Taszkent 2026 – socjalistyczny i surrealistyczny

W Taszkencie spędziłam trzy dni – gdybym była tam tylko turystycznie, jeden pełny dzień pewnie by wystarczył.

Rozglądając się za noclegiem, szukałam hotelu w pobliżu uniwersytetu, co nie okazało się wcale takie łatwe – to nie jest turystyczna dzielnica. Kamilov’s Hotel, na który się zdecydowałam, na Bookingu wyglądał zupełnie przyzwoicie i miał dobre opinie. Na miejscu ujawniły się pewne cechy szczególne. Przede wszystkim, szyld na fasadzie budynku informuje, że jest to klinika dentystyczna. Trzeba było  odważnie wejść do środka i dopiero tam bardzo uprzejmi młodzi chłopcy w recepcji, udający, że znają angielski, potwierdzili, że trafiłam tam, gdzie trzeba – na drugim piętrze rzeczywiście mieli pokoje gościnne. Moja koleżanka, która przyjechała następnego dnia o drugiej w nocy, wpadła w panikę i zaczęła oskarżać taksówkarza, że przywiózł ją w złe miejsce. Na szczęście rozpoznałam jej głos i zawołałam z okna, żeby szturmowała do drzwi. Możliwe, że w dzień słyszałybyśmy jęki z gabinetów zabiegowych, ale na szczęście dni spędzałyśmy poza hotelem.

Taszkent dzień pierwszy – konferencyjne splendory i złote drzwi

Kampus uniwersytecki w Taszkencie przyjemnie mnie zaskoczył: zgrabne budynki rozsiane wśród zieleni
Studentki pozujące do dyplomowej fotografii. Wiele z nich pod togą nosiło tradycyjne stroje, a zdecydowana większość ukrywała włosy pod chustką.

Mimo, iż udział w konferencji był służbową, a nie turystyczną częścią wyjazdu, okazał się jedną z największych atrakcji pobytu w Taszkencie. Po przyjeździe, pomimo zmęczenia po nocnym locie, natychmiast karnie popędziłam na obrady, po drodze patrząc z uznaniem na ładnie położony w zielonym otoczeniu kampus. Uderzyła mnie duża liczba studentek w tradycyjnych strojach i w chustach na głowie – wyobrażałam sobie, że była republika sowiecka będzie bardziej zlaicyzowana.

Na miejscu czekały już przejęte studentki, które wręczyły mi torbę z materiałami konferencyjnymi oraz luksusowym zestawem podarunków z uniwersytetu (to bardzo częste na imprezach w krajach, gdzie konferencje wciąż są wydarzeniem odświętnym). Zostałam usadzona przy błyszczącym stole, przy moim miejscu stała tabliczka z moim nazwiskiem. Poczułam się jak na posiedzeniu Rady Ministrów.

Centrum Cywilizacji Islamu wygląda kubek w kubek jak średniowieczne pałace, ale budowę skończono dopiero w 2026 roku

Po południu, żebyśmy się zanadto nie przemęczyli naukowo, mieliśmy zorganizowaną wizytę w dopiero co otwartym Centrum Cywilizacji Islamskiej, do którego uczynni uzbeccy koledzy zawieźli nas własnymi samochodami. Centrum wygląda jak pałac Tamerlana i prowadzą do niego drzwi z prawdziwego (!) złota. Kontrola bezpieczeństwa przy wejściu sprawia wrażenie, jak gdyby wpuszczano zwiedzających co najmniej do Pentagonu. Wnętrza są olbrzymie, ozdobione mozaikami, które, zupełnie wbrew islamskim zasadom, przedstawiają słynnych islamskich mędrców, filozofów i uczonych. Mimo nazwy, muzeum bardziej skupia się na celebrowaniu historii Uzbekistanu niż na ekspozycji religijnej. Przewodniczka przeganiała nas przez sale, informując w miarę zrozumiałym angielskim „to jest to, z takiego a takiego wieku, a to jest to, z takiego a takiego wieku”, ale starsza pani była już bardzo, ale to bardzo zmęczona i głównie interesowała się znajdowaniem ławeczek, żeby sobie przysiąść.

Być może właśnie z powodu zmęczenia nie oceniam tego miejsca obiektywnie, ale nie jestem pewna, czy warto wydawać 25 dolarów na oglądanie kiczowatych wnętrz, makiet, projekcji wideo po uzbecku, nielicznych eksponatów w gablotach i licznych wydań Koranu (tak, niektóre są stare i cenne).

Po zwiedzaniu przybytku, większość uczestników udała się na uroczystą kolację, ale ja byłam już ugotowaną gruszką (po włosku pera cotta, kiedy ktoś pada na nos) i postanowiłam wrócić do hotelu. Pozostał drobiazg – złapanie taksówki (w pobliżu nie ma metra), co bez działającej aplikacji Yandexa jest prawie niemożliwe. Doczłapałam jakoś (to nieszczęsne Centrum znajduje się na olbrzymim placu) do ulicy ze sklepami i tam, w pierwszym napotkanym warzywniaku, poprosiłam, trochę na migi, sympatycznego właściciela, żeby zamówił mi taksówkę. Uff! W pierwszy dzień nie mogłam narzekać na brak wrażeń.

