JAK DOTRZEĆ DO CHIWY

Kiedy planowałam trasę podróży po Uzbekistanie, od razu założyłam, że z Buchary do Chiwy pojedziemy samochodem, a nie pociągiem. Bo co to za przyjemność oglądać pustynię tylko przez okno? Ze szkolnych lekcji geografii pamiętałam magicznie brzmiące wtedy dla mnie nazwy Kyzył-kum, Kara-Kum, Amu-daria, Syr-daria i chciałam mieć poczucie, że naprawdę dotarłam do krainy marzeń z młodości

Sprawdziłam, jak zawsze, jak wyglądają oferty na TripAdvisor  i GetYourGuide, żeby zorientować się, czy takie oferty istnieją i jakie są w przybliżeniu ceny. Staram się korzystać z tych portali jak najrzadziej, bo ceny na ogół są trochę (albo bardzo) zawyżone a recenzjom nie można do końca ufać.

Usługi kupowane na oficjalnych portalach to zawsze trochę ruletka, a ceny są z reguły wyższe niż ta sama atrakcja wykupiona na miejscu

Ponieważ po odwiedzinach w takich krajach jak Jordania czy Maroko, wiem już, jak organizuje się w nich sprawy, rezerwując nocleg, napisałam od razu z pytaniem do właściciela, czy może nam także zorganizować transport do Chiwy.

Odpowiedział, że chętnie zawiezie nas nawet sam, a proponowana kwota 90 dolarów za nas obie była niższa niż na stronach internetowych, więc nawet się nie targowałam. Nie udało mi się wyjaśnić w wymienianych wiadomościach, że chciałabym także zwiedzić po drodze chorezmijskie twierdze: to trzeba było doprecyzować (i dotargować) w bezpośredniej rozmowie.

Okazało się, że nasz Rustam nigdy nie był w twierdzach i nawet nie rozumiał, o co nam chodzi, musiałyśmy mu je pokazać na Google Mapsach, podkreślając, że oczywiście zapłacimy więcej, niż było początkowo ustalone.

Rustam zachował się bardzo w porządku, zadzwonił do kilku znajomych, żeby wypytać o stawki takiej opcji i ostatecznie zaproponował 140 dolarów – mniej, niż zapłaciłybyśmy w agencji podróży. Gdyby to ode mnie zależało, wyruszyłybyśmy o 7.00 lub najpóźniej o 8.00, ale znowu zderzyłyśmy się z inną wizją czasu, więc ostatecznie stanęło na 10.00.

Następnego ranka jadłyśmy bez pośpiechu śniadanie, kiedy przyszedł Rustam zapytać, czy może zabrać ze sobą swoją najstarszą córkę, Aminę, bo jeszcze nigdy nie była w Chiwie. Jak było do przewidzenia, nie miałyśmy żadnych obiekcji.

Zanim ruszyliśmy w drogę, trzeba było zatrzymać się na pogrzeb. Elegancki strój, jak widać, nie był wymagany, ale wielu starszych mężczyzn założyło tradycyjne haftowane czapki doppi

Wyruszyliśmy, o dziwo, punktualnie, równo o dziesiątej, ale nie zajechaliśmy daleko, bo dwie uliczki dalej Rustam napomknął, że bardzo chciałby skoczyć na pogrzeb sąsiadki, tylko na dziesięć minut. Trudno omówić człowiekowi spełnienia duchowej posługi, więc zaparkowaliśmy pod budynkiem, który nie wyglądał jak meczet, raczej jak lokalne miejsce modlitwy albo dom pogrzebowy.  Trochę się obawiałam, że to dziesięć minut okaże się umowne, ale rzeczywiście już po kwadransie z budynku wyłonił się tłum mężczyzn, którzy towarzyszyli niesionej na ramionach trumnie. Rustam wrócił do nas i ruszyliśmy. Wyjaśnił, że chociaż on sam mieszka już gdzie indziej, pochodzi z tej dzielnicy, ożenił się z dziewczyną z sąsiedniego zaułka i w ogóle wszyscy się tu znają i są ze sobą zżyci (faktycznie, można było odnieść wrażenie, że na pogrzeb ściągnęła cała męska populacja z okolic). Spytałam, dlaczego byli tu tylko mężczyźni, ale tu już Rustam nie umiał mi powiedzieć nic poza tym, że men go, women stay at home, chociaż zmarła właśnie kobieta.

