morze Aralskie, ale na to bym się poważnie zastanawiała, bo to jednak kilkanaście godzin trzęsienia się w samochodzie. Jakaś Francuzka w pensjonacie powiedziała nam, że się wybrała i wróciła kompletnie wyczerpana.

Podsumowanie
Czy dziesięć dni wystarczy na Uzbekistan? Tak, jeśli ograniczymy się do „złotego standardu”, zmieniając trochę proporcje (skracając Taszkent do jednego pełnego dnia). Nie będzie to jednak podróż kompletna. Mnie po dziesięciu dniach pozostało jeszcze mnóstwo powodów, by przyjechać tu ponownie. Wyjeżdżałam z poczuciem, że to była dopiero degustacja i bardzo, ale to bardzo chciałabym tu jeszcze wrócić. I wrócę.
W kolejce czeka Nukus i muzeum Sawickiego, co najmniej dwudniowa (a może jeszcze lepiej trzydniowa) wyprawa nad Morze Aralskie. Jakąś dodatkową fortecę Chorezmu, z tych dwustu czy coś koło tego, też bym mogła zobaczyć.
Z całkiem drugiej strony kraju kusi mnie Dolina Fergańska – tu musiałabym chyba spędzić z pięć dni, żeby naprawdę poczuć jej klimat, a można by się jeszcze przy okazji wybrać do Oszu w Kirgistanie.
Już całkiem personalnie i martyrologicznie, gdybym miała czas, odwiedziłabym polskie miejsca w Uzbekistanie, zwłaszcza polskie „kladbiszcza”, czyli cmentarze w okolicach Szachrisabz. W Taszkencie wybrałabym się do Muzeum Pamięci Ofiar Represji, gdzie podobno jest także sekcja poświęcona Polakom.
No i, jakby to powiedzieć, chętnie kupiłabym jeszcze trochę jedwabnych apaszek.

Wpisy z Uzbekistanu







Zostaw odpowiedź