W Taszkencie spędziłam trzy dni – gdybym była tam tylko turystycznie, jeden pełny dzień pewnie by wystarczył.
Rozglądając się za noclegiem, szukałam hotelu w pobliżu uniwersytetu, co nie okazało się wcale takie łatwe – to nie jest turystyczna dzielnica. Kamilov’s Hotel, na który się zdecydowałam, na Bookingu wyglądał zupełnie przyzwoicie i miał dobre opinie. Na miejscu ujawniły się pewne cechy szczególne. Przede wszystkim, szyld na fasadzie budynku informuje, że jest to klinika dentystyczna. Trzeba było odważnie wejść do środka i dopiero tam bardzo uprzejmi młodzi chłopcy w recepcji, udający, że znają angielski, potwierdzili, że trafiłam tam, gdzie trzeba – na drugim piętrze rzeczywiście mieli pokoje gościnne. Moja koleżanka, która przyjechała następnego dnia o drugiej w nocy, wpadła w panikę i zaczęła oskarżać taksówkarza, że przywiózł ją w złe miejsce. Na szczęście rozpoznałam jej głos i zawołałam z okna, żeby szturmowała do drzwi. Możliwe, że w dzień słyszałybyśmy jęki z gabinetów zabiegowych, ale na szczęście dni spędzałyśmy poza hotelem.
Taszkent dzień pierwszy – konferencyjne splendory i złote drzwi




Mimo, iż udział w konferencji był służbową, a nie turystyczną częścią wyjazdu, okazał się jedną z największych atrakcji pobytu w Taszkencie. Po przyjeździe, pomimo zmęczenia po nocnym locie, natychmiast karnie popędziłam na obrady, po drodze patrząc z uznaniem na ładnie położony w zielonym otoczeniu kampus. Uderzyła mnie duża liczba studentek w tradycyjnych strojach i w chustach na głowie – wyobrażałam sobie, że była republika sowiecka będzie bardziej zlaicyzowana.
Na miejscu czekały już przejęte studentki, które wręczyły mi torbę z materiałami konferencyjnymi oraz luksusowym zestawem podarunków z uniwersytetu (to bardzo częste na imprezach w krajach, gdzie konferencje wciąż są wydarzeniem odświętnym). Zostałam usadzona przy błyszczącym stole, przy moim miejscu stała tabliczka z moim nazwiskiem. Poczułam się jak na posiedzeniu Rady Ministrów.

Po południu, żebyśmy się zanadto nie przemęczyli naukowo, mieliśmy zorganizowaną wizytę w dopiero co otwartym Centrum Cywilizacji Islamskiej, do którego uczynni uzbeccy koledzy zawieźli nas własnymi samochodami. Centrum wygląda jak pałac Tamerlana i prowadzą do niego drzwi z prawdziwego (!) złota. Kontrola bezpieczeństwa przy wejściu sprawia wrażenie, jak gdyby wpuszczano zwiedzających co najmniej do Pentagonu. Wnętrza są olbrzymie, ozdobione mozaikami, które, zupełnie wbrew islamskim zasadom, przedstawiają słynnych islamskich mędrców, filozofów i uczonych. Mimo nazwy, muzeum bardziej skupia się na celebrowaniu historii Uzbekistanu niż na ekspozycji religijnej. Przewodniczka przeganiała nas przez sale, informując w miarę zrozumiałym angielskim „to jest to, z takiego a takiego wieku, a to jest to, z takiego a takiego wieku”, ale starsza pani była już bardzo, ale to bardzo zmęczona i głównie interesowała się znajdowaniem ławeczek, żeby sobie przysiąść.


Być może właśnie z powodu zmęczenia nie oceniam tego miejsca obiektywnie, ale nie jestem pewna, czy warto wydawać 25 dolarów na oglądanie kiczowatych wnętrz, makiet, projekcji wideo po uzbecku, nielicznych eksponatów w gablotach i licznych wydań Koranu (tak, niektóre są stare i cenne).
Po zwiedzaniu przybytku, większość uczestników udała się na uroczystą kolację, ale ja byłam już ugotowaną gruszką (po włosku pera cotta, kiedy ktoś pada na nos) i postanowiłam wrócić do hotelu. Pozostał drobiazg – złapanie taksówki (w pobliżu nie ma metra), co bez działającej aplikacji Yandexa jest prawie niemożliwe. Doczłapałam jakoś (to nieszczęsne Centrum znajduje się na olbrzymim placu) do ulicy ze sklepami i tam, w pierwszym napotkanym warzywniaku, poprosiłam, trochę na migi, sympatycznego właściciela, żeby zamówił mi taksówkę. Uff! W pierwszy dzień nie mogłam narzekać na brak wrażeń.
Taszkent dzień drugi – integrujemy się i zwiedzamy miasto

Następnego dnia okazało się, że nie byłam jedyną uczestniczką konferencji, która wybrała sobie klinikę dentystyczną na bazę noclegową (opanowaliśmy właściwie całe drugie piętro): był tam jeszcze Amerykanin, Meksykanin i Chinka z Hong-Kongu, co stało się okazją do nawiązania pozasłużbowych relacji towarzyskich. Późnym popołudniem wybrałyśmy się z koleżanką i naszym nowym znajomym Drorem na wyprawę metrem na bazar Chorsu i do centrum miasta. Metro w Taszkencie jest samo w sobie atrakcją turystyczną, trochę jak metro w Moskwie. Ponadto w tej chwili można już płacić dotykowo kartą kredytową przy przechodzeniu przez bramkę, więc odpada stres związany z kupowaniem biletów w maszynie sprzedającej. Przy okazji odkryliśmy, dlaczego w Taszkencie przyjemnie jest być starszą osobą: mimo iż wagony były dość zapchane, na nasz widok osoby siedzące natychmiast zerwały się na równe nogi, żeby ustąpić nam miejsca. I tak już było przy wszystkich przejazdach.


Bazar Chorsu około 18 zaczyna się już powoli zamykać, ale było jeszcze wystarczająco dużo otwartych stoisk, żeby poczuć jego atmosferę, kupić jakieś ciepłe przekąski, a przede wszystkim dokonać pierwszych zakupów (nasz amerykański przyjaciel wymaszerował z bazaru z sześcioma haftowanymi kaftanami i hurtową liczbą jedwabnych szali). Już zupełnie wieczorem dotarliśmy na plac Amura Timura z konnym pomnikiem Tamerlana i widokiem na gigantyczny kultowy hotel Uzbekistan. Odblaskowe zielonkawe oświetlenie placu wieczorem sprawia, że robi on wrażenie snu pijanego surrealisty.

Zakończyliśmy wieczór spacerem po deptaku Sajilgokh (popatrzyłam tęsknie na liczne stoły pingpongowe, wciąż jeszcze zajęte) i przeszliśmy obok pamiątki po carskiej Rosji, pałacu księcia Romanowa (z 1891 roku). Książę, wnuk cara Mikołaja I, został wygnany do Taszkentu za wydłubanie diamentów z ikonostasu, ale to już inna historia. Secesyjny pałacyk prezentuje się uroczo, szkoda tylko, że budowla popada w ruinę.
Taszkent dzień trzeci – konferencyjne qui pro quo
To był już ostatni dzień konferencji, która zgodnie z programem miała się zakończyć równo w południe. Ponieważ ta część odbywała się w siedzibie innego uniwersytetu, nasza zaprzyjaźniona już dentystyczna gromada udała się tam wspólnie taksówką. Po wysadzeniu nas we wskazanym w programie adresie, znaleźliśmy się jednak przed wejściem do miejskiego szpitala. Odźwierni przy wejściu popatrzyli na nas ze zdumieniem i na pytania o uniwersytet potrząsali tylko głowami.

W tej podbramkowej sytuacji starsza pani ruszyła głową i doszła do wniosku, że należy skręcić w boczną uliczkę i dojść do rzeczki. Na koniec tej pieszej wycieczki ujrzeliśmy rzeczywiście wysoki budynek, który mógł być uniwersytetem, a na fasadzie baner, z informacją o konferencji. Tylko, że tytuł się nie zgadzał… Zanim zwątpiliśmy w siebie, z budynku wyfrunęły entuzjastyczne studentki, które zaprosiły nas do zarejestrowania się na obrady. Dostaliśmy nowe torby konferencyjne, nowe plakietki z nazwiskami i nowy program, wypełniony aż do wieczora referatami na dziwne tematy. Ponieważ program dopiero co wyszedł z drukarni, wszyscy pobrudziliśmy sobie ręce na czarno.