Taszkent dzień drugi – integrujemy się i zwiedzamy miasto

Metro w Taszkencie dostarcza wrażeń estetycznych, a w dodatku zawsze ktoś ustąpi miejsce

Następnego dnia okazało się, że nie byłam jedyną uczestniczką konferencji, która wybrała sobie klinikę dentystyczną na bazę noclegową (opanowaliśmy właściwie całe drugie piętro): był tam jeszcze Amerykanin, Meksykanin i Chinka z Hong-Kongu, co stało się okazją do nawiązania pozasłużbowych relacji towarzyskich. Późnym popołudniem wybrałyśmy się z koleżanką i naszym nowym znajomym Drorem na wyprawę metrem na bazar Chorsu i do centrum miasta. Metro w Taszkencie jest samo w sobie atrakcją turystyczną, trochę jak metro w Moskwie. Ponadto w tej chwili można już płacić dotykowo kartą kredytową przy przechodzeniu przez bramkę, więc odpada stres związany z kupowaniem biletów w maszynie sprzedającej. Przy okazji odkryliśmy, dlaczego w Taszkencie przyjemnie jest być starszą osobą: mimo iż wagony były dość zapchane, na nasz widok osoby siedzące natychmiast zerwały się na równe nogi, żeby ustąpić nam miejsca. I tak już było przy wszystkich przejazdach.

Zwiedzanie pawilonu mięsnego na bazarze Chorsu to atrakcja dla ludzi spragnionych mocnych wrażeń
Standardowa cena za skorzystanie z toalety publicznej to 3000 sumów (ok. 90 groszy). Trzeba koniecznie pamiętać, żeby nie wrzucać do klozetu papieru toaletowego! (To dotyczy także hoteli)

Bazar Chorsu około 18 zaczyna się już powoli zamykać, ale było jeszcze wystarczająco dużo otwartych stoisk, żeby poczuć jego atmosferę, kupić jakieś ciepłe przekąski, a przede wszystkim dokonać pierwszych zakupów (nasz amerykański przyjaciel wymaszerował z bazaru z sześcioma haftowanymi kaftanami i hurtową liczbą jedwabnych szali). Już zupełnie wieczorem dotarliśmy na plac Amura Timura z konnym pomnikiem Tamerlana i widokiem na gigantyczny kultowy hotel Uzbekistan. Odblaskowe zielonkawe oświetlenie placu wieczorem sprawia, że robi on wrażenie snu pijanego surrealisty.

Dla lokalnych turystów, na placu Timura Amira większą atrakcją niż pomnik Tamerlana były zagraniczne starsze panie

Zakończyliśmy wieczór spacerem po deptaku Sajilgokh (popatrzyłam tęsknie na liczne stoły pingpongowe, wciąż jeszcze zajęte) i przeszliśmy obok pamiątki po carskiej Rosji, pałacu księcia Romanowa (z 1891 roku). Książę, wnuk cara Mikołaja I, został wygnany do Taszkentu za wydłubanie diamentów z ikonostasu, ale to już inna historia. Secesyjny pałacyk prezentuje się uroczo, szkoda tylko, że budowla popada w ruinę.

Taszkent dzień trzeci – konferencyjne qui pro quo

To był już ostatni dzień konferencji, która zgodnie z programem miała się zakończyć równo w południe. Ponieważ ta część odbywała się w siedzibie innego uniwersytetu, nasza zaprzyjaźniona już dentystyczna gromada udała się tam wspólnie taksówką. Po wysadzeniu nas we wskazanym w programie adresie, znaleźliśmy się jednak przed wejściem do miejskiego szpitala. Odźwierni przy wejściu popatrzyli na nas ze zdumieniem i na pytania o uniwersytet potrząsali tylko głowami.

Uniwersytet jest. Konferencja jest. Tylko tytuł jakiś inny…

W tej podbramkowej sytuacji starsza pani ruszyła głową i doszła do wniosku, że należy skręcić w boczną uliczkę i dojść do rzeczki. Na koniec tej pieszej wycieczki ujrzeliśmy rzeczywiście wysoki budynek, który mógł być uniwersytetem, a na fasadzie baner, z informacją o konferencji. Tylko, że tytuł się nie zgadzał… Zanim zwątpiliśmy w siebie, z budynku wyfrunęły  entuzjastyczne studentki, które zaprosiły nas do zarejestrowania się na obrady. Dostaliśmy nowe torby konferencyjne, nowe plakietki z nazwiskami i nowy program, wypełniony aż do wieczora referatami na dziwne tematy. Ponieważ program dopiero co wyszedł z drukarni, wszyscy pobrudziliśmy sobie ręce na czarno.

