Ostatnie dni lipca spędziłam zabarykadowana w mieszkaniu przed sierpniowym rzymskim żarem, licząc godziny do wyjazdu do Kanady. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze przeprawa na lotnisko, ale na szczęście wylot miałam przed południem, a koło domu jest stacja lokalnego pociągu, który jedzie wprost na Fiumicino.
Wyszłam z domu o poranku rześkim krokiem, nieco wcześniej niż teoretycznie było trzeba, bo nigdy nie wiadomo, jak to będzie z transportem, zwłaszcza w wiecznym mieście. Zwłaszcza w lecie.
Pierwszy grom z lazurowego nieba spadł na stacji: wszystkie lokalne pociągi odwołane. W dzień powszedni. W porze, gdy ludzie dojeżdżają do pracy.

No cóż, to dla mnie nie pierwszyzna. Wciągnęłam walizę (zwykle jeżdżę z bagażem podręcznym, ale na trzy tygodnie w Kanadzie się złamałam) do niezbyt chłodnego, ale przynajmniej niezbyt zatłoczonego autobusu, czując, jak pierwsze strużki potu spływają mi po plecach, i pojechałam na dworzec Termini. Tam powitała mnie tablica z informacją, że najbliższy ekspres Leonardo, który zwykle odjeżdża na lotnisko co piętnaście minut, został odwołany. Kiedy wreszcie przyjechał następny skład, na peronie kłębił się tłum ludzi z pokaźną liczbą dużych i bardzo dużych walizek. Rozpoczął się szturm. Starsza pani sprytnie upchnęła się jakoś do wagonu, ale na zewnątrz wciąż jeszcze stało sporo zdesperowanych i zdenerwowanych ludzi (chyba nie muszę dodawać, że na peronach nie ma klimatyzacji). Poczułam przypływ ducha obywatelskiego i łagodnym głosem zaczęłam namawiać pasażerów, żeby posunęli się jeszcze troszkę dalej. O dziwo, zadziałało. Udało mi się nawet przekonać młodzież z jakiegoś azjatyckiego kraju, smacznie usadzoną na rozkładanych siedzeniach w korytarzu, że jeśli wstanie, zwolni się miejsce dla kilku osób. W końcu wszyscy wcisnęli się do środka. Lekcja na przyszłość: łagodna perswazja czyni cuda. Młodzian stojący przede mną zapewnił mnie nawet, że nie sprawia mu przykrości moja walizka wrzynająca się mu w plecy.

Wysiadłam z pociągu przyjemnie spocona, a humoru nie poprawiło mi przetoczenie się do odległego okienka Air Canada, bo hala odpraw z tajemniczych powodów śmierdziała jakby moczem.


Na szczęście Air Canada okazała się linią przyjazną pasażerom: walizkę oddałam bez kolejki, boarding przebiegł sprawnie, lot bez komplikacji. Wylądowaliśmy nawet chwilę przed czasem. Po 39 stopniach w Rzymie, 30 stopni w Montrealu wydało mi się przyjemnym chłodkiem.
Jednak starsza Pani musiała jeszcze dojechać do Ottawy. Bardzo zależało mi na złapaniu dalekobieżnego autobusu Orleans Express, bo potem musiałabym czekać dwie godziny na pociąg, który w dodatku kosztuje dużo więcej.
Kontrolę paszportową przeszłam w kwadrans, bo nauczyłam się już wypełniać deklarację celną z wyprzedzeniem, online, ale potem szczęście znowu mnie opuściło. Stałam przy taśmie bagażowej, która wypluwała z siebie kolejne porcje walizek… i nic. Kiedy po półgodzinnym oczekiwaniu wyjechał mój turkusowy bagaż (NIGDY nie kupuję czarnych ani granatowych walizek: unikalny kolor nieodmiennie oszczędza nerwów przy odbiorze), do odjazdu autobusu pozostało piętnaście minut.

Wyturlałam się spanikowana do hali przylotów. Przystanek Orléans Express zlokalizowałam od razu, bo znajduje się praktycznie na wprost wyjścia (bramka 27), ale gdzie kupić bilet, jeśli w ogóle będą jeszcze wolne miejsca? Rozglądałam się bezradnie za jakimś okienkiem sprzedaży lub maszyną biletową. AI twierdziła, że koło wyjścia jest biuro firmy, ale zmyślała, jak to jej nierzadko się zdarza. W końcu pani w informacji podpowiedziała mi, żebym zwróciła się do bureau de change. Bilety na autobus w kantorze? Kiedy tam podeszłam, rzeczywiście zobaczyłam maleńką tabliczkę Ici la vente de billets pour Orleans Express. Dobrotliwy starszy pan chyba nie po raz pierwszy miał do czynienia z nerwową klientką dopytującą się niezdarnie po francusku o bilet, bo zaraz przeszedł na angielski i przystąpił do systematycznego załatwiania sprawy. Najpierw sprawdził, czy są jeszcze wolne miejsca. Jest pani sama? Tak. No to jest jeszcze pojedyncze miejsce, ostatnie. Potem pan poprosił mnie o paszport, odkrył, że jestem starszą panią i oświadczył, że przysługuje mi zniżka dla seniora. Czasem miło być starszą panią.
Bilet można było nabyć tylko za gotówkę, ale obok, jak na kantor przystało, stał bankomat. Bezczelnie wydusił ze mnie 3,5% prowizji, ale było mi już wszystko jedno. Dostałam bilet. Do planowanego odjazdu pozostały 3 minuty.

Zadowolona z życia i własnej zaradności, ustawiłam się na przystanku, gdzie czekało już kilka osób. Odpędziłam od siebie narastającą tęsknotę za ustronnym przybytkiem, bo po pierwsze, w hali przylotów jest ich jak na lekarstwo, a po drugie, nie mogłam przecież ryzykować, że autobus ujedzie tymczasem w siną dal. Trudno się mówi, wiedziałam zresztą, że we wszystkich autobusach jest toaleta.
Sęk w tym, że autobus ani myślał się pojawić. Przypomniałam sobie, że na stronie przewoźnika była jakaś wzmianka o disruptions and delays. Naturalną koleją rzeczy zaczęliśmy skracać czas konwencjonalną, lecz przyjemną pogawędką (te straszne upały, nieprzyzwoite ceny w kanadyjskich restauracjach, pyszne jedzenie w Portugalii, nie, we Włoszech lepsze). Okazało się, że czekający na autobus pan w mundurze to właśnie pilot mojego samolotu. Po dziewięciu godzinach pilotowania bestii mającej w brzuchu ponad czterystu pasażerów wyglądał bardziej rześko niż starsza pani, która spędziła ten czas na fotelu, oglądając Projekt Hail Mary i podrzemując.

Autobus przyjechał dopiero po ponad dwudziestu minutach, już dość pełny. Za naszą awangardową grupką, do której należał też kanadyjski Portugalczyk z dziewięćdziesięcioletnią mamą podróżniczką, tymczasem ustawiło się jeszcze sporo innych osób.
Z pojazdu wysiadł kierowca z marsem na czole. Dość niecierpliwie popędził najpierw pana z mamą, żeby wsiadali, i ustawił się do sprawdzania kolejnych biletów. Pilot szarmancko zaproponował mi you go first – rześki, wysoki, przystojny i w dodatku szarmancki. Nic, tylko do filmu takiego.
I wtedy nastąpiła scena tyleż niespodziewana, co nieprzyjemna, bo kierowca zaczął na mnie warczeć i wysyłać mnie na koniec kolejki. Patrzyłam na niego trochę ogłupiała, podczas gdy powtarzał coraz głośniej, now you go to the end of the line and wait there. Powiedziałam, że nie rozumiem, o co mu chodzi, wobec tego zaczął warczeć po francusku. Popatrzyłam pytająco na mojego poczciwego pilota, ale on też był zagubiony. W końcu domyśliliśmy się, że z jakiegoś powodu kierowca uznał, iż usiłuję wepchnąć się na początek kolejki. Machnęłam ręką, powiedziałam pilotowi, żeby wsiadł pierwszy i jakoś to poszło.
Nie znaczy to, że miałam zamiar potulnie dać sobie wejść na głowę. W drodze do Ottawy ułożyłam grzeczne, ale stanowcze zażalenie na nieprofesjonalne zachowanie pracownika firmy i przesłałam je do centrali.
c.d.n. czyli odpowiedź na moje uprzejme zażalenie
Po kilku dniach dostałam od Orleans Express następujący mail, po który poczułam się usatysfakcjonowana, bo przecież nie zależało mi na wielkich przeprosinach.
Hello,
Thank you for sharing your feedback with us.
We are sincerely sorry for the situation you experienced. At Orléans Express, we place great importance on the quality of service provided to our customers, the safety of or passengers and road user, as well as the professionalism of our staff.
Regarding the reported behaviors, please be assured that we take these reports very seriously. An internal analysis is underway. However, we must respect the confidentiality surrounding any disciplinary measures, if applicable. We assure you that the necessary follow-ups will be conducted rigorously, in accordance with our internal procedures.
Once again, we thank you for taking the time to write to us.
Your comments are valuable and allow us to continuously improve our service.
Kind regards,
Noemy

Disruptions and delays były smutną rzeczywistością na całej trasie i w rezultacie autobus dojechał do Ottawy dopiero po 3 godzinach. Musiałam jeszcze dotrzeć do pensjonatu, ale ten ostatni etap poszedł gładko. Droga z górki, szerokie płaskie chodniki i waliza na czterech kółkach to kombinacja, która nawet zmęczonej starszej pani wydała się na tyle kusząca, że zrezygnowała z czekania na Ubera. Po piętnastu minutach stanęłam przed podniszczoną drewnianą tablicą z napisem „Auberge des Arts”. Nazwa pasuje jak ulał, bo pensjonat też jest podniszczony, ale nie w duchu przygnębiającym, tylko romantycznym.
Właściciel, kojąco obszerny pan w średnim wieku, krzątał się na podwórku z tyłu domu w uwalanej smarem bokserce, próbując naprawić dead tractor. Poprosił, żebym chwilę poczekała na werandzie, to przebierze się w coś mniej kompromitującego, po czym zniknął w sąsiednim, kompletnie zrujnowanym domku.
Odświeżony Pierre, bo tak ma na imię właściciel, okazał się idealnie dwujęzycznym dżentelmenem o nienagannych manierach, który poczęstował zmęczoną i spragnioną starszą panią sokiem pomarańczowym, wszystko jej pokazał i wyjaśnił, wykazał się pełnym zrozumieniem dla jej jet-lagu i na koniec zachęcił do obejrzenia pokazu fajerwerków na rzece. Zaznaczył mi nawet na mapce, z którego miejsca będzie najlepszy widok.

Musiałam się i tak jakoś przemęczyć do normalnej godziny na spanie, więc sztuczne ognie uznałam za świetny pomysł. Najpierw marzyłam jednak o prysznicu i przebraniu się.
Czysta i pachnąca wyszłam z łazienki. Wyjęłam z walizki sukienkę.
Zaraz.
Chwileczkę.
Gdzie są moje niewymowne??!!
Zaczęłam gorączkowo przetrząsać walizkę, potem wszystko z niej wyciągać.
Nie ma ich. Nie wzięłam. Różnych rzeczy zdarzało już mi się w podróżach zapomnieć, ale przecież nie tej, absolutnie niezbędnej części garderoby. No tak, przygotowałam je, przeliczyłam… a potem zadzwonił telefon. Widocznie odłożyłam je w drugim pokoju i potem już mi nie wpadły w oko.
Niech się schowają wszystkie poprzednie stresy i paniki! Przecież bez majtek żyć się nie da, a zrobiło się już w pół do ósmej, większość sklepów zamknięta. AI uczynnie podpowiedziała, że w pobliżu znajduje się duży supermarket Loblaws, który ma dział z bielizną. Pognałam tam.

Po drodze natknęłam się jednak na sklep Dollarama, jeszcze otwarty. To takie coś, jak w Polsce Action czy Dealz. Głównie produkty do domu, ale może będzie też bielizna? Weszłam do środka. Owszem, dział z bielizną był, ale oferował głównie rajstopy i biustonosze, sekcja majtek ziała pustką. Jakaś ostatnia para w rozmiarze, w który starsza pani by się nie wcisnęła nawet w stanie wielkiej desperacji.
Z rozwianym włosem pobiegłam dalej. Po drodze był jeszcze Drug Mart, ale tam mieli tylko podkolanówki uciskowe. Jednak po chwili z drugiej strony zauważyłam kolejną Dollaramę. Wyglądała na większą od poprzedniej. Postanowiłam dać jej szansę.
Dział z bielizną był znowu ogołocony z interesującej mnie części garderoby, ale jednak coś tam się ostało. Między innymi jedna, jedyna paczka trzech bawełnianych niewymownych wyjątkowej brzydoty, ale za to w rozmiarze XL. Mało się nie rozpłakałam ze szczęścia. (A w Loblaws nie było ani śladu bielizny, AI nabrała mnie już po raz drugi tego samego dnia).
Kiedy wróciłam do pensjonatu z zakupem starannie schowanym w plecaczku, Pierre popatrzył na mnie podejrzliwie i spytał, czy zrezygnowałam ze sztucznych ogni. Wyjaśniłam, że zaraz wybieram się na pokaz, ale musiałam najpierw kupić… wodę mineralną.
Po dziesięciu minutach byłam gotowa do wyjścia, już w kompletnym przyodziewku, a po tych wszystkich wrażeniach nie chciało mi się spać.
Pokaz zorganizowano w ramach corocznego festiwalu Les Grands Feux du Casino Lac-Leamy. Sztuczne ognie puszczane są ze specjalnej platformy na rzece. W parku przed Galerią Narodową Kanady było już mnóstwo ludzi, niektórzy z własnymi krzesełkami, ale po porannym zagęszczeniu w Leonardo Express takie skupisko ludzkie nie zrobiło już na mnie wrażenia.


Dotarłam akurat na sam początek przedstawienia i przez następne pół godziny wraz z innymi widzami wydawałam z siebie achy i ochy. Całkiem niezły chórek nam wychodził. Ale też i fajerwerki przeszły moje oczekiwania. Czego tam nie było! Klasyczne, rozpryskujące się na wszystkie strony gwiazdy. Jakieś lśniące węże, pnące się pionowo do góry oraz świetlne robaczki rozpełzające się na wszystkie strony. Zygzaki na niebie, rysujące jakby jakieś nieznane konstelacje. I coś w rodzaju złotego deszczu. A w pewnej chwili otworzyła się nad nami jakby gwiezdna kopuła. Gandalf by się lepiej nie spisał.
Wróciłam do domu z gwiazdami w oczach. Nieco zblazowany Pierre oświadczył, że on ma sztuczne ognie co roku, ale potem przyznał, że ten pokaz był rzeczywiście wyjątkowo udany.
Kładłam się do łóżka z przekonaniem, że skoro nie pokonał mnie kryzys z niewymownymi, to w Kolumbii Brytyjskiej i z niedźwiedziami sobie poradzę.
P. S. Kanada, dzień trzeci: Starsza pani wyjęła z walizki buty trekkingowe. W butach znalazła pieczołowicie upchane niewymowne. Oczywiście sama je tam włożyła, ponieważ dawno temu nauczyła się, że pakowanie bielizny do butów oszczędza miejsce.







Zostaw odpowiedź