Było bardzo dużo przemówień powitalnych po uzbecku, potem ostatnie wystąpienia zgodne z programem naszej konferencji. Następni prelegenci (głównie online) mówili już o zupełnie innych rzeczach. Po wysłuchaniu długiego referatu o Robinsonie Crusoe postanowiliśmy się urwać, co wcale nie było proste, bo organizatorzy biegli za nami i szarpali nas za rękaw, kusząc czekającym lunchem i błagając, żebyśmy zaszli chociaż do biblioteki. Wymotanie się z pułapki zajęło nam prawie godzinę.

Po takich emocjach musieliśmy coś zjeść i udaliśmy się razem do kultowej restauracji podającej pilaw, Besh Qozon, koło wieży telewizyjnej. Obejrzenie z bliska procesu przygotowywania potrawy w płaskich, żeliwnych kotłach jest ciekawym doświadczeniem, ale sam pilaw był moim zdaniem taki sobie (tak to już bywa z kultowymi i zatłoczonymi miejscami).



Popołudnie spędziłyśmy jeżdżąc wygodnie (zawsze na siedząco) po co bardziej malowniczych stacjach metra i wychodząc od czasu do czasu na powierzchnię. Zwiedziłyśmy Madrasę Kukeldash, dla mnie chyba najciekawsze miejsce zobaczone w Taszkencie, bo można było dyskretnie zajrzeć do klas, gdzie trwały zajęcia nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet, pilnie piszących coś w zeszytach – nauczycielami byli jednak tylko mężczyźni. Przeszłyśmy się także po „historycznej” części Taszkentu. To jedno z nielicznych miejsc, w których zachowało się wspomnienie historycznego miasta i jest rzeczywiście malownicze, choć odnowione z takim zapałem, że przypomina dekorację do amerykańskiego filmu.

Stamtąd blisko już było na plac Hazrati Imam, gdzie znajdują się najważniejsze zabytki religijne Taszkentu. Odżałowałyśmy ok. 5 dolarów na bilet do Medresy Muyi Muborak, gdzie znajduje się bezcenny Koran z VII wieku, spisany na jeleniej skórze. Medresa jest ładna, ale eksponat w gablocie wyglądał raczej jak przyzwoita kopia niż liczący sobie ponad tysiąc lat rękopis. Zaczęłam podpytywać strażnika pilnującego przybytku i dowiedziałam się, że „autentyczna jest baza”. O ile dobrze zrozumiałam, oryginał jest zbyt delikatny, aby wystawiać go na widok.

Potem starsze panie dwie uznały, że wykonały plan zwiedzania na 110% i wróciły do hotelu/kliniki odpocząć. Ja musiałam jeszcze wydębić z recepcji fakturę, co okazało się zadaniem trudniejszym niż wyrywanie zęba. Aby uczcić zwycięstwo, pojechałyśmy na kolację do Magic City. To taki uzbecki Disneyland w miniaturze: uliczki w różnych stylach architektonicznych, bajkowy zamek, zipline nad jeziorem, łódki i gondole, pałac strachów itd. Wszystko oświetlone rzęsiście i neonowo. No i oczywiście mnóstwo restauracji, ale jedzenie najgorsze ze wszystkiego co jadłam w Uzbekistanie – jak to zwykle w takich centrach rozrywki.

Następnego dnia o świcie jechałyśmy już na dworzec kolejowy, aby ruszyć do Samarkandy. Do Taszkentu wróciłyśmy jeszcze ostatniego wieczoru przed wylotem, ale wtedy nie oglądałyśmy już miasta, tylko imponujący i anonimowy hotel koło lotniska. Na szczęście w pobliżu znalazłyśmy uliczną szaszłykarnię, co pozwoliło nam zakończyć wyprawę w stylu uzbeckim, a nie hotelowym, zwłaszcza, że ze wszystkich kulinarnych przysmaków właśnie szaszłyki najchlubniej zapisały się w mojej pamięci.

O kolejnych etapach podróży po Uzbekistanie piszę w osobnych postach:
Samarkanda między Pruszyńskim a szaszłykiem
Buchara – perska lekcja dla starszej pani







Zostaw odpowiedź