Dlaczego wylądowałam na layoverze w Islandii?
Szukałam lotu z Rzymu do Halifaxu. Najczęstsze rozwiązanie, Lufthansą przez Frankfurt, nie za bardzo mi odpowiadało: nie kocham się przesiadać we Frankfurcie, godziny mi nie odpowiadały, no i było dosyć drogo. Potem trafiłam na ofertę Icelandaira z przesiadką w Reykjaviku. Najtańsza taryfa 650 euro, nieźle.

Do Halifaxu trzeba lecieć z przesiadką. Klasycznie, przez Montreal albo Toronto, a w Europie przez Frankfurt. Ale można też przez… Reykjavik
Dwa miesiące przed odlotem dostałam uprzejmy mail od przewoźnika, że zmieniła się godzina mojego lotu z Rzymu. Przyjrzałam się nowemu rozkładowi: wynikało z niego, że przylecę na lotnisko w Keflaviku pięć minut po odlocie samolotu do Halifaxu. W mailu nie zasugerowano żadnego rozwiązania ani rezygnacji z biletu, ale sama wiem, że w razie zmiany godziny przysługuje mi takie prawo, więc najpierw sprawdziłam alternatywy: powyżej tysiąca euro.

I wtedy pojawiła się idea layoveru, no bo skoro godziny się nakładają, to może przylecieć po prostu dzień wcześniej? Nie było rady, zadzwoniłam na infolinię. Po odczekaniu rytualnego „wszyscy operatorzy są chwilowo zajęci” połączyłam się wreszcie z panią, której wyjaśniłam swój problem. Pani sprawdzała coś długo, podczas gdy czekałam na linii, i w końcu obwieściła wielką nowinę: loty się nakładają.
Tak, wiem. Czy mogę w związku z tym zmienić pierwszy lot na wcześniejszy? Pani znowu długo coś sprawdzała. W tym dniu nie ma innego lotu, oświadczyła pani z żalem.
Tak, wiem. Czy mogę polecieć do Keflaviku dzień wcześniej? Chce pani polecieć dzień wcześniej? upewniła się pani. Tak. Kolejne długie poszukiwania. Tak, poprzedniego dnia jest lot o tej samej godzinie. Uff, nareszcie dotarłyśmy do porozumienia. Zmieniłam rezerwację.
Nocleg na jedną noc na Islandii: gdzie się zatrzymać?

Oznaczało to, że przylecę do Islandii wieczorem i będę miała czas do następnego popołudnia. Jak to rozplanować, nie pożyczając samochodu? Najlogiczniejsze rozwiązanie, to pojechać do Reykjaviku autobusem (Flybus ok. 30 euro w jedną stronę, autobus miejski 55 ok. 16 euro) i tam się przespać. Gdyby starsza pani była młodszą panią, na pewno tak by właśnie zrobiła. Ale nie jest. Zaczęłam sobie wyliczać: kupić bilet, poczekać na autobus, dojechać, znaleźć miejsce noclegu – zrobi się jedenasta. A następnego dnia trzeba się będzie zbierać z powrotem o piętnastej albo i wcześniej. Więc może lepiej się nie przemęczać i zostać w Keflaviku? Nie słynie z urody, ale to tylko cztery kilometry od lotniska.
Zaczęłam szukać jakiejś rozsądnej cenowo opcji, co na Islandii jest zadaniem z góry skazanym na niepowodzenie. „Tania” propozycja; pokój z dzieloną łazienką (starsza pani nie lubi, ale na jedną noc…) w centrum miasteczka za ok. 100 euro (taniej to już tylko hostele). Opinie były dość dobre, ludzie pisali, że można dojechać autobusem.

Wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Przemaszerowałam długimi korytarzami (szok kognitywny: dwadzieścia lat temu lotnisko było małym okrągłym budyneczkiem, a teraz co? Chyba większe niż Balice!). Znalazłam z pewnym trudem wyjście, dość zakamuflowane. Rozczuliłam się nad skromnym napisem „Exit to Iceland”. Kiedy znalazłam się w skłębionej hali przylotów, zrozumiałam swój błąd logistyczny. Keflavík rzeczywiście znajduje się zaledwie cztery kilometry od lotniska, a ceny za noclegi są stosunkowo przystępne, ale dostanie się do niego niekoniecznie jest tanie. Jeśli dysponujemy własnym środkiem transportu, albo jeśli pensjonat czy hotel oferuje transfer, to w porządku. Mnie nie dotyczyło ani jedno, ani drugie.
Miejski autobus 55, niedrogi jak na Islandię, rzeczywiście jedzie do Keflavíku i dalej do Reykjavíku. Za odcinek do Keflavíku płaci się raptem ok. 5 euro a jazda do miasta zajmuje dziesięć minut. Rzecz w tym, że kurs jest co godzinę, a w weekendy jeszcze rzadziej. Ponieważ przez spóźnienie samolotu nie załapałam się na planowaną porę, musiałabym czekać prawie dwie godziny. No nie, bez przesady. Przed lotniskiem czekały zachęcająco taksówki. Wsiadłam. Na miejscu znaleźliśmy się po ośmiu minutach, a przyjemność kosztowała mnie 36 euro.


Widok kwatery nie poprawił mi zanadto humoru. Po kilkuminutowym dobijaniu się do drzwi skromnego domku, otworzył mi pleczysty Islandczyk całkiem jak z drużyny Leifa Erikssona, popatrzył nawet dość sympatycznie, powiedział „she is coming” i zniknął z powrotem w domowych pieleszach. Po chwili pojawiła się jego żona, drobna i bardzo wschodnia, i zaprowadziła mnie do mojej klitki. Pokój był czysty i znajdował się w nim elektryczny czajnik oraz herbata. Na tym listę zalet można by było zamknąć. Łóżko należało do tych najtańszych z Ikei i gdy tylko na nim usiadłam, zaczęło odjeżdżać od ściany. Poduszka wypełniona rozpadającą się gąbką. Łazienka jedna na cztery pokoje. To tylko na jedną noc, powiedziałam sobie — i poszłam na spacer, bo była przecież dopiero dziewiąta i czerwcowe słońce jeszcze wysoko na niebie.
Atrakcje Keflaviku

Keflavik to, jak zresztą większość islandzkich miejscowości, głównie zbiorowisko barakopodobnych domków, przystanęłam jednak, aby podziwiać czerwony budynek pocztowy o wyraźnych ambicjach architektonicznych. Zaciekawiła mnie też migająca tablica na fasadzie kościoła: po bliższych oględzinach okazało się, że to rodzaj elektronicznego billboardu, reklamujący modlitwy.

Postałam chwilę nad brzegiem morza, który w Islandii jest wszędzie piękny, zwłaszcza w miejscach bez baraczków, nabyłam jakieś niezobowiązujące produkty żywnościowe w dobrze zaopatrzonym (a jakże, były też kabanosy) supermarkecie i jednak wróciłam na moją kwaterę, bo padałam na nos.

Obudziłam się o świcie (dwie godziny różnicy czasowej robią swoje) i spędziłam poranek odpowiadając na maile i popijając kawę rozpuszczalną jacobs 3 w jednym. Po dziesiątej wytoczyłam się z walizką z pokoju i na dole zastałam akurat gospodynię zmieniającą sandały na buty z obcasem. Nie zrozumiałam, dokąd się wybiera, ale miało to coś wspólnego z niedzielą. Już później, po południu, kiedy wróciłam po walizkę, zobaczyłam w przedpokoju także nieprawdopodobne męskie lakierki, niewątpliwie należące do pana domu. W takich lakierkach to chyba tylko do kościoła?
Ruszyłam na podbój Keflaviku. W mieście znajdują się aż trzy muzea, m.in. muzeum rock and rolla w Islandii i muzeum Wikingów, ale nie miałam zamiaru ich zwiedzać. Replika łodzi Wikingów mnie nie podnieca, widziałam oryginały w Oslo.

Zaraz po wyjściu z domu zobaczyłam przed sobą okazały nowoczesny przeszklony budynek z dużym napisem Library/Bar. Pomyślałam z uznaniem, że kultura na Islandii kwitnie, i podeszłam bliżej, żeby chociaż przez szybę zajrzeć do środka tego imponującego przybytku. Niestety, przekonałam się, że Library to nazwa własna baru – książki pełniły tylko funkcję dekoracyjną, tak jak w niektórych kawiarniach w Krakowie.

Przez wyludnione centrum, gdzie znajdowało się kilka zamkniętych sklepów i jakaś kawiarenka, dotarłam do portu i do historycznej, na oko, dzielnicy, bo niektóre domki miały ozdobne framugi okien. Za portem znajduje się grota olbrzymki Skessy (bohaterki popularnej islandzkiej serii książek dla dzieci). Była tam akurat rodzina z małym chłopczykiem, który tak się przestraszył gigantycznych sprzętów w jaskini, że tata musiał go wziąć na ręce. W jaskini rozlega się też efektowne chrapanie, co faktycznie wywołuje upiorny efekt.
Mnie jednak bardziej zainteresowała droga na nieco dalej znajdujący się bazaltowy klif. Ścieżka wiodła przez pola oszałamiająco fioletowych łubinów. Śmiało mogłabym nią powędrować dalej i dalej, ale w pewnej chwili musiałam zawrócić, żeby mieć dość czasu na kolejną atrakcję. Jedynym minusem, był tłok na szlaku, spotkałam tam chyba z dziesięć osób.

Błękitna Laguna czy Waterworld w Keflaviku, oto jest pytanie
Kiedy rozważałam plany na layover, zastanawiałam się mgliście nad odwiedzeniem Błękitnej Laguny, która znajduje się zaledwie dwadzieścia kilometrów od lotniska, ale szybko sobie policzyłam, że to zupełnie nieopłacalna zachcianka. Były jeszcze co prawda wejściówki na poranne godziny, w cenie od 120 euro. Plus trzeba tam dojechać, co bez samochodu jest drogą imprezą, autobusy z lotniska to wydatek rzędu 30 euro w jedną stronę. A z Keflaviku pozostaje tylko taksówka, strach pomyśleć, ile by wyniosła.
Doszłam jednak do wniosku, że rezygnacja z Błękitnej Laguny nie oznacza, że muszę się obyć bez moczenia w ciepłych islandzkich wodach. Za jedną dziesiątą ceny biletu do Błękitnej Laguny nabyłam prawo wstępu do kompleksu o dumnej nazwie „Waterworld” i przez następne dwie godziny przeskakiwałam z jednego zbiornika do drugiego i z sauny mokrej do sauny suchej.


Przed wejściem do basenu należy oczywiście wziąć prysznic, przy czym zgodnie z islandzkimi regułami trzeba to zrobić bez kostiumu. Osobiście nie miałam z tym problemu, ale warto o tej zasadzie pamiętać, bo jest ona traktowana rygorystycznie. Poza tym do damskiej szatni mamy zabierają także synów, tak do pięciu lat, i przyznam, że paradowanie nago przed chłopczykiem, nawet małym, byłoby dla mnie trochę krępujące (na szczęście w szatni akurat nikogo nie zastałam).
Zauważyłam, że większość napisów w szatni jest trójjęzyczna: po islandzku, angielsku i polsku. Na polskie napisy zwróciłam uwagę już poprzedniego dnia na lotnisku, Wtedy pomyślałam, że to efekt boomu turystycznego wygenerowanego przez loty Wizz Air z Polski. Trudno jednak przypuszczać, żeby polscy turyści odwiedzali masowo baseny w Keflaviku. Potem przypomniało mi się, że kiedyś czytałam artykuł o polskiej emigracji na Islandię po otwarciu granic unijnych.
Wizyta w basenach potwierdziła moją intuicję: spotkałam aż trzy polskie mamy z dziećmi. Z jedną wymieniłyśmy nawet kilka słów, ale była iście po islandzku powściągliwa i powiedziała tylko, że tego dnia było tam mniej ludzi, niż zwykle w niedzielę. Spędziłam za to ekscytujący kwadrans z jej pięcioletnim synkiem, Kubą, bawiąc się z nim jego wielkim gumowym krokodylem. Krokodyl dzielnie przypuszczał na przemian atak to na mnie, to na chłopczyka, śmigając przez basen (w którym na szczęście nikogo poza nami nie było), a mama powtarzała synkowi, że powinni już iść na obiad. Ponieważ Kuba stanowczo odmawiał, a mama rzucała mi coraz bardziej poirytowane spojrzenia, w końcu zadeklarowałam, że stwór poległ w bitwie.

Na basenie było dużo ciszej, niż zwykle w tego rodzaju przybytkach, nawet dzieci bawiły się mniej hałaśliwie. Dorośli po prostu siedzieli lub leżeli (jest tam także bardzo płytki gorący zbiornik, w którym można po prostu się wyciągnąć). W jednym z jacuzzi udało mi się jednak nawiązać luźną konwersację z mocno starszawym Islandczykiem, który powiedział mi, że w czasach jego młodości wstęp do Błękitnej Laguny był darmowy i jeździło się tam z własnym pojemnikiem z wodą, żeby było się czym opłukać z błota po kąpieli. Teraz, jak to ujął, islandzka noga tam nie postanie, bo po co wydawać masę pieniędzy, skoro geotermalne baseny są wszędzie i nie tak zatłoczone.
Siedzenie w cieplutkiej wodzie tak mi się spodobało, że z żalem stwierdziłam, że trzeba się już zbierać. W szatniach są suszarki na kostiumy (wystarczy wepchnąć mokry do specjalnego pojemnika i przycisnąć pokrywkę, po dziesięciu sekundach jest na tyle suchy, że nie przemoczy nam walizki). Przerobiłam już ten wynalazek w Nowej Zelandii, więc tym razem skorzystałam z niego z miną doświadczonej wyjadaczki.
Islandzkie Waterloo na lotnisku
Wyszłam z Waterworldu zrelaksowana i bardzo, bardzo głodna. Sprawdzając restauracje na Mapsach, odkryłam, że w sąsiedniej przecznicy znajduje się restauracja o wdzięcznej nazwie Polskur matur i uznałam, że zjedzenie schabowego na Islandii to wyższy poziom szyku. Niestety, lokal jest w niedzielę zamknięty i skończyło się na posiłku w bezpretensjonalnej knajpce Nan Den Shawarma. Szałarma była pyszna, a polski akcent jednak się znalazł, bo wypiłam do niej sok Tymbark.

Pozostało już tylko wyzwanie powrotu na lotnisko. Sprawdziłam rozkład autobusu, ale w niedzielę kurs był albo dużo za wcześnie albo nieco zbyt późno. Mogłabym poprosić gospodynię o zawołanie taksówki, 30–36 euro nie doprowadziłoby mnie do ruiny, ale krakowska centusiowa dusza starszej pani wzdragała się przed takim marnotrawstwem. Pogoda była piękna, świeciło słońce. A może by pieszo? Jest to opcja w pełni wykonalna, a nawet atrakcyjna (pod warunkiem, że ma się lekki bagaż, do czego się kwalifikowałam), bo z miasta do samego lotniska prowadzi ścieżka dla pieszych i rowerów. W tej porze roku wyjątkowo malownicza, bo z obu stron ciągną się pola fioletowego łubinu.

Dotarłam do terminalu równo po godzinie (z odpoczynkami na ławeczkach), bardzo z siebie dumna. Lotnisko komunikacyjnie jest równie powściągliwe, jak Islandczycy na żywo, bo trzeba obejść całą halę, żeby odkryć dyskretną strzałkę „security control” i domyślić się, że należy wyjechać na pierwsze piętro. Nie ma nigdzie napisu „Exit from Iceland.” Starsza pani odnalazła swój gate (też trzeba wypatrywać sokolim okiem), zadowolona z udanego layoveru.

No i cóż, właśnie przy wchodzeniu do samolotu zaliczyłam swoje islandzkie Waterloo. Najpierw zignorowałam dwóch przystojnych hinduskich panów, kręcących się przy wejściu do bramki i zaczepiających podróżnych (trochę się bałam, że chcą namawiać do oddawania walizki do luku, jak to się często zdarza na lotniskach). Potem przy ostatniej kontroli przed wejściem na pokład pani zaczęła kierować niektóre osoby na bok: „you need to speak to my colleague”. Okazało się, że przystojni panowie sprawdzali, czy mamy ETA (cyfrowe pozwolenia na wjazd do Kanady) i naklejali na paszporty pomarańczowe znaczki po kontroli. Miałam ETA, dostałam znaczek. Podeszłam ponownie do bramki, moja karta boardingowa nie działała. Po dokładnych oględzinach pani stwierdziła, że to dlatego, że nie ma na niej zaznaczonego mojego miejsca w samolocie (rzeczywiście, najpierw zrobiłam check-in, a potem wykupiłam miejsce. Nie przyszło mi do głowy, że to jakiś problem, bo na wcześniejszych bramkach karta działała). No i co z tym fantem zrobić? Muszę pójść do service desk. A gdzie to? Gdzieś w terminalu. W tym momencie moja twarz musiała wyrazić niejaką frustrację, bo jeden z przystojnych hinduskich panów zaoferował, że mnie zaprowadzi. I całe szczęście, bo nie można powiedzieć, żeby lokalizacja service desk była jakoś wyraźnie oznaczona. Ot, idzie się jednym z korytarzy i w pewnej chwili jest nisza z okienkami.

Zaczęłam wyjaśniać miłej pani w okienku, w czym rzecz, ale zaraz odpowiedziała: „możemy rozmawiać po polsku.” Podczas gdy drukowała mi nową kartę boardingową, zdążyła mi opowiedzieć, że trzy czwarte pracowników na lotnisku to Polacy („przynajmniej na mojej zmianie”, dodała po namyśle), i że mieszka na Islandii od ośmiu lat. Potwierdziła, że Polacy to w tej chwili najliczniejsza społeczność imigrantów na wyspie – około trzydzieści tysięcy, czyli coś koło 7% populacji. Na Islandii brakuje rąk do pracy, bo sami Islandczycy chętnie emigrują do Ameryki. („tu przecież nic nie ma,” dodała). Chętnie pogawędziłabym dłużej, ale trzeba było pędzić do samolotu. Kiedy dotarłam ponownie pod bramkę, było już pusto. Wsiadłam na pokład ostatnia, wszyscy pasażerowie siedzieli już na swoich miejscach. Stewardessa oświadczyła triumfalnie „boarding completed.” I tym nieco kompromitującym akcentem zakończył się mój layover w Keflaviku.







Zostaw odpowiedź