Czy Gatineau to część stolicy?

Z nazwą Gatineau pierwszy raz zetknęłam się na lotnisku w Montrealu. Po wykupieniu biletu do Ottawy sprawdziłam trasę autobusu i zorientowałam się, ze końcowym przystankiem wcale nie jest „Ottawa dworzec” tylko właśnie jakieś Gatineu. Dlaczego autobus do stolicy miałby jechać jeszcze gdzieś dalej?

W dzień przyjazdu byłam zanadto zmęczona i przejęta różnymi kryzysami, żeby się nad tym zastanawiać, ale następnego dnia zaczęłam wypytywać przy śniadaniu czarującego właściciela pensjonatu, Pierre’a. I dowiedziałam się czegoś bardzo niezwykłego: Gatineau to część tzw. National Capital Region / Région de la capitale nationale (Narodowy Region Stołeczny), ale zarazem administracyjnie odrębne miasto. Co więcej, jest właściwie nowym tworem, stworzono je w 2002 roku z połączenia pięciu mniejszych miast. Czyli to nie Ottawa? Nie.

Na lewo Ottawa, na prawo Gatineau, a środkiem rzeka (i granica prowincji) płynie

Kolejna rewelacja Pierre’a była jeszcze lepsza: Gatineau to już nie tylko nie Ottawa, ale w dodatku znajduje się w innej prowincji, w Quebecu, a nie w Ontario. (Nazwa jest francuska, fakt). Granica przebiega środkiem rzeki Ottawa. Czyli na fajerwerkach poprzedniego wieczoru, patrząc na przeciwległy brzeg, patrzyłam już na inną prowincję.

Usiłowałam to wszystko jakoś przetrawić i zasypałam biednego Pierre’a gradem pytań. Język? W Gatineau francuski, tak jak w całym Quebecu, choć de facto prawie wszyscy są dwujęzyczni, a na budynkach federalnych napisy są w dwóch językach. Podatki? Inne. Opieka zdrowotna? Inna. System szkolnictwa? Też.

W Quebecu młodzież uczy się o „pamięci” Quebecu i Kanady, natomiast w Ontario wkuwa optymistyczną wizję dumnej przeszłości i obiecującej przyszłości

Tutaj Pierre wdał się w dłuższe wyjaśnienie: w Gatineau istnieją szkoły w języku angielskim, ale z reguły przyjmują tylko dzieci, które mają historyczne prawo do pobierania nauki w tym języku. Imigranci mają obowiązek posyłać dzieci do szkół francuskojęzycznych.

A w Ottawie? Zasadniczo szkoła jest anglojęzyczna, choć istnieją placówki dla uczniów francuskojęzycznej, które przyjmują także inne dzieci, jeśli są miejsca – podobno jest duży popyt. Ponadto w anglojęzycznych szkołach Ontario niezwykle popularne są programy French Immersion, w których znaczna część nauczania odbywa się po francusku.

Zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. A jeśli ktoś mieszka w Gatineau, ale chce posłać dziecko do szkoły w Ottawie?

To czekają go schody. Chyba że zdecyduje się na szkołę prywatną za spore pieniądze. I w ogóle program nauczania i cały system szkolnictwa też są trochę inne, a już zwłaszcza program nauczania historii (ha, tego to akurat mogłam się spodziewać)

Chętnie drążyłabym temat dalej, ale umęczony Pierre zerknął na zegar i zasugerował, że chyba powinnam się już zbierać na konferencję? Miał rację, ale swoją drogą, później już nie nadużywałam jego cierpliwości, tylko sama sobie doczytałam to i owo.

Dygresja: jakiej historii uczą się dzieci w kanadyjskich szkołach?

Bardziej zaintrygowana niż usatysfakcjonowana wyjaśnieniami Pierre’a postanowiłam doczytać to i owo o kanadyjskich programach szkolnych, przede wszystkim tych dotyczących historii. Wymyszkowałam sporo interesujących informacji. Przede wszystkim każda prowincja Kanady ma własny system szkolnictwa i własny program nauczania, a wydawcy przygotowują dostosowane do niego podręczniki, które mogą się między sobą bardzo różnić.

Historia to szczególnie drażliwy temat i podręczniki potrafią proponować, hm, dość odmienne narracje, co nierzadko prowadzi do awantur. Co więcej, tylko cztery prowincje — (Manitoba, Ontario, Quebec, i Nowa Szkocja)  — wymagają zaliczenia osobnego kursu historii Kanady do ukończenia szkoły średniej. W pozostałych pojawia się ona zwykle w ramach szerszego przedmiotu social studies. Jak się zdaje, w Kanadzie trwa na ten temat nieustająca debata, a krytycy snują mniej lub bardziej apokaliptyczne wizje społecznych skutków ograniczania nauczania historii w szkołach. (ciekawy artykuł np. tutaj).

Tematy zeszytów z ćwiczeniami do historii dla uczniów 10 klasy w Quebecu sugerują, że w programie niechętnie używa się nawet słowa „Kanada”.

Szczególnie obszerny i scentralizowany program historii obowiązuje w Quebecu. Nie udało mi się zajrzeć do środka francuskojęzycznych podręczników, znalazłam za to trzydziestostronicowy raport niezależnego zespołu ekspertów powołanego przez English Montreal School Board w 2018 roku, który przeanalizował zarówno program, jak i zatwierdzone przez ministerstwo podręczniki anglojęzyczne. Raport krytykował je bez litości, zarzucając im między innymi jednostronną, nacjonalistyczną narrację skoncentrowaną na francuskojęzycznym Quebecu kosztem historii całej Kanady oraz doświadczeń anglofonów, imigrantów i ludności rdzennej. Padło nawet określenie „a skewed one-sided view of the past that distorts the historical record”. (pełny raport tutaj, ale to dość nudna lektura).

Po wersji historii Kanady, którą przeczytałam sobie w 2024 roku na tablicach informacyjnych w parlamencie w Quebec City, chętnie wierzę, że program może budzić kontrowersje.

Z drugiej strony w anglojęzycznych prowincjach historię chętnie wtapia się w szerszy przedmiot social studies, co również od dawna budzi sprzeciwy. Szczególnie głośne są one w kręgach konserwatywnych, których przedstawiciele uważają, że w ten sposób uczniowie przestają mieć jakiekolwiek uporządkowane pojęcie o przeszłości własnego kraju. W swoim czasie bestsellerem stała się nawet książka konserwatywnego historyka Jacka Granatsteina pod wymownym tytułem Who Killed Canadian History?

Skłonność do przedstawiania historii w wersji „na słodko”, zwłaszcza młodszym dzieciom, posuwa się niekiedy zdecydowanie za daleko. Kilka lat temu burzę wywołał zeszytem ćwiczeń Complete Canadian Curriculum Grade 3, wydanym przez Popular Book Company Canada. który ukazywał odbieranie ziemi rdzennym mieszkańcom Kanady jako coś w rodzaju dobrowolnej przeprowadzki ustalonej z europejskimi osadnikami. Po protestach wydawca wycofał książkę z obiegu.

Awantura z książką do 3 klasy to zresztą tylko wierzchołek góry lodowej.  W podręczku dla siódmej klasy zgodnym z programem Alberty przeczytałam na przykład, że kontakty Mi’kmaq z Europejczykami przyniosły handel i wymianę towarów, a potem — niestety — również europejskie choroby, które zabiły prawdopodobnie ponad połowę rdzennej ludności. Rezultat? Kolejne fale europejskich osadników miały zastać znaczną część ziemi „niezamieszkaną”.

Temat Gatineau wrócił po południu, kiedy wracałam taksówką z uniwersytetu. Kierowca, Abdul z Rwandy, posługujący się nienagannym angielskim i francuskim (starsza pani zawstydziła się swojej kulawej francuszczyzny), okazał się bardzo przyjaźnie rozmowny. Opowiedział mi, że jest w wykształcenia księgowym, a w Ottawie mieszka raptem od ośmiu miesięcy: zdecydował się na emigrację, bo jego synek jest chory na celiakię, a w Rwandzie dostanie artykułów bezglutenowych to mission impossible. W nowym kraju co prawda na razie zarabia jako kierowca ubera, ale i tak jest zadowolony: syn poszedł do szkoły, ma dobrą opiekę lekarską. Niestety, na razie są w Kanadzie tylko we dwójkę, bo urząd imigracyjny nie wpuścił żony Abdula. Był jednak dobrej myśli, bo jakiś prawnik zajął się tą sprawą i może wkrótce uda się ją rozwiązać.

Jazda Uberem albo Lyftem często staje się w Kanadzie okazją do pogawędki. Abdul w ciągu dwudziestu minut zdążył się ze mną podzielić historią swojej imigracji do Kanady i opinią na temat stolicy

Potem rozmowa przeszła na koszty mieszkań. Abdul znalazł sobie coś na obrzeżach Ottawy, ale mieszkanie wymagało remontu. Ktoś poradził mu sklep z artykułami budowlanymi w Gatineau, bo tam ceny są niższe. No i rzeczywiście – znalazł, kupił, co potrzeba, ale ponieważ sporo tego było, spytał o możliwość dostawy. Powiedziano mu, że nie ma problemu… dopóki nie podał adresu. Do Ontario nie zawiozą.

Nie mogłam tego zrozumieć. Dlaczego? czy są jakieś cła albo ograniczenia w ruchu towarów? Nie, odpowiedział Abdul, oświadczyli mu, że oni do Ottawy nie dostarczają, choćby mieli być stratni.

Tyle wersja Abdula, która tylko pobudziła moją ciekawość co do tego dziwnego dwuprowincjonalnego tworu, jakim jest National Capital Region. Pytałam wcześniej przy śniadaniu Pierre’a o animozje franko-anglofońskie, ale odpowiadał wymijająco, więc nie chciałam naciskać.

Wyprawa do Quebecu

Do Quebecu udałam się osobiście w sobotę po południu, przede wszystkim, żeby zwiedzić Muzeum Historii Kanady. Miałam zamiar pójść pieszo, ale było za gorąco, więc ostatecznie pojechałam Lyftem (Lyft jest tańszy niż Uber, ale trzeba na niego zwykle dłużej czekać, więc zależy, na czym nam bardziej zależy, na cenie czy na czasie). Wyobraziłam sobie, że w połowie mostu taksówka zmieni się magicznie w rumaka (tak jak w jednej z bajek o Bolku i Lolku, kiedy wkraczali do magicznej krainy), ale oczywiście nic takiego się nie stało.

A to już widok z Gatineau na Ottawę: po prawej Parlament, po lewej National Gallery

Ponieważ Pierre mnie uprzedził, że na zwiedzanie muzeum będę potrzebować co najmniej trzech godzin uznałam, że najpierw muszę się czymś pokrzepić. Tuż naprzeciwko znajduje się restauracja wietnamska (nie, dziękuję, po wschodniej kuchni starsza pani dostaje refluksu) oraz Bobino Bagel, w recenzjach chwalony jako najlepszy lokal w okolicy sprzedający monterealskie bajgle (Montreal-style bagel wywodzi się z tradycji żydowskich imigrantów z Europy Wschodniej i jest jedną ze specjalności Montrealu. Dzisiaj można go zresztą kupić w wielu kanadyjskich miastach. TAKŻE anglojęzycznych).

Muzeum Historii Kanady: Sezamie, otwórz się!

Muzeum to instytucja federalna, wobec tego wszystkie napisy są w dwóch językach. Ale ponieważ to Quebec, francuski jest na górze

Weszłam do środka – tak, jestem w Quebecu, całe menu po francusku – ale mimo wczesnej pory była duża kolejka. Skończyło się na lodach w budce (to przecież także zastrzyk energetyczny, prawda?) i kawie w pobliskim Maison du Café.

Podążyłam do muzeum, które z zewnątrz jest imponujące i trochę onieśmielające, jakieś zjazdy i podjazdy, długie chodniki, falujące ściany. Tak naprawdę, najlepiej je podziwiać w całej okazałości z drugiego brzegu rzeki, zwłaszcza ze wzgórza Parlamentu.

Dygresja: kontrowersje wokół falującego Muzeum Historii Kanady

Wiedziałam, że te dziwne, falujące kształty muzeum coś mi przypominają, ale dopiero później skojarzyłam co takiego: National Museum of the American Indian w Waszyngtonie, które zwiedzałam kilka lat wcześniej i zapamiętałam przede wszystkim ze względu na jego oryginalną bryłę. Autorem obu projektów był Douglas Cardinal, kanadyjski architekt o rdzennych korzeniach, m.in. Siksika (Blackfoot) i metyskich. To ważne, bo jego dziedzictwo stało się z czasem bardzo istotnym elementem zarówno jego tożsamości, jak i myślenia o architekturze. Poza tym wielką inspiracją była dla niego organiczna architektura mojego ukochanego Franka Lloyda Wrighta.

Muzeum Indian w Waszyngtonie zwiedzałam dość dawno temu, ale jego niezwykła bryła pozostała mi w pamięci

(Nawiasem mówiąc, w Waszyngtonie Cardinal pokłócił się ze Smithsonian i jego projekt kończył już ktoś inny, chociaż z grubsza zgodnie z jego koncepcją. W Kanadzie poszło mu lepiej, choć i tutaj były krytyki z powodu przekroczenia kosztów budowy. Faliste linie są kosztowne.)

Warstwowe, falujące kamienne elewacje muzeum nawiązują do kanadyjskiego krajobrazu poddawanego działaniu lodowców, wody i wiatru. Nawet użyty kamień i sposób prowadzenia ścian wzmacniają wrażenie geologicznych warstw. Jest też smaczek polityczny: olbrzymi, przeszklony Grand Hall wychodzi na rzekę i Parliament Hill. W rezultacie totemy rdzennych mieszkańców Kanady patrzą wprost na instytucję kolonialnej władzy.

Dopiero z daleka widać, jak wielki jest gmach muzeum

Nie bez znaczenia jest też sama lokalizacja nowego muzeum nie w Ottawie, ale po drugiej stronie rzeki, w Quebecu. Wybrano dla niego niezwykle eksponowaną działkę w Parc Laurier, dokładnie naprzeciwko Parliament Hill. W rezultacie muzeum stało się częścią monumentalnej panoramy federalnej stolicy rozciągającej się na obie prowincje.

Kiedy w 1989 roku zainaugurowano nowy gmach, mieściło się w nim Canadian Museum of Civilization. Instytucja wyrosła z wcześniejszego National Museum of Man i od początku ogromną rolę odgrywały w niej archeologia, etnologia oraz kultury rdzennych mieszkańców Kanady, ale nie było to wyłącznie muzeum antropologiczne.

W 2012 roku konserwatywny rząd Stephena Harpera zapowiedział przekształcenie Canadian Museum of Civilization w Canadian Museum of History. Formalnie nastąpiło to rok później, a na 150-lecie Kanady w 2017 roku otwarto całkowicie przebudowaną główną wystawę historyczną. Zmiana oczywiście wywołała spory. Rząd przedstawiał ją jako stworzenie prawdziwie narodowego muzeum opowiadającego wspólną historię Kanady; sceptycy widzieli w niej próbę narzucenia bardziej narodowej i politycznej narracji oraz „rebrandingu” historii zgodnie z konserwatywną wizją państwa.

Nowa galeria historii Kanady jest bardzo efektowana, ale widziałam zdjęcia starej, która proponowała m.in. zrekonstruowane wnętrza z różnych epok i trochę mi jej szkoda…

Ale spory o to, jak muzeum ma opowiadać przeszłość Kanady, zaczęły się dużo wcześniej. Pod koniec lat 80. ogromną kontrowersję wywołała wystawa The Spirit Sings, poświęcona sztuce i kulturze First Nations. Powstała ona z okazji olimpiady w Calgary w 1988 r., a następnie była pokazywana także przez ówczesne Canadian Museum of Civilization. Lubicon Lake Cree wezwali do bojkotu wystawy przede wszystkim dlatego, że sponsorował ją Shell, prowadzący działalność na terenach objętych ich nierozstrzygniętymi roszczeniami ziemskimi. (ciekawy artykuł na ten temat tutaj).

Spór szybko przerodził się jednak w znacznie szerszą debatę: kto ma prawo wystawiać przedmioty należące do rdzennych ludów, kto opowiada ich historię i czy muzeum może przedstawiać First Nations przede wszystkim jako kultury należące do przeszłości. Dyskusja przyniosła konkretne rezultaty: w 1990 r. Canadian Museums Association i Assembly of First Nations powołały wspólną grupę roboczą, która miała wypracować nowe zasady współpracy muzeów z ludami rdzennymi, w tym w kwestii reprezentacji i repatriacji obiektów.

Weszłam. Ponieważ bilet kupiłam wcześniej online (opłaca się: 10% zniżki), zgodnie z zaleceniami Pierre’a, przewodnika i ChatGPT skierowałam się najpierw do Grand Hall, żeby obejrzeć ekspozycję totemów.

Muszę to oddać architektowi: ta przestrzeń naprawdę robi wrażenie. Sala jest tak wysoka — siedemnaście metrów, czyli chyba jakieś pięć czy sześć pięter — że nawet wielkie totemy zdają się w niej maleć. No i ten widok na Ottawę!

Zjechałam na dół, wcale się nie domyślając, że oto wstąpiłam na swoją drogę — a raczej schody — do Damaszku.

Zaczęło się niewinnie: wyczytałam, że w sali zgromadzono totemy ludów z północno-zachodniego wybrzeża Pacyfiku. Co oni tacy wybiórczy, pomyślałam z politowaniem. No i spadłam z konia. Wysokiego. To wcale nie wybiórczość. Totemy tworzyły TYLKO ludy zamieszkujące te tereny.

O mało się nie obraziłam. No jak to? Przecież Indianie, znaczy First Nations, to pióropusze, tipi i totemy. Wiem! Widziałam w westernach!

Dygresja: totemy, czyli jak mit mojego dzieciństwa legł… w drzazgach

Niech podniesie rękę ten, kto (przynajmniej z mojego pokolenia i okolic) nie kojarzy totemów z Dzikim Zachodem. Miałam nawet taki „zestaw kowbojski” z kowbojami, Indianami, tipi i totemem właśnie. Były komiksy. Westerny.

Dzisiaj też można kupić w Bonito takie zestawy indiańskie, obowiązkowo z wigwamami i totemem. A kto czytał Lucky Luke’a (po prawej), też pewnie totemy pamięta.

Jakoś nigdy nie zastanawiałam się, skąd Indianie na prerii mieliby wziąć drzewa do wyrzeźbienia olbrzymich, nieraz kilkunastometrowych totemów i co właściwie robiliby z nimi po zwinięciu obozu.

Zagadka rozwiązana: nic z nimi nie robili, bo ich po prostu nie mieli.

Totemy są charakterystyczne nie dla ludów Wielkich Równin, ale dla rdzennych mieszkańców północno-zachodniego wybrzeża Ameryki — głównie terenów dzisiejszej Kolumbii Brytyjskiej i południowo-wschodniej Alaski. Rosną tam wielkie cedry: ich miękkie, łatwe w obróbce, a zarazem odporne na gnicie drewno świetnie nadawało się do tworzenia monumentalnych rzeźb. Wykonywały je ludy takie jak Haida, Tsimshian czy Kwakwaka’wakw, które prowadziły osiadły tryb życia w wielkich drewnianych domach zamieszkiwanych przez wielopokoleniowe rodziny.

To, co my zbiorczo nazywamy „totemami”, mogło pełnić najrozmaitsze funkcje. Rzeźbione pale stanowiły elementy domów, były ustawiane przed wejściem, upamiętniały zmarłych albo opowiadały o pochodzeniu, historii i prawach danej rodziny. Różniły się też stylem w zależności od miejsca i ludu. Na przykład efektowne figury z rozpostartymi skrzydłami, które tak dobrze znamy z popkultury, mogą przedstawiać Thunderbirda (ptaka grzmotu) — potężną istotę nadprzyrodzoną szczególnie ważną między innymi w kulturze Kwakwaka’wakw.

Jak totem wyemigrował znad Pacyfiku na prerię?

Pomogły mu wystawy, muzea, rozwijająca się od końca XIX wieku turystyka na Alaskę i do Kolumbii Brytyjskiej oraz przemysł pamiątkarski. Miniaturowe totemy stały się popularnymi pamiątkami, a charakterystyczny kształt był tak efektowny i łatwo rozpoznawalny, że stopniowo zaczął funkcjonować jako ogólny symbol „indiańskości”. Swoje dołożyły organizacje młodzieżowe, takie jak Boy Scouts, które swobodnie zapożyczały elementy różnych kultur rdzennych mieszkańców Ameryki i mieszały je ze sobą.

W filmach o Winnetou totemy są niezbyt wysokie – może zabrakło funduszy na większe
A z kolei jeśli akcja westernu rozgrywała się na terenach, gdzie rzeczywiście totemy stawiano, to przeprowadzano Indian to wigwamów, bo drewniane domostwa byłyby za mało charakterystyczne.

Reszty dokonała popkultura. Większość tradycyjnych westernów rozgrywała się na Wielkich Równinach albo pustynnych terenach południowego zachodu, gdzie żadnych totemów nie było. Nie przeszkadzało to filmowcom tworzyć „indiańskich” dekoracji będących mieszaniną elementów zaczerpniętych z zupełnie różnych kultur: pióropusze, wigwamy, totemy — wszystko razem, bo im więcej, tym bardziej indiańsko.

Ale po co daleko szukać? W animowanym Piotrusiu Panie Disneya z 1953 roku mamy indiańską wioskę na wyspie Nibylandia. No i oczywiście: tipi i totem!

Mit mojego dzieciństwa w komplecie.

Ledwie zdążyłam się pogodzić z mało pocieszającą myślą, że przez całe życie wierzyłam w nieprawdziwy stereotyp, a już musiałam zrewidować następny.

Totemy nie były posągami bóstw ani przedmiotami kultu! Nie opierają się także na uniwersalnej symbolice: każdy lud miał własne, ulubione motywy. Te rzeźby bywały czymś w rodzaju indywidualnej kroniki rodu albo nawet swoistym dokumentem prawnym, świadectwem własności, certyfikatem ślubu….

Na tym totemie można rozpoznać – z pewnym trudem, bo przypomina jakąś niebezpieczną bestię – bobra, trzymającego z zębach kij. Ten słupek powyżej to jego ogon. Więc może chodziło o totem rodziny należącej do klanu bobra. Natomiast to dziwne zwierzę na dole, to naczynie na potlacz. Google podpowiadał mi, że ten stwór to chyba niedźwiedź.

Te stawiane przed domami można by — przy wszystkich zastrzeżeniach — porównać do europejskiego herbu szlacheckiego. Albo może do niezwykle rozbudowanej tabliczki na drzwiach, która mówi nie tylko „kto tu mieszka”, ale również „kim jesteśmy, od kogo pochodzimy i do czego mamy prawo”.

Każdy element na totemach ma konkretne znaczenie, choć nie zawsze łatwe dziś do rozszyfrowania. Chodziłam sobie od totemu do totemu, wpatrując się z podziwem i rosnącą frustracją w skomplikowane motywy wyrzeźbione w drewnie. Czułam się jak widz, który patrzy na portret kobiety z gałązką palmy i kawałkiem kolczastego koła i nie ma narzędzi kulturowych, aby odgadnąć, że to święta Katarzyna z Aleksandrii. Grand Hall powinno się koniecznie zwiedzać z przewodnikiem!

Pewnie dlatego najciekawsze okazały się dla mnie totemy ustawione przed sześcioma fasadami domów, a więc przynajmniej częściowo przywrócone do kontekstu, w którym pierwotnie funkcjonowały. Co prawda również i tutaj nie zrozumiałam zbyt wiele: nauczyłam się identyfikować ptaka grzmotu i niedźwiedzia, wyglądającego trochę jak krokodyl, ale na tym koniec. Największe wrażenie zrobił na mnie totem Wakasa z monumentalnym dziobem kruka u dołu. Ten dziób otwierał się i podczas uroczystości służył jako wejście do domu. Otwór jest tak niski, że goście musieli się schylać — wchodzili więc niejako prosto do paszczy mitycznego ptaka. Na co dzień, szczęśliwie, używano normalnych drzwi obok.

Za symbolicznymi fasadami domów znajdują się wystawy, wystawy poświęcone kulturom ludów północno-zachodniego wybrzeża. Były ciekawe, ale przyznam, że nie wyniosłam z nich zbyt wiele: za dużo informacji padających naraz na dziewiczy grunt. Zafascynowały mnie przede wszystkim stare fotografie, ukazujące totemy w ich pierwotnym kontekście. Po raz pierwszy zetknęłam się także z informacjami o tradycji potlaczu, o której później miałam się dowiedzieć znacznie więcej. Ale o tym we wpisie z Vancouveru.

Na ekspozycji jest mnóstwo fantastycznych rzeźb, które w rzeczywistości są naczyniami biesiadnymi do potlaczu. Na zdjęciu Dzunuk’wa — groźna leśna olbrzymka, „Dzika kobieta z lasu”. Jej znakami rozpoznawczymi są czarna twarz, potargane włosy i wydęte usta, którymi wydaje charakterystyczne „hu, hu” (zapewne w lesie, a nie w czasie biesiady).

Zafascynowana totemami, zlekceważyłam rzeźbę Billa Reida Spirit of Haida Gwaii: całe szczęście, że miałam ją potem okazję przestudiować w szczegółach na lotnisku w Vancouver, czekając na autobus do Victorii.

Następny w kolejce był First People Hall. Szłam falistym korytarzem i nie mogłam się połapać w kierunkach (znowu! To jakaś powszechna cecha kanadyjskich muzeów) gdzie się właściwie zaczyna wystawa. Zupełnym przypadkiem trafiłam najpierw do sali, w której znajdował się jakiś kuter rybacki o nazwie Nishga Girl. Popatrzyłam na niego z niewielkim zainteresowaniem dopóki nie dotarło do mnie, że wiąże się on z tematem, który stał się swoistym leitmotivem mojej wizyty w Kolumbii: losami kanadyjskich Japończyków w czasie drugiej wojny światowej.

Dygresja: kanadyjscy Japończycy, odsłona pierwsza

Nishga Girl to ponad dziesięciometrowy drewniany kuter do połowu łososi. Wiąże się z nim piękna historia przyjaźni ponad podziałami rasowymi.

Podczas drugiej wojny światowej kanadyjski rząd uznał mieszkańców pochodzenia japońskiego za zagrożenie. Mieszkający na zachodnim wybrzeżu Judo „Jack” Tasaka został wraz z rodziną przymusowo przesiedlony w głąb Kolumbii Brytyjskiej, a należąca do niego łódź Orient — podobnie jak tysiące innych kutrów japońskich Kanadyjczyków — skonfiskowana i wystawiona na sprzedaż.

Łodzie rybackie skonfiskowane kanadyjskim Japończykom. Vancouver, 1941. (Library and Archives Canada)

Wtedy wkroczył Eli Gosnell, dziedziczny wódz ludu Nisga’a i bliski przyjaciel Tasaki. Wykupił Orient na aukcji, przewiózł łódź do Gitwinksihlkw i przechował ją do czasu, kiedy będzie można zwrócić ją właścicielowi. Później opowiedział się także za powrotem japońskich rybaków na wybrzeże i pomógł Tasace odzyskać finansową niezależność.

Przyjaźń obu rodzin przetrwała wojnę. W 1967 roku Jack Tasaka zbudował dla Harry’ego i Deanny Nyce’ów, potomków Gosnella, nowy drewniany kuter. To właśnie on zaproponował nazwę Nishga Girl — na cześć siedmiu sióstr Harry’ego a zarazem całej społeczności Nisga’a.

Łódź przez blisko trzydzieści lat służyła rodzinie Nyce’ów do połowów na rzekach Kolumbii Brytyjskiej. Zapewniała jej utrzymanie i pozwoliła sfinansować studia dzieci. W 1998 roku rodzina przekazała ją muzeum.

W 2013 roku wokół kutra wybuchła afera: podczas przebudowy wystawy muzeum usunęło go z dotychczasowego miejsca i zamierzało przekazać do ośrodka w pobliżu Prince Rupert. Decyzja, podjęta bez konsultacji z rodzinami i zainteresowanymi społecznościami, wywołała protesty japońskich Kanadyjczyków i Nisga’a. Muzeum przeprosiło i wycofało się z planów. W 2017 roku Nishga Girl została ponownie ustawiona na wystawie stałej. (o historii tej przyjaźni można poczytać tutaj)

Historia łodzi wzruszająca, ale kuter to po prostu kuter, nie wpatrywałam się w niego z jakimś nabożeństwem. Ruszyłam dalej i trafiłam do sali z jakimś imponującym i onieśmielającym pomnikiem, na widok którego zrobiło mi się nieswojo. No i słusznie, bo odkryłam, że to Indian Residential School Memorial Monument, czyli pomnik poświęcony dzieciom ze społeczności rdzennych, które trafiły do kanadyjskiego systemu szkół rezydencjalnych i nigdy z nich nie wróciły. (Pomnik postawiono po makabrycznym odkryciu licznych nieoznakowanych grobów dziecięcych przy dawnej szkole rezydencjalnej z Kamloops). Nad cylindrycznym monumentem, pokrytym 130 twarzami dzieci, rozpościera skrzydła wielki kruk. Od razu sobie przypomniałam 27 śmierci Toby’ego Obeda (kto nie czytał, niech przeczyta koniecznie) i wycofałam się po cichu.

Wciąż nie wiedziałam, gdzie się zaczyna ekspozycja o First Peoples. W końcu weszłam na chybił trafił do jednej z sal, zdaje się, że gdzieś w środku, i potem już miotałam się tam i z powrotem bez jasnego poczucia kierunku ani — uczciwie powiedziawszy — przesłania tematycznego wystawy.

Być może dlatego nie byłam w stanie jej do końca docenić. Przystawałam tu i ówdzie, żeby przyjrzeć się jakimś szczególnie atrakcyjnym przedmiotom, ale raczej z poczuciem, że patrzę na coś fascynującego, niż że rozumiem, na co patrzę. Chyba najważniejsze było dla mnie uświadomienie sobie, że First Nations i First Peoples to wcale nie to samo. Naprowadziło mnie na to określenie „peoples” — skąd ta forma? Przecież „people” to już liczba mnoga?

Dygresja: First Peoples, First Nations, Inuit, Métis — kto jest kim?

First Peoples znaczy dosłownie „pierwsze ludy”. Forma peoples jest tutaj istotna: nie chodzi o jedną zbiorowość, lecz o wiele odrębnych ludów. W Kanadzie Indigenous Peoples, czyli ludy rdzenne, dzielą się na trzy grupy:

Pierwsze Narody (First Nations): dawniej określane w Polsce i na świecie terminem „Indianie”.

Po lewej nakrycie głowy w kształcie latającej żaby (lud Tsimshian), po prawej maska transformacyjna ludu Haida.

Według spisu z 2021 roku, tożsamość First Nations deklaruje ponad milion mieszkańców Kanady, najwięcej z nich mieszka w prowincjach Ontario i Kolumbii Brytyjskiej. Wyróżnia się wśród nich ponad 50 narodów i grup językowych o bardzo różnych, nieraz zupełnie odległych od siebie kulturach.

Inuici (Inuit): społeczności zamieszkujące głównie północne i arktyczne regiony Kanady (dawniej nazywane Eskimosami).

W porównaniu do First Nations i Metysów, Inuitów jest bardzo mało, zaledwie około 70 tysięcy, ale są zaskakująco widoczni: ich rzeźby zajmują ważne miejsce w galeriach sztuki, istnieje literatura inuicka a artystki takie jak Tanya Tagaq czy Elisapie odnoszą sukcesy na scenie muzycznej (obu można posłuchać na YouTube).

Metysi (Métis): odrębny lud, który ukształtował się w okresie kolonizacji, przede wszystkim w zachodniej Kanadzie, z potomków rdzennych kobiet — między innymi Cree i Ojibwe/Saulteaux — oraz europejskich handlarzy futrami, głównie pochodzenia francuskiego i szkockiego. Wykształcili własną kulturę, tożsamość polityczną, tradycje, a nawet język — michif.

Fascynujące jest właśnie to, że Metysi kanadyjscy to nie są po prostu potomkowie mieszanych związków Europejczyków z rdzennymi kobietami: ich kultura rozwinęła się w społecznościach związanych z handlem futrami, od okolic Wielkich Jezior po zachodnie prerie. Mieszane związki zdarzały się także w innych częściach Kanady, ale ich potomkowie zwykle włączali się w społeczność matki albo ojca. W kanadyjskim spisie powszechnym z 2021 roku tożsamość Métis zadeklarowało ponad 624 tysiące osób.To, kto może dziś uważać się za Métisa i na jakiej podstawie, pozostaje zresztą przedmiotem gorących sporów

Zdjęcie Metysa z 1856 roku, Humphrey Lloyd Hime, (Library and Archives Canada)

Oczywiście starsza pani wiedziała to i owo o Inuitach, a od czasu wizyty w Quebecu dwa lata wcześniej jest entuzjastką ich sztuki rzeźbiarskiej, ale jakoś nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, że nie należy ich wrzucać do worka „First Nations”. Ach, bezmiar ignorancji, który może odsłonić jedna wizyta w muzeum!

Przodkowie współczesnych Inuitów, związani z kulturą Thule, rozprzestrzenili się z Alaski na wschód przez kanadyjską Arktykę dopiero mniej więcej tysiąc lat temu. Ich języki należą do rodziny eskimo-aleuckiej, odrębnej od licznych rodzin językowych First Nations.

Inny jest nawet status prawny obu grup. Wiele First Nations łączą z Koroną historyczne traktaty, a ich status i funkcjonowanie ich społeczności od 1876 roku reguluje osławiony Indian Act. Inuici nie podlegają tej ustawie; w drugiej połowie XX wieku zawierali natomiast z rządem wielkie współczesne porozumienia dotyczące praw do ziemi. Najbardziej spektakularnym ich rezultatem było utworzenie w 1999 roku Nunavut — nowego terytorium Kanady, którego mieszkańcy są w ogromnej większości Inuitami.

Jeśli chodzi o Metysów, to już pogrążyłam się zupełnie, bo jakoś do tej pory wyobrażałam sobie, że „Metys” to po prostu osoba mająca mieszane korzenie indiańsko-europejskie (tak było u Karla Maya, mojego głównego autorytetu w tych sprawach). Osobna kultura? Osobny język? A przecież u Fiedlera jest cały rozdział o Louisie Rielu!

Bardzo podobała mi się część poświęcona strojom — kobiece oko zawsze lubi popatrzeć na kreacje ubraniowe — która dobrze pokazuje, jak zróżnicowana i bogata jest tradycja kulturowa rdzennych mieszkańców Kanady. A już te haftowane buty i rękawice — śliczności.

Najdłużej stałam właśnie przed gablotami poświęconymi kulturze materialnej Métis, nawet nie dlatego, że koralikowe wyszywanki i barwne pasy tak mnie urzekły, tylko dlatego, że była to dla mnie zupełna nowość. Potem odkryłam bardzo użyteczną stronę wirtualnego muzeum Métis: warto zajrzeć, to prawdziwa kopalnia wiedzy.

Poza tym na wystawie było wszystko, o czym można zamarzyć: niesamowite maski, kilkanaście rodzajów rakiet śnieżnych, rozmaite typy canoe, rzeźby stare i nowe i co tam jeszcze. Poczułam się raczej przytłoczona niż olśniona całym tym bogactwem. Gdyby chciało się to wszystko zwiedzić porządnie, należałoby podczas każdej wizyty oglądać tylko część ekspozycji. Ja niestety nie miałam takiego luksusu, więc wyszłam z poczuciem mętliku w głowie.

Byłam już solidnie zmęczona. Zwiedzania Stamp Collection od początku nie brałam pod uwagę, filatelistyka mnie nie wzrusza, ale czekała mnie jeszcze wystawa o historii Kanady. Z naiwnym optymizmem założyłam, że pewnie będzie nudna, a zresztą o historii mogę poczytać w książkach, więc szybko się z nią uwinę. Haha.

Ta część muzeum dzieli się na trzy galerie: wczesna Kanada do 1763 roku, Kanada kolonialna (1763–1914) i Kanada współczesna. Do wszystkich wchodzi się z centralnego pomieszczenia Canadian History Hall i chociaż raz układ jest łatwy do ogarnięcia: idzie się przez nie jak po sznurku, od początku do końca.

Wystawa o historii Kanady jest urządzona bardzo efektownie, ale widziałam w internecie zdjęcia starej z odtworzonymi wnętrzami z różnych epok historycznych i trochę mi szkoda, że zniknęła

W pierwszej galerii przeskoczyłam najstarsze dzieje rdzennych mieszkańców, bo najbardziej interesował mnie sposób przedstawienia konfliktu między osadnikami francuskimi a brytyjskimi. Dwa lata wcześniej w Quebecu zapoznałam się z frankofońskim punktem widzenia (w dużym uproszczeniu: paskudni Brytyjczycy podbili pokojowych Francuzów, a potem „podstępnie” zasiedlili Kanadę anglojęzycznymi imigrantami).

Muzeum Historii Kanady znajduje się na terytorium Quebecu, ale reprezentuje jednak oficjalną narrację federalną. Oczywiście przede wszystkim ciekawiło mnie, jak zostanie pokazana pasjonująca mnie od dłuższego czasu historia osadnictwa akadyjskiego (o Akadianach opowiadam we wpisach z Wyspy Księcia Edwarda i z Nowej Szkocji).

Szybko się zorientowałam, że muzeum stara się lawirować w opisach tak, aby mówić prawdę, ale zarazem nadać jej, hmm, krzepiący charakter. Przede wszystkim ani w wersji francuskiej, ani w angielskiej nie pojawia się Le Grand Dérangement, określenie, pod którym wydarzenie funkcjonuje w akadyjskiej pamięci historycznej. Muzeum wybiera urzędowe la déportation / the deportation.

Sam sposób przedstawienia tragedii Akadian to fascynujący przykład tego, jak można „konstruować” opowieść historyczną. Na tablicy czytamy:

Początkowo Brytyjczycy szanowali neutralność Akadian, jednak podejrzenia o agitację na rzecz Francji podważyły ich zaufanie. W 1755 roku część Akadian pomogła Francuzom w obronie fortu Beauséjour przed brytyjskim atakiem. Gubernator Charles Lawrence wraz ze swoją radą podjął decyzję o deportowaniu Akadian z Nowej Szkocji.

Brytyjscy żołnierze spędzili akadyjskich mężczyzn, kobiety i dzieci na statki, którymi wywieziono ich do francuskich i brytyjskich posiadłości rozsianych wokół Atlantyku. Deportowano około 10 000 osób; większość z nich nigdy nie powróciła. Podczas deportacji brytyjskie wojska spaliły wiele akadyjskich domów.

Inczej mówiąc, pierwsza część tekstu sugeruje, „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”.

Z dużym rozbawieniem przeczytałam dyplomatycznie wyważoną tablicę o wojnie siedmioletniej:

Wojna siedmioletnia rozpoczęła się od serii starć w Ameryce Północnej, które przerodziły się w wojnę. Podobnie jak w poprzednich konfliktach, zarówno Brytyjczycy, jak i Francuzi korzystali z wiedzy i taktyki swoich rdzennych sojuszników. I choć europejscy żołnierze uczestniczyli w walkach w Ameryce Północnej aktywniej niż sto lat wcześniej, siły rdzennych ludów nadal wykonywały znaczną część działań bojowych.

Chociaż Francuzi i ich sojusznicy w Ameryce Północnej odnieśli kilka zwycięstw w początkowej fazie wojny, latem 1759 roku brytyjskie okręty i wojska oblegały już Quebec. 13 września pokonały Francuzów na Równinie Abrahama, tuż na zachód od miasta. Nowa Francja znalazła się w rękach Brytyjczyków.

To dopiero popis językowej dyplomacji!

Dygresja: Jedna bitwa dwie historie

Dla francuskojęzycznego Quebecu bitwa na Równinie Abrahama (13 września 1759) jest jednym z wielkich symboli klęski, czymś w rodzaju bitwy pod Maciejowicami dla Polaków. Późniejsza francusko-kanadyjska, a następnie quebecka pamięć uczyniła z Conquête — Podboju — punkt zwrotny własnej historii. Nie na darmo spędziłam w swoim czasie dwie godziny w Musée du Fort w Quebecu, przyswajając sobie — nolens volens — wszystkie szczegóły kampanii wojennej 1759 roku.

Natomiast w tradycyjnej brytyjskiej historiografii i pamięci imperialnej bitwa na Równinie Abrahama była jednym z wielkich zwycięstw wojny siedmioletniej.

Dowodzący Brytyjczykami generał Wolfe urósł wręcz do rangi bohatera narodowego. Jego śmierć w chwili zwycięstwa bardzo sprzyjała mitologizacji — słynny obraz Benjamina Westa The Death of General Wolfe zrobił ogromną karierę właśnie dlatego, że przedstawiał go niemal jako świeckiego męczennika imperium. Zdobycie Quebecu interpretowano jako przełom, który otworzył Brytyjczykom drogę do przejęcia francuskiej Kanady.

West namalował kilka wersji tego obrazu, zaprezentowanego po raz pierwszy publicznie w 1771 roku w Londynie; później powielano go także na rycinach. Moim zdaniem jest okropny: Wolfe wygląda jak jakiś święty męczennik oddający duszę Bogu, otoczony nabożnymi wyznawcami. Nie brak nawet półnagiego (oczywiście) tubylca, kontemplującego z szacunkiem śmierć białego człowieka.

To trochę jak z bitwą pod Grunwaldem: dla nas jedno z największych zwycięstw w polskiej historii, podczas gdy w niemieckiej narracji nacjonalistycznej Tannenberg 1410 urósł do rangi symbolu klęski niemieckości w starciu z barbarzyńską Słowiańszczyzną. Do tego stopnia, że niemieckie zwycięstwo nad Rosjanami w 1914 roku nazwano właśnie bitwą pod Tannenbergiem i przedstawiano jako historyczny rewanż za rok 1410.

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, jak frankofońscy Kanadyjczycy reagują na płaszcz generała Wolfe’a wystawiony nabożnie w gablocie obok. Bo ja na przykład na pomnik Bismarcka w Berlinie wcale dobrze nie zareagowałam.

Najbardziej spektakularnym elementem pierwszej galerii historii Kanady jest chyba drzewo przedstawiające płodność francuskich osadniczek. Na przykładzie fille du roi Catherine Moitié pokazano, że jedna kobieta po pięciu pokoleniach mogła się dorobić ponad 600 potomków i że dzisiaj miliony osób mają wśród swoich antenatów jedną z kilkuset filles du roi. Szkoda tylko, że muzeum nie wyjaśnia lepiej, na czym właściwie polegał program filles du roi (i proszę mi nie cytować Manon Lescaut, bo to kolejny fałszywy stereotyp — nie chodziło o żadne prostytutki). Temat fascynujący, ale nie będę tu proponować żadnych dygresji, bo napiszę o nim w poście o Montrealu.

No tak, czyli kobiety w Nowej Francji potrafiły rodzić średnio po jedenaścioro dzieci. Anglosasi też wprawdzie nie próżnowali, ale zaczynam rozumieć, skąd się później wzięła słynna revanche des berceaux, czyli „zemsta kołysek”: na przełomie XIX i XX wieku płodność kobiet w Quebecu była mniej więcej o 50 procent wyższa niż w Ontario. I dlaczego Anglicy musieli „podstępnie” zaludniać Kanadę imigrantami.

Wyszłam z pierwszej galerii z mocnym postanowieniem, że teraz to już będę galopować. Ostatecznie dziewiętnastowieczna historia jest skomplikowana i tak jej nie przyswoję za jednym posiedzeniem, a zastrzyk energii w postaci lodów dawno już się ulotnił.

Posuwałam się dość szybko, popatrując pobieżnie na informacje o wojnach i kryzysach, dopóki nie dotarłam do gablotki, w której pojawiła się wzmianka o Battle of the Windmill. Stop. Przecież dopiero co czytałam u Fiedlera o bitwie o Windmill. I o jej tragicznym uczestniku, Mikołaju Szulcu, który stracił życie w walce o wolność naszą i waszą. Zgodnie z wersją Fiedlera Szulc był głównym bohaterem wydarzeń — pal licho, że tak naprawdę był z pochodzenia Finem i tylko podawał się za Polaka. Ostatecznie walczył w powstaniu listopadowym — i ogólnie rzecz biorąc, wcieleniem cnót prawdziwego patrioty.

Przecież musi być o nim jakaś wzmianka w opisie muzealnym? Przepatrzyłam szczegółowo wszystkie podpisy w gablocie. I owszem, znalazłam: „spyglass used by invader Nils von Schoultz”. Co takiego? Szlachetny obrońca uciśnionych Kanadyjczyków jęczących pod kolonialnym jarzmem to „invader”? No tak, ale cała ta wyzwoleńcza akcja została opisana na tablicy jako „invasion by American rebel sympathizers” — „inwazja amerykańskich sympatyków rebeliantów” (niezły językowy potworek). A przecież poprzednia tablica wyraźnie informowała, że kolonialny rząd torysów zachowywał się arogancko i nie szanował praw osadników.

To jest właśnie luneta Szulca vel von Schoultza. Jedyny pośrednio polski akcent w całym muzeum

A swoją drogą, sprawdziłam sobie potem kilka kanadyjskich artykułów o roku 1838 i bitwie o Windmill. W większości nie wspominano o Szulcu wcale, w pozostałych pojawiał się najwyżej en passant. I poświęcaj się tu człowieku za ideę.

Jak już zwolniłam, to zwolniłam, i to okazało się moją zgubą. Zaczęłam czytać o Métis i Louisie Rielu (o nim też Fiedler pisze) i znowu nie do końca zrozumiałam, dlaczego najpierw wydawało się, że wszystko poszło dobrze i Métis będą mieli swoją prowincję Manitobę, a potem to wszystko diabli wzięli. I dlaczego właściwie rząd Macdonalda został „outmanoeuvred” przez Metysów?

Dygresja, bo inaczej się nie da: Jak Métis wygrali Manitobę i zaraz ją stracili

W 1869 roku świeżo utworzone państwo kanadyjskie odkupiło od Kompanii Zatoki Hudsona olbrzymie Terytorium Ruperta. Nikt nie zapytał o zdanie mieszkających nad Red River Métisów, którzy stanowili tam większość ludności. Kiedy rząd w Ottawie wysłał nowego gubernatora i geometrów, żeby wytyczali działki według własnego systemu, Métis słusznie uznali, że za chwilę zostaną wywłaszczeni.

Louis Riel (pośrodku) i członkowie jego rządu tymczasowego w 1869 roku (Manitoba Archives)

I wtedy właśnie przechytrzyli rząd Macdonalda. Nie dopuścili gubernatora do kolonii i pod wodzą Louisa Riela utworzyli własny rząd tymczasowy. Kanada nie kontrolowała terytorium, które właśnie kupiła, musiała więc rozpocząć z nimi negocjacje. Rezultatem był Manitoba Act z 1870 roku: powstała nowa, oficjalnie dwujęzyczna prowincja, zagwarantowano prawa katolików i protestantów, uznano istniejące tytuły własności, a dzieciom rodzin metyskich obiecano 1,4 miliona akrów ziemi.

Przez chwilę wyglądało więc na to, że Métis odnieśli niebywałe zwycięstwo. Niestety, rząd Riela skazał na śmierć i rozstrzelał niejakiego Thomasa Scotta, zaciekłego przeciwnika Métisów. W anglojęzycznym Ontario Scott natychmiast został męczennikiem, a Riel — mordercą. Kiedy do Red River wkroczyły oddziały federalne, Riel musiał uciekać do Stanów Zjednoczonych, a żołnierze i nowi osadnicy zaczęli terroryzować miejscową ludność.

Ostrożna zwykle narracja muzealna traktuje Riela z wyraźną sympatią. W opisie jego procesu i egzekucji podkreślono, że za winnego uznała go ława przysięgłych złożona z „sześciu mężczyzn brytyjskiego pochodzenia”, a zamieszczona obok fotografia jego dzieci wyraźnie zachęca zwiedzającego, aby się wzruszył.

Obiecane nadania ziemi realizowano tak opieszale i chaotycznie, że wielu Métisów sprzedało swoje prawa spekulantom albo zostało z niczym. W ciągu kilkunastu lat napływ anglojęzycznych osadników zmienił proporcje ludności, a tysiące Métisów przeniosły się dalej na zachód, na tereny dzisiejszej prowincji Saskatchewan. Kiedy kilkanaście lat później także tam zagrożono ich prawom do ziemi, ponownie wezwali Riela — ale drugi opór zakończył się klęską i jego egzekucją.

Przeskoczyłam utworzenie konfederacji w 1867 roku, bo to już przerobiłam na Wyspie Księcia Edwarda, ale utknęłam na budowie kolei transkontynentalnej i zasiedlaniu Kolumbii Brytyjskiej — skoro właśnie się tam wybierałam… No, a potem na części o imigracji.

Canadian Pacific Railway (CPR) została wybudowana w oszałamiającym tempie (1881-1885). Nazwano ją National Dream: państwo właściwie najpierw zbudowało linię przez niemal bezludne tereny, a dopiero później sprowadzało osadników, którzy mieli zapewnić im gospodarczą rację bytu. Temat CPR co chwilę powracał w czasie mojej podróży po Kolumbii Brytyjskiej.

W dziale poświęconym imigrantom stwierdziłam z urazą, że znowu nie ma ani słowa o Polakach. Jest za to prawdziwa ukraińska cerkiew pod wezwaniem św. Onufrego, przeniesiona z Alberty.

Dom, odzież i narzędzia — wszystko bardzo ukraińskie. Tylko to drzewo jakoś nie pasuje… Czy fakt, że jednym z głównych organizatorów ukraińskiej emigracji do Kanady był Józef Olesków, szwagier mojej prababci, można uznać za akcent polski?

Bardzo podobała mi się wizualna konfrontacja sielankowych reklam, którymi kuszono potencjalnych imigrantów, ze „skrzeczącą” rzeczywistością, jaką zastawali po przybyciu do nowej ojczyzny.

Po wyjściu z drugiej galerii jakoś przestałam być nawet głodna i postanowiłam, że zbiorę siły na szybkie obejrzenie trzeciej. No tak, do trzech razy sztuka…

Narracja trzeciej części wystawy zaczyna się od 1914 roku, czyli od pierwszej wojny światowej, i od razu trafiłam na coś, o czym nie miałam pojęcia: już wtedy w Kanadzie internowano imigrantów pochodzących z nieprzyjacielskich państw. Padło głównie na Ukraińców, których jako poddanych Austro-Węgier potraktowano jak potencjalnych szpiegów i piątą kolumnę (pewnie przydarzyło się to również jakimś Polakom, ale o tym żadnych informacji nie było).

Jakoś udało mi się przemknąć przez okres międzywojenny, ale przy drugiej wojnie światowej sprawdziłam drapieżnym wzrokiem, jak opisano internowanie Japończyków. Dość uczciwie, choć raczej lakonicznie, no i określenie przymusowego wywożenia ich do obozów jako „they settled in the British Columbia interior” jest co najmniej eufemizmem.

Na plakacie z 1942 roku Niemiec i Japończyk wyciągają szpony nad Kanadą, przy czym ten drugi jest rasistowską karykaturą w najczystszej postaci. A potem wystarczyło już tylko uznać, że każdy człowiek o japońskich rysach może być wrogiem, nawet jeśli urodził się w Kanadzie i ma kanadyjskie obywatelstwo.

No i już mogłam wkroczyć do powojennej Kanady, która powitała mnie radosnym banerem L’État-providence — Welfare State. (Uwaga: obniżenie poziomu cukru we krwi zwykle owocuje u starszej pani wzrostem poziomu złośliwości).

Przyjrzałam się tablicom o powojennej akcji przyjmowania do Kanady tak zwanych displaced persons — ostatnia szansa, że będzie coś o Polakach. Nie było. Akcję przedstawiono z fanfarami jako wyraz humanitarnej postawy kanadyjskiego rządu. Humanitarnej, czemu nie, ale wcale nie bezinteresownej. Kanada zgodziła się na przykład przyjąć ponad cztery tysiące polskich żołnierzy z korpusu Andersa, ale warunkiem wjazdu było podpisanie dwuletniego kontraktu na ciężką pracę fizyczną w rolnictwie lub przy wyrębie lasów. Rząd Kanady wykorzystał polskich żołnierzy do załatania luki na rynku pracy po zwolnionych niemieckich jeńcach wojennych. Warunki bytowe na farmach były bardzo surowe, a zarobki niskie. Taki rodzaj kontraktowej pańszczyzny, na szczęście stosunkowo niedługiej (więcej o losach polskich żołnierzy w Kanadzie w tym artykule). W sumie w pierwszym dziesięcioleciu po wojnie do Kanady trafiło ponad sześćdziesiąt tysięcy polskich dipisów (displaced persons).

Sypialnia (chyba raczej: hangar noclegowy) w szkole rezydencjalnej w Sault Ste. Marie

Najbardziej w tej nowoczesnej części czekałam na przedstawienie sprawy Quebecu, ale wcześniej zatrzymałam się jeszcze przy segmencie poświęconym nadużyciom popełnionym wobec rdzennych mieszkańców. Było sporo o szkołach rezydencjalnych — tutaj rząd naprawdę odrobił lekcję. Miałam już z tym tematem dużo do czynienia, zarówno w muzeach w Quebecu i Montrealu, jak i poprzez lektury, ale zawsze mnie porusza. Może dlatego, że chodzi o dzieci i że jest tak dotykalnie świeży — ostatnią taką szkołę zamknięto w 1996 roku. Nagrania ze świadectwami ludzi, którzy przeżyli te szkoły, nieodmiennie doprowadzają mnie prawie do łez, co jest wybitnie krępujące w miejscach publicznych.

Nowością był dla mnie natomiast segment poświęcony Inuitom, których rząd kanadyjski także nie głaskał po głowie, obracając nawet teoretycznie humanitarne akcje w bezduszną maszynerię. Na przykład chorych na gruźlicę Inuitów wywożono do szpitali daleko na południe, a w przypadku ich śmierci często nawet nie informowano rodziny.

Wyjątkowo odstręczające jest to, że rząd kanadyjski przez długi czas odmawiał uznania tradycyjnych, jednoczłonowych imion inuickich za oficjalne. Zamiast tego wprowadzono system metalowych krążków identyfikacyjnych. Każdy Inuit musiał nosić przy sobie numerek (np. E5-2125), pod którym figurował w rządowych rejestrach, jak gdyby był jakimś zwierzęciem gospodarskim.

Ta rzeźba przedstawia jedną z okrutniejszych i najbardziej bezdusznych praktyk stosowanych do lat siedemdziesiątych: masowe zabijanie przez policjantów psów zaprzęgowych, które były dla Inuitów podstawą ich materialnego bytu.

Gdzie ten Quebec? Jest! Miałam jeszcze w pamięci lekcję historii opowiedzianą nam przez przewodnika w parlamencie Quebecu, więc bardzo byłam ciekawa, jak ta sama historia zostanie przedstawiona w wersji federalnej. Przecież nie da się wszystkiego zamieść pod dywan.

I tu to ja zostałam outmanoeuvred. Narracja muzealna niczego nie ukrywa ani nie przeinacza faktów, za to opowiada o Revolution Tranquille w taki sposób, że… właściwie nie wiadomo, o co w niej chodziło. Oto dosłowny cytat:

Nacjonalizm quebecki przekształca Quebec i Kanadę.
Współczesny Quebec zmienił się dramatycznie, a reszta Kanady z trudem próbowała zrozumieć te przemiany. W latach 60. Spokojna Rewolucja przyniosła serię szybkich reform. Od lat 70. debata nad niepodległością dzieli mieszkańców Quebecu.

No i co, człowieku, jesteś mądrzejszy, niż byłeś? Dział dotyczący Quebecu w ostatnich dziesięcioleciach jest dość rozbudowany, a jednocześnie zręcznie jak piskorz wymyka się pytaniom o to, DLACZEGO. Dlaczego sytuacja w Quebecu tak się zradykalizowała politycznie? Skąd wziął się terroryzm FLQ? Dlaczego później doszło aż do dwóch referendów w sprawie suwerenności? Rozumiem, że muzeum zaprasza mnie, abym razem z resztą (anglojęzycznej) Kanady dziwiła się, co też tym Quebecczykom strzeliło do głowy.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się w segmencie poświęconym wizycie Charles’a de Gaulle’a w Kanadzie i skandalowi wywołanemu jego przemówieniem w Montrealu w 1967 roku. (Nie miałam o nim wcześniej pojęcia). Obejrzałam sobie przemówienie — kto chce, też może, jest na YouTubie — a jego eksklamację Vive le Québec libre! powitał dziki ryk entuzjazmu. A jak nam o tym opowiada muzeum?

Cztery słowa, które wywołały falę przypływu

Vive le Québec libre!” [„Niech żyje wolny Quebec!”] — te słowa wypowiedziane przez generała de Gaulle’a w Montrealu