Dom Rustama jest nowy, ale wybudowany zgodnie z tradycyjną strukturą

Kiedy dotarliśmy na przedmieścia Buchary, konieczny okazał się kolejny przystanek, bo Rustam chciał nam pokazać dom, który sobie wybudował. Metraż najwyraźniej nie jest problemem, bo wybudowana na tradycyjnym planie  (czworokąt z bramą wjazdową, wewnętrznym dziedzińcem i wychodzącymi na niego oknami) willa miała na pewno ze trzysta metrów kwadratowych. Co prawda, na zamieszkane wyglądało tylko jedno skrzydło domostwa. Po ganku spacerował dość natrętny paw, a na tylnym podwórku-graciarni pasły się dwie kozy.

Rustam kusił nas herbatką, ale tu już grzecznie odmówiłam, bo zrobiła się jedenasta, a przed nami było ponad czterysta kilometrów drogi i zwiedzanie twierdz

NA PUSTYNI KYZYŁ-KUM

Na szczęście, kiedy już wyjechaliśmy z terenów zabudowanych, otworzyła się przed nami szeroka, pusta i dobrze utrzymana droga A380, na której Rustam rozpędził się do niedozwolonej (chyba) prędkości. Ponieważ już się trochę przyzwyczaiłyśmy do stylu jazdy w Uzbekistanie, nawet nie próbowałyśmy szukać pasów bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu, chociaż trochę martwiłam się o siedzącą z przodu, także bez pasów, trzynastoletnią Aminę.

Pierwsze spojrzenie na pustynię Kyzył-kum nie dostarcza wielkich wrażeń. Z pewnością nie jest także czerwona, wbrew nazwie.

Martwiłam się także o problem toalety, bo całymi kilometrami przy szosie nie widać było żadnych parkingów, o stacjach benzynowych i barach nie mówiąc. Nawet gdybyśmy się zatrzymali na poboczu, na pustyni nie ma krzaczków, za którymi się schować. Zresztą pierwsze zetknięcie z Kizył-kum było dość rozczarowujące: płaska, szara równina porośnięta szarym zielskiem (Rustam wyjaśnił, że w poprzednim miesiącu spadły nietypowo obfite deszcze i stąd to zielsko.)

Na pustynię Kyzył-kum alfabet łaciński nie dotarł, za to stawka za użytkowanie toalety taka sama jak w Taszkencie czy Samarkandzie

Za to w samochodzie zapanowała już atmosfera rodzinnej wycieczki. Amina poczęstowała nas kanapkami zrobionymi przez mamę, my wyciągnęłyśmy nadziewane figi nabyte na bazarze i herbatniki przywiezione przez koleżankę jeszcze z Polski. Jedzenie łączy narody!

TADŻYCY W UZBEKISTANIE (OKIEM TADŻYKA)

Uznałam, że to świetna chwila, żeby podpytać Rustama o kwestie kulturowo-językowe, które zaprzątały mnie, odkąd powiedział nam poprzedniego wieczoru, że jest Tadżykiem. Odpowiadał bardzo chętnie, jedyną barierą był jego niedoskonały angielski.

Powiedział mi, że cała dzielnica, w której mieszkałyśmy, jest tadżycka i na co dzień wszyscy mówią po tadżycku, czyli w lokalnej odmianie perskiego (Rustam nazwał go odmianą farsi). W ogóle w Bucharze większość mieszkańców posługuje się właśnie tadżyckim, a nie uzbeckim (my się nie zorientowałyśmy, no bo jak?). A uzbecki? W szkole i w urzędach. Spytałam, czy nie ma szkół z językiem tadżyckim, ale Rustam powiedział, że jest ich coraz mniej i nie bardzo opłaca się wysyłać do nich dzieci. Po pierwsze, brakuje wykwalifikowanych nauczycieli. Nie ma też podręczników do niektórych przedmiotów. Z Tadżykistanu nie wolno ich sprowadzać. Dlatego Amina chodzi do szkoły uzbeckiej, w której uczy się też rosyjskiego, w domu mówi po tadżycku, a tata wysyła ją dodatkowo na prywatne kursy angielskiego.