Zmywanie z rąk czarnej farby drukarskiej okazało się żmudne i czasochłonne

Było bardzo dużo przemówień powitalnych po uzbecku, potem ostatnie wystąpienia zgodne z programem naszej konferencji. Następni prelegenci (głównie online) mówili już o zupełnie innych rzeczach. Po wysłuchaniu długiego referatu o Robinsonie Crusoe postanowiliśmy się urwać, co wcale nie było proste, bo organizatorzy biegli za nami i szarpali nas za rękaw, kusząc czekającym lunchem i błagając, żebyśmy zaszli chociaż do biblioteki. Wymotanie się z pułapki zajęło nam prawie godzinę.

„Zobaczcie chociaż bibliotekę” – wydostanie się z konferencji nie było łatwe

Po takich emocjach musieliśmy coś zjeść i udaliśmy się razem do kultowej restauracji podającej pilaw, Besh Qozon, koło wieży telewizyjnej. Obejrzenie z bliska procesu przygotowywania potrawy w płaskich, żeliwnych kotłach jest ciekawym doświadczeniem, ale sam pilaw był moim zdaniem taki sobie (tak to już bywa z kultowymi i zatłoczonymi miejscami).

Obserwowanie, jak się przygotowuje pilaw w otwartej kuchni słynnej knajpy Besh Qozon to 80% przyjemności z odwiedzenia tego miejsca. Konsumpcja jest mniej atrakcyjnym punktem programu.
Na „kosmicznej” stacji metra ucieszyło mnie odkrycie wśród pionierów przestworzy wizerunku naszego (prawie) rodaka, Konstantego Ciołkowskiego
Nowiutka historyczna ulica Zarqaynar

Popołudnie spędziłyśmy jeżdżąc wygodnie (zawsze na siedząco) po co bardziej malowniczych stacjach metra i wychodząc od czasu do czasu na powierzchnię. Zwiedziłyśmy Madrasę Kukeldash, dla mnie chyba najciekawsze miejsce zobaczone w Taszkencie, bo można było dyskretnie zajrzeć do klas, gdzie trwały zajęcia nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet, pilnie piszących coś w zeszytach – nauczycielami byli jednak tylko mężczyźni. Przeszłyśmy się także po „historycznej” części Taszkentu. To jedno z nielicznych miejsc, w których zachowało się wspomnienie historycznego miasta i jest rzeczywiście malownicze, choć odnowione z takim zapałem, że przypomina dekorację do amerykańskiego filmu.

Katastrofalne trzęsienie ziemi w 1966 roku praktycznie zrównało Taszkent z ziemią – zniszczeniu uległo ok. 80% historycznej zabudowy

Stamtąd blisko już było na plac Hazrati Imam, gdzie znajdują się najważniejsze zabytki religijne Taszkentu. Odżałowałyśmy ok. 5 dolarów na bilet do Medresy Muyi Muborak, gdzie znajduje się bezcenny Koran z VII wieku, spisany na jeleniej skórze. Medresa jest ładna, ale eksponat w gablocie wyglądał raczej jak przyzwoita kopia niż liczący sobie ponad tysiąc lat rękopis. Zaczęłam podpytywać strażnika pilnującego przybytku i dowiedziałam się, że „autentyczna jest baza”. O ile dobrze zrozumiałam, oryginał jest zbyt delikatny, aby wystawiać go na widok.

Uniwersytetów w Taszkencie jest w bród…

Potem starsze panie dwie uznały, że wykonały plan zwiedzania na 110% i wróciły do hotelu/kliniki odpocząć. Ja musiałam jeszcze wydębić z recepcji fakturę, co okazało się zadaniem trudniejszym niż wyrywanie zęba. Aby uczcić zwycięstwo, pojechałyśmy na kolację do Magic City. To taki uzbecki Disneyland w miniaturze: uliczki w różnych stylach architektonicznych, bajkowy zamek, zipline nad jeziorem, łódki i gondole, pałac strachów itd. Wszystko oświetlone rzęsiście i neonowo. No i oczywiście mnóstwo restauracji, ale jedzenie najgorsze ze wszystkiego co jadłam w Uzbekistanie – jak to zwykle w takich centrach rozrywki.

Uliczki prawie paryskie, ale knajpki w Magic City paryskim nie dorównują

Następnego dnia o świcie jechałyśmy już na dworzec kolejowy, aby ruszyć do Samarkandy. Do Taszkentu wróciłyśmy jeszcze ostatniego wieczoru przed wylotem, ale wtedy nie oglądałyśmy już miasta, tylko imponujący i anonimowy hotel koło lotniska. Na szczęście w pobliżu znalazłyśmy uliczną szaszłykarnię, co pozwoliło nam zakończyć wyprawę w stylu uzbeckim, a nie hotelowym, zwłaszcza, że ze wszystkich kulinarnych przysmaków właśnie szaszłyki najchlubniej zapisały się w mojej pamięci.

Do tej pani na bazarze Chorsu ustawiła się długa kolejka, ale opory higieniczne starszej pani wygrały walkę z pokusą degustacji.

O kolejnych etapach podróży po Uzbekistanie piszę w osobnych postach:

Samarkanda między Pruszyńskim a szaszłykiem

Buchara – perska lekcja dla starszej pani

Z Buchary do Chiwy przez pustynię Kyzył-kum

Chiwa – zupełnie inna bajka

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

To za chwilę

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej