Dlaczego ten blog?

Tak, to właśnie ja.
Koleżanka zrobiła mi to zdjęcie, bo stwierdziła, że takie zachowa ze mnie wspomnienie po wspólnej podróży

Blogów podróżniczych jest mnóstwo. Wiem, bo sama je czytam. Po co więc zakładać kolejny? Sam fakt, że dużo podróżuję — trochę służbowo, częściej dla przyjemności — nie jest jeszcze wystarczającym powodem. Ale po latach czytania relacji, poradników i gotowych tras zauważyłam, że większość z nich piszą ludzie młodzi: single, pary, czasem rodziny z dziećmi. To naturalne, że opisują swoje wyprawy z własnej perspektywy. Tyle, że podróżują nie tylko młodzi.

Ja i szaszłyk. Najlepsza kombinacja po długim dniu podróży. (To żółte, to herbata!)

Metryka podpowiada, że mogłabym już spokojnie przejść na emeryturę. A w tym wieku podróżuje się trochę inaczej. Nie dorobiłam się fortuny pozwalającej latać klasą biznes i spać w pięciogwiazdkowych hotelach, ale nie są już dla mnie camping na dziko, couchsurfing ani przemieszczanie się autostopem. Do szczęścia w podróży potrzebuję przynajmniej pokoju z łazienką, wynajętego samochodu i połączeń lotniczych, które nie wymagają heroizmu. Mogę oszczędzać na taksówkach, ale nie na klimatyzacji.

Bo przecież nie przestaje się podróżować tylko dlatego, że komuś stuknęła sześćdziesiątka.

Moi znajomi (a także moja córka) lubią powtarzać „czy to nie jest niebezpieczne?”; „nie bałaś się jeździć sama samochodem po Nowej Zelandii?” i tak dalej, w różnych wariantach. Oczywiście, że się bałam. Pierwsze samodzielne wynajęcie samochodu było dla mnie stresującym przeżyciem. Miałam różne obawy przed pierwszą wyprawą solo do Brazylii, zwłaszcza po przeczytaniu rozmaitych mrożących krew w żyłach relacji. Nie jestem nieustraszoną obieżyświatką. Istnieją miejsca, do których nie wybiorę się na własną rękę, albo nie wybiorę się w ogóle. Ale z każdym kolejnym wyjazdem coraz bardziej przekonuję się, że wiele naszych lęków istnieje głównie w wyobraźni. Wpadki i wypadki się zdarzają. Ale mogą się także przytrafić podczas przechodzenia przez ulicę pod domem, prawda?

To nie jest blog erudycyjno-kulturalny: w naszych czasach informacje o historii, zabytkach i sławnych miejscach ChatGPT podpowie nam w kilka sekund. Są jednak rzeczy, których ani przewodniki, ani sztuczna inteligencja nie wiedzą, np. co zrobić, kiedy szosę zaanektują krowy? Do których turystycznych atrakcji nie warto wchodzić? W której sieci norweskich supermarketów znajdziemy świeże bułki?

Na te góry w tle (nazywają się Zęby Diabła), popatrzyłam z szacunkiem, ale nie próbowałam się wspinać.

Takie i inne perły mądrości znajdziecie na moim blogu. Zapraszam więc do podróży ze starszą panią — i z jej punktu widzenia.

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

To za chwilę