Wyprawa do Azji środkowej marzyła mi się od dawna, ale jak to zwykle ze mną bywa, potrzebny mi był jakiś impuls. Tym razem okazała się nim konferencja o przekładzie niebezpośrednim, organizowana w Taszkencie w połowie kwietnia. Ponieważ starsza pani pasjonuje się tłumaczeniem niebezpośrednim (i mogłaby o tym długo się rozwodzić, ale to nie czas ani miejsce), kombinacja tematu i lokalizacji natychmiast zapaliła jej lampkę w mózgu. Kwiecień to także pora, w której jestem w stanie wygospodarować sobie dodatkowy wolny tydzień… więc właściwie, czemu by nie skorzystać?

PRZED PODRÓŻĄ
Po pierwsze sprawdziłam trzy, a właściwie cztery rzeczy, które zawsze biorę pod uwagę przed decyzją o wyjeździe:
- Czy da się tam dolecieć bez pięciu przesiadek i w rozsądnej cenie? Tak.
- Czy jest tam bezpiecznie? Jeden z najbezpieczniejszych krajów w regionie. Super.
- Czy łatwo się poruszać po kraju? (Marszrutki nie dla starszej pani). Ok, wynajem samochodu powszechnie odradzany, ale są dobre pociągi i tanie wewnętrzne połączenia lotnicze.
- Jaka będzie pogoda? W kwietniu powinno być przyzwoicie, już nie ma mrozów, jeszcze nie ma upałów.
Czyli jadę. W dodatku udało mi się przekonać do zgłoszenia na konferencję koleżankę. Tym razem była to więc wyprawa dwóch starszych pań. Trzy dni w Taszkencie, a potem tydzień w podróży na własną rękę. Niezapomniane przeżycia, zmącone tylko jednym problemem, o którym opowiem za chwilę
TRANSPORT
Przy tak odległych kierunkach, zawsze zaczynam od zaplanowania transportu i trasy, zwłaszcza, jeśli nie poruszam się samochodem.
Podróż do Taszkentu
Leciałam z Rzymu Turkish Airlines, z przesiadką w Stambule, za ok 650 euro (plus ok. 50 euro za dodatki, które starsza pani lubi np. wykupienie miejsca przy przejściu). To był mój pierwszy lot tymi liniami i mogę je tylko chwalić. Jedzenie powyżej przeciętnej (dostaliśmy prawdziwy posiłek także na odcinku Rzym – Stambuł, to się przy lotach poniżej trzech godzin już praktycznie nie zdarza), a w drodze powrotnej z Taszkentu nawet upominek – saszetkę z opaską na oczy do spania i parą skarpetek. Rozczulające. Wybór filmów także był zadowalający. Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to chyba tylko tego, że bardzo długo czeka się na podanie posiłku. Koleżanka przyleciała bezpośrednim lotem (LOTu) z Warszawy, co było wygodne, ale samolot lądował w Taszkencie w środku nocy, co zawsze jest odrobinę bardziej stresujące.
Podróż po Uzbekistanie

Ponieważ tydzień to niezbyt długo, a wynajęcia samochodu tym razem nie brałam pod uwagę, zaplanowałam klasyczną trasę Samarkanda – Buchara – Chiwa. Do Samarkandy, a potem Buchary można dojechać szybko i wygodnie pociągiem (do Samarkandy można się nawet wybrać z Taszkentu na jednodniową wycieczkę). Chiwa to już większa przeprawa, ponad 450 kilometrów z Buchary przez pustynię. Z Chiwy najrozsądniej wrócić do Taszkentu samolotem Uzbek Airways. Za bilety lotnicze płaciłam ok. 60 euro z walizką w luku, za pociąg chyba po 11-12 euro.
Ważną wskazówką, którą wydobyłam z czeluści Internetu była rada, aby kupować bilety jak najwcześniej (sprzedaż zaczyna się 45 dni przed datą podróży), bo szybko znikają. Wobec tego na początku marca zasiadłam przed komputerem i spędziłam kilka godzin (!) na zapewnieniu nam pożądanych przejazdów. Ściągnęłam apki linii lotniczych i kolejowych, ale nie działały po ludzku.. Na szczęście lepiej mi się powiodło, wchodząc na stronę z komputera.
Co zabawne, dopiero w Uzbekistanie zorientowałam się, że nie kupiłam biletów na superszybki pociąg Afrosiyob tylko na nieco wolniejszy Sharq (A. jedzie do Samarkandy 2 godziny, S. godzinę dłużej). No, nie była to jakaś tragedia, ale mimo wszystko plama na honorze…
Naturalnie, dolecenie na lotnisko, a nawet dojechanie na dworzec kolejowy to nie koniec kwestii transportowej, bo trzeba się jeszcze przeturlać do hotelu. I tutaj dochodzimy do mojego jedynego ale za to całkiem sporego STRESU w podróży.
TAKSÓWKI W UZBEKISTANIE

W Uzbekistanie nie ma Bolta ani Ubera. Wszyscy używają aplikacji Yandex Go. I tu zaczął się dramat. Bo żeby uruchomić aplikację, trzeba otrzymać sms aktywacyjny, a Yandex zachowuje się jak rosyjska ruletka. Niektórym przesyła, innym nie. Mnie nie przysłał, ani na mój własny numer, ani na numer ubecki, nabyty na lotnisku. Próbowałam z pięćdziesiąt razy. I NIC. Dramatyczne konsekwencje tej sytuacji łatwo sobie wyobrazić. Na lotnisku w Taszkencie wykupiłam w budce transfer do hotelu za 15 dolarów. Drogo, bo yandexem wyszłoby około 3-4, ale to lepsze rozwiązanie, niż wyjście przed dworzec, gdzie opada człowieka zgraja kierowców, wydzierających mu walizkę z ręki i proponujących ceny w granicach 20-30 dolarów (moja koleżanka, która przyleciała już po mnie, z Warszawy, takie właśnie miała przeżycia). Potem odkryłam, że w Taszkencie działają także dwie inne apki przewozowe, MyTaxi i Uklon, więc sprawy ułożyły się lepiej.
Niestety, w Samarkandzie Uklona nie ma i w rezultacie dałyśmy się namówić czyhającemu przed dworcem kierowcy na przejazd za 10 dolarów. Przy okazji otrzymałam ofertę matrymonialną. Na terenie miasta MyTaxi na szczęście działało, co pozwoliło nam zwiedzić atrakcje nieco oddalone od centrum.
Natomiast w Bucharze nie było już ani Uklona ani MyTaxi. Z dworca do hotelu dotarłyśmy ponownie za nieprzyzwoitą cenę 10 dolarów, przy czym pan nie miał pojęcia, gdzie jest nasz hotel i wywiózł nas w nieprzejezdną uliczkę.
A potem… Alleluja! Moja koleżanka ściągnęła Yandexa i od razu dostała sms. Teraz problemem było już tylko to, że nie działał jej wykupiony jeszcze w Polsce pakiet internetowy. Ale cóż, Polak, a raczej Polka, nawet w wieku zaawansowanym, potrafi. Ponieważ mnie internet hulał, zaczęłyśmy używać mojego telefonu jako hotspota, co już do końca pobytu pozwoliło nam rozbijać się taksówkami.
KONIEC JĘZYKA ZA PRZEWODNIKA… ALE NIE ZAWSZE
Możliwość dogadania się z ludźmi to warunek sine qua non na udane wakacje, chociaż oczywiście z skrajnych sytuacjach zawsze można wspomóc się gestykulacją czy translatorem w komórce. W Uzbekistanie zdarzają się ludzie, którzy mówią po angielsku. Z tego, co podsłuchałam podczas zwiedzania różnych zabytków, dobrze mówią (w różnych językach) zawodowi przewodnicy. Przed wyjazdem doczytałam się, że ze starszym pokoleniem można porozumieć się po rosyjsku.
Jedno i drugie to trochę mit. Kelnerzy, taksówkarze, recepcjoniści często UDAJĄ że mówią po angielsku lub rosyjsku yes, da. Szybko okazuje się jednak, że znają tylko kilka podstawowych zwrotów, związanych z najbardziej typowymi sytuacjami. W sumie tylko raz — w pensjonacie w Samarkandzie — gospodarze mówili dość płynnie po angielsku, co całkowicie zmieniło jakość naszego pobytu. Opowiedzieli nam historię swojego hotelu, udzielili porad, jak się targować, podzielili się opinią o prezydencie Karimowie… Możliwość komunikacji jest szczególnie ważna, jeśli wybierzemy się na długą wycieczkę samochodową.
PIENIĄDZE, CZYLI I TY ZOSTANIESZ MILIONEREM

10 000 sumów uzbeckich to w tej chwili ok. 3 złote (kwiecień 2026). Oznacza to, że po wymianie kilkuset dolarów staniemy się milionerami. Myśl byłaby nawet miła, gdyby nie to, że orientowanie się w tych wszystkich zerach bywa kłopotliwe, a niektóre banknoty są podobne kolorystycznie. Trzeba bardzo uważać. Z drugiej strony, trafiłyśmy kilkakrotnie na uczciwych sprzedawców, którzy zwracali nam uwagę, że dostali za duży nominał.
Warto przywieźć dolary i warto wymienić je jeszcze na lotnisku w Taszkencie (o dziwo, kurs jest zupełnie przyzwoity). Inaczej trzeba biegać po bankach albo wyjmować z bankomatów, co zawsze może wiązać się z dodatkową opłatą (kantorów za bardzo nie widać, interpelowani tubylcy na ogół rozkładali ręce). Hotele, większe sklepy, restauracje i kawiarnie akceptują karty, ale czasem doliczana jest prowizja. Za kawę w jednej z taszkenckich kawiarni zapłaciłam o 10% więcej niż przy płatności gotówką.
CENY

W Uzbekistanie jest TANIO. Dziesięć dolarów za kilkunastokilometrowy kurs z dworca do hotelu wydało się nam zdzierstwem tylko dlatego, że za yandex zapłaciłybyśmy góra 3-4 dolary. Za dziesięć dolarów można zjeść obiad w przyzwoitej restauracji, w jadłodajni na bazarze to będą 3-4 dolary albo i mniej (starsza pani na ogół unika tej ostatniej opcji, bo obawia się niepożądanych reakcji żołądkowych). Oczywiście, jeśli bardzo lubimy wydawać pieniądze, w eleganckiej knajpie możemy zamówić wino i cena poszybuje w niebiosa. Kiedy dostaniemy rachunek, warto popatrzyć, czy jest na nim doliczona obsługa. Jeśli tak – nie trzeba nic zostawiać. Jeśli nie, warto dodać jakieś 10%.
Bilety do większości atrakcji turystycznych kosztują 5-8 dolarów (cena dla cudzoziemców, lokalsi płacą ułamek tej kwoty). Najdrożej, ale tylko stosunkowo, jest w Chiwie – ok. 17 dolarów za bilet zbiorczy do wszystkich zabytków.
Krótko mówiąc, kiedy już znajdziemy się w Uzbekistanie, wydamy na wakacje dużo mniej niż na pobyt w Międzyzdrojach czy Krościenku. A wrażenia są niezapomniane. Ale o tym juz w konkretnych wpisach:
Taszkent – socjalistyczny i surrealistyczny
Samarkanda – Między Pruszyńskim a szaszłykiem








Zostaw odpowiedź