Rustam przyznał też, że w dokumentach on i jego rodzina deklarują narodowość uzbecką. Ujął to tak: nie chodzi o otwarte prześladowania, raczej o to, że po co utrudniać sobie życie.  I tak nie marzy im się przyłączenie Buchary czy Samarkandy do Tadżykistanu, bo wcześniej była tam wojna, a w ogóle w Uzbekistanie panuje lepsza sytuacja ekonomiczna. Szkoda tylko, że tak trudno jest wyjeżdżać do Tadżykistanu, żeby odwiedzać dalszą rodzinę.

Tak mnie zainteresowały te językowo-tożsamościowe dylematy, że potem sama poczytałam sobie o nich więcej. O tym, czego się dowiedziałam piszę tutaj: O alfabetach, szkołach i książkach w Uzbekistanie

Próbowałam podpytać Aminę, czy chciałaby w przyszłości pójść na uniwersytet, ale dziewczynka była bardzo nieśmiała. W końcu to tata oświadczył, że to się jeszcze zobaczy i w każdym razie musiałaby wyjechać do Taszkentu, bo tylko tam uczelnie są na dobrym poziomie.

Na wszelki wypadek podarowałam Aminie gadżety, które otrzymaliśmy podczas konferencji w Taszkencie. Może ją zainspirują? Wyglądała na ucieszoną z prezentu.

INFRASTRUKTURA NA A380: NIE LICZCIE NA CUDA

Po wielu kilometrach przy szosie nareszcie zamajaczył jakiś baraczek. Obie starsze panie pospiesznie wyraziły chęć zatrzymania się i udania do ustronnego przybytku. Przy okazji wypiliśmy obowiązkową herbatę.

Rustam sprawdza, czy jest gaz, a ja pozuję na tle ambitnej architektury stacji paliw na pustyni Kyzył-kum. Druga starsza pani też się skusiła na fotkę i wyszła na niej zdecydowanie lepiej!

Po następnych kilkudziesięciu kilometrach pojawił się problem ze znalezieniem stacji paliw. Rustam jechał samochodem na gaz ziemny, co w Uzbekistanie jest raczej normą niż wyjątkiem i prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego taksówkarzom opłaca się brać trzydziestokilometrowe kursy za sześć dolarów. Tyle tylko, że A380 nie obfituje w punkty tankowania. W końcu dotarliśmy na wysokość stacji: niestety, okazało się, że znajduje się po drugiej stronie szosy. Wykonaliśmy więc efektowny manewr cofnięcia się pół kilometra na biegu wstecznym po autostradzie. To znaczy Rustam wykonał, a my siedziałyśmy na tylnym siedzeniu z duszą na ramieniu. Trzeba było dotrzeć do wyrwy w murku między pasami ruchu. Dobrze, że ruch był mały.

Stacja wyglądała nieco nowocześniej niż wcześniejsza knajpka-baraczek, były przy niej nawet dwa bary, więc starszej pani zamarzyła się kawa, którą chciała też postawić kierowcy, żeby nie zasnął za kierownicą: ostatecznie mieliśmy do pokonania następne dwieście kilometrów z hakiem.

Pomaszerowaliśmy do pierwszego, nowocześnie wyglądającego baru, gdzie pan popatrzył na nas ze smutkiem i powiedział, że maszynka do kawy się zepsuła. W drugim barze sprzedawca pokiwał entuzjastycznie głową i wyciągnął spod lady saszetkę z rozpuszczalnym cappuccino. Zrezygnowaliśmy.

Amu-daria nie wygląda jakoś specjalnie baśniowo, ale i tak byliśmy w szampańskich nastrojach

Kizył-kum po prawej stronie wciąż wyglądała jak monotonna szara równina, ale po lewej pojawiło się coś nowego: woda i zieleń, a w oddali inna równina – to już był Turkmenistan i pustynia Kara-kum (nie, wcale nie była czarna, przynajmniej nie w tym miejscu i nie z tej odległości).

Wreszcie dotarliśmy do mostu na szerokiej rzece, pierwszego prawdziwego turystycznego punktu na naszej trasie. Amu-daria! Wysiedliśmy z samochodu, żeby podziwiać i przeżywać, choć, szczerze mówiąc, romantyzm tkwi w nazwie, a nie w widoku. Ani mętna, brązowa woda, ani niskie piaszczyste brzegi nie wyglądają zbyt atrakcyjnie.

Nic to! Wkraczaliśmy przecież właśnie w region Chorezmu.

NARESZCIE MAGIA PUSTYNI: TWIERDZE CHOREZMU

Wkrótce zjechaliśmy z głównej szosy w stronę twierdz, co okazało się bolesne dla samochodu i naszych kości ogonowych, bo gładka szosa natychmiast zmieniła się w dziury z dodatkiem asfaltu. Rustam musiał trochę zwolnić, chociaż wciąż atakował drogę z nieco przesadną brawurą.

Na pierwszą twierdzę trafiliśmy prawie przypadkiem: nagle po prawej stronie drogi pojawiły się jakieś malownicze mury.

„Stajemy!” zapiszczała starsza pani.

Fortecę Guldursun-kala odkryliśmy zupełnie przypadkowo. Nie należy do kanonicznych punktów oferowanych przez wycieczki zorganizowane, więc mieliśmy ją tylko dla siebie

Ruiny opuszczała akurat jakaś trójka turystów i zostaliśmy sami. Sprawdziłam w Mapsach: twierdza Guldursun-kala, „młoda”, bo głównie średniowieczna. Częściowo zrekonstruowane mury dają pojęcie o tym, jak mogła wyglądać forteca, ale największe wrażenie robi widok z bastionu na jej wnętrze – zajmowała blisko 60 hektarów i to naprawdę się czuje. Miło też było popatrzeć na uszczęśliwioną Aminę, śmigającą po murach.

Aminę kontemplującą fortecę z murów bastionu, łatwo było sobie wyobrazić jako piękną Guldursun z karakałpackiego eposu, ale oczywiście mam nadzieję, że jej losy będą szczęśliwsze! ( o tragicznej legendzie tej chorezmijskiej księżniczki można przeczytać w tym artykule)

Mieliśmy jeszcze trzy kwadranse drogi do naszego głównego celu, fortecy Aya-kala. Rustam jechał szybko i jakoś nerwowo. Pierwszy powód jego stresu zaraz się wyjaśnił: z jakiegoś powodu jego komórka straciła zasięg. Sfrustrowało go to głęboko, nie tylko dlatego, że stracił nawigację, ale przede wszystkim dlatego, że nie mógł telefonować. Poratowałam go swoim telefonem z uzbecką kartą Sim: okazało się, że nawigacja to rzecz drugorzędna, najważniejsze były jakieś rozmowy biznesowe, które natychmiast zaczął prowadzić z wielką werwą.

Drugi powód stał się jasny, gdy już Ayaz-kala pokazała się na horyzoncie w całej swej okazałości, a Rustam nagle zjechał z drogi. Myślałyśmy, że może chce podziwiać ruiny z dołu, ale on wyskoczył z samochodu w dzikim pośpiechu, żeby wyciągnąć z bagażnika dywanik modlitewny, wodę do ablucji itd. Córka dzielnie pomagała mu w przygotowaniach, a my skorzystałyśmy, żeby odejść na bok i pochodzić po ruinach czegoś, co wyglądało na resztki miasta. Przed nami wznosiły się aż dwie twierdze, jedna na niskim pagórku, druga na majestatycznym wzgórzu. Dookoła ciągnęła się pustynia, już ta prawdziwa, nie jakaś tam szara płaszczyzna z zielskiem.

Potem dołączyli do nas Rustam i Amina i chodziliśmy sobie po tych ruinach aż miło, prawie jak po jakichś Pompejach (no nie, przesada), aż w końcu starsza pani przytomnie stwierdziła, że musimy się zbierać, bo zrobi się zbyt późno na ostatnią atrakcję.

Ayaz-kala 3 (nie mogli wymyślić jakichś bardziej romantycznych nazw, tylko 1, 2, 3?) No dobrze, Pompeje to nie są, ale za to ani śladu turystów i pustynia jak okiem sięgnąć

Zaparkowaliśmy na okazałym parkingu koło obozu jurt i po zwiedzeniu toalety ruszyliśmy na wzgórze. Droga prowadzi przez prawdziwe piaski, co samo w sobie gwarantuje odpowiedni nastrój. Było późne popołudnie i ostatni zwiedzający już wracali, więc gdy dotarliśmy do twierdzy, mieliśmy ją całą dla siebie.

Bardzo nie lubię wydawać z siebie okrzyków: Ach, jakie to piękne! Ach, jakie to malownicze! Ach, jakie to romantyczne, ale uczciwie mówiąc, Ayaz-kala to jedno z tych miejsc, które zapisują się w pamięci na długo (zwłaszcza, jeśli zwiedza się je w przyjemnej temperaturze 20 stopni). Olbrzymie ruiny murów, wciąż imponujące, prawie zrastają się ze wzgórzem. Dookoła pustynia jak okiem sięgnąć. Gdzieś w oddali majaczą jakieś inne pozostałości twierdz. Bardzo malowniczo prezentuje się z góry mniejsza forteca na pagórku i ruiny osiedla, w których byliśmy wcześniej.

Patrząc na rozciągającą się we wszystkie strony pustynię, przypomniałam sobie, że nasi tu byli, i to równo sześćdziesiąt lat temu, kiedy Kyzył-kum udawała Saharę w filmie Faraon Jerzego Kawalerowicza. Nie jestem pewna, czy aktorzy docenili urodę miejsca, bo zdjęcia kręcono w lecie. Przez blisko pięć miesięcy polska ekipa filmowa pracowała w temperaturach przekraczających w cieniu 50°C. Statystami byli głównie radzieccy żołnierze.

Jerzy Kawalerowicz na planie filmu Faraon (1965). Zdjęcia Jacek Stachlewski, copyright WDiF. Pełną galerię fotosów z filmu można zobaczyć tutaj
aktorzy na planie Faraona próbowali jakoś oswoić upał.

Ciekawostki o pracy na planie filmowym przypomina artykuł w mintmagazine, a jeśli ktoś chce zgłębić temat, może sięgnąć po książkę „FARAON”. ROZMOWY O FILMIE, wydaną w 2017 roku

Być może część magii tego miejsca rodzi się stąd, że jest prawdziwe: aż trudno w to uwierzyć, ale gliniane cegły i ubita glina przetrwały w pustynnym klimacie ponad dwa tysiące lat. W czasach świetności Ayaz-kali u nas był Biskupin, a Rzymianie dopiero przymierzali się do podboju świata.

Wędrowaliśmy po twierdzy ponad godzinę (największą radochę znowu miała Amina). Najpierw snułam banalne rozważania w stylu sic transit gloria mundi, a potem pomyślałam sobie, że czar tych ruin leży w ich zagadkowości: kim byli ludzie, którzy stworzyli tutaj zaawansowaną strukturę państwową już w pierwszym tysiącleciu przed naszą erą? Znamy jakieś imiona władców, jakieś podstawowe fakty historyczne, odnaleziono monety, skorupy, fragmenty dokumentów, ale właściwie wszystkie wzmianki pochodzą ze źródeł zewnętrznych. Pozostały namacalne ślady, ale nie mamy klucza do ich odczytania. (o chorezmijskich twierdzach ciekawie pisze się na tej stronie)

Z wielkim żalem uznaliśmy w końcu, że trzeba wracać

Tak się nam rozmarzyły dusze w twierdzy, że zostalibyśmy tam dłużej. Gdybym miała znowu organizować taką wycieczkę, może zaplanowałabym nocleg w obozie jurt, znajdującym się u stóp wzgórza (problem w tym, że toalety i prysznice znajdują się w osobnym budynku, co nie jest czymś, co starsza pani lubi najbardziej). W rozsądnej porze roku można tu śmiało spędzić cały dzień, wędrując po pustynnych ścieżkach.

Kolacja na pustyni

My jednak musieliśmy jeszcze dojechać do Chiwy, czyli pokonać kolejne 100 kilometrów. Sęk w tym, że zrobiliśmy się bardzo głodni, kanapki, figi i herbatniki były już odległym wspomnieniem. Wizja ruszenia w drogę na pusty żołądek nie była zbyt kusząca, zwłaszcza, że oferta gastronomiczna na pustyni nie jest zbyt bogata. Zaproponowałam, żeby przyjrzeć się z bliska budynkowi na skraju obozowiska. Wyglądał na restaurację. Co gorsza, na zamkniętą restaurację. W środku było cicho i bezludnie. Rustam stwierdził, że to przecież jeszcze nie sezon turystyczny. No dobrze, ale w obozie widziałam kilka osób, przecież nie żywiły się wielbłądzią skórą?

Po naciśnięciu klamki okazało się, że restauracja jednak działa. Z zaplecza wyłoniła się pani słusznej tuszy, która oświadczyła, że dopiero przygotowuje kolację, ale może nas nakarmić. Wszystkim humory się poprawiły! Zasiedliśmy na tradycyjnych ławach (siedzi się na nich po turecku, co dla starszej pani jest umiarkowaną atrakcją) i rzuciliśmy się na przystawki, które wkrótce zaczęły wyjeżdżać na stół. Nie będę ich opisywać, bo i tak nie wiem, co właściwie jadłam, ale było to bardzo smaczne i domowe.

Starsza pani zwykle nie jest entuzjastką ziemniaków w sosie, duszonych warzyw i mięsa, ale ta dimlama bardzo mi smakowała

Potem na stół wjechało pierwsze danie, wielki półmisek dimlamy: mięso, ziemniaki i warzywa długo duszone we własnym sosie. Jedzenie było pyszne (a głód zawsze jest dobrą przyprawą). Tak więc dodałyśmy do listy skosztowanych typowych uzbeckich potraw kolejny specjał.

Następnie Rustam zaczął się kłócić z właścicielką, bo zorientował się, że próbuje nam wcisnąć cały zestaw kolacyjny: przyniosła kolejną wielką misę z mięsiwem, którego wcale nie zamawialiśmy.  Jak to dobrze podróżować z tubylcem! Po dłuższej dyskusji pani zabrała ze stołu drugą wielką misę z mięsiwem, którą usiłowała nas uszczęśliwić. Właścicielka nie mówiła ani po angielsku, ani po rosyjsku, więc same byśmy nic nie wskórały i pewnie musiałybyśmy zapłacić za pełny posiłek.

Po pertraktacjach, właścicielka zażyczyła sobie za naszą ucztę ok 4 dolarów od osoby. Oczywiście zapłaciłyśmy także za Rustama i Aminę. Takie fundowanie to czysta przyjemność! (Dziesięć lat temu w Rio de Janeiro zaprosiłam raz znajomych na obiad, wybrali restaurację, w której zapłaciłam 120 dolarów za lunch).

Po kolacji chciałyśmy już jechać jak najszybciej, bo robił się wieczór, ale po dotarciu do samochodu Rustam znowu wyciągnął dywanik. No dobrze, widok na twierdzę wciąż był piękny, a w dodatku w tle plątały się wielbłądy. Nie takie złe miejsce, żeby chwilę poczekać.

Tak w ogóle, zaintrygowało mnie, dlaczego Rustam od rana do popołudnia spokojnie sobie jechał, a potem zaczął co i rusz robić manewry z dywanikiem. Doczytałam potem, że o ile modlitwę południową można sporo przesunąć, to potem już należy skrupulatnie pilnować terminów. Stąd jego nerwowość, żeby znaleźć jakieś miejsce.

Ostatni etap podróży upłynął nam, jak to zwykle bywa po długim męczącym dniu pełnym wrażeń, w stanie nieco oklapniętym. Nawet się nie wzruszyłyśmy ponownym przejechaniem przez Amu-darię, zresztą było już ciemno. Zaliczyliśmy jeszcze jeden awaryjny przystanek na jakimś ponurym parkingu w Urgenczu, bo Rustam znowu musiał się pomodlić. Koleżanka napomykała coś o przerwie na toaletę, ale jakoś nic się nie pojawiało po drodze i dojechaliśmy już prosto do Chiwy.

Na miejsce dotarliśmy po dziewiątej wieczorem. Nasz pensjonat znajdował się wewnątrz murów, ale na szczęście tuż przy nich, więc Rustamowi pozwolono tam wjechać i nie musiałyśmy się już nigdzie turlać z walizkami.

Potem było już tylko serdeczne pożegnanie, uściski i obietnice, że jeśli kiedyś wrócimy do Buchary itd. itd. To był chyba najbardziej pamiętny dzień naszej podróży. Pociągiem też dojechałybyśmy do Chiwy. Ale nie byłoby Rustama, Aminy, pogrzebu, dimlamy ani wspólnej radości ze zwiedzania fortec

Nie wiem, co zostanie mi w pamięci najdłużej z tego dnia: wielbłądy, twierdze, pustynia, czy może radość Aminy z wycieczki.

Pozostałe wpisy w Uzbekistanu:

Taszkent socjalistyczny i surrealistyczny

Samarkanda między Pruszyńskim a szaszłykiem

Buchara – perska lekcja dla starszej pani

Polecieć do Uzbekistanu i co dalej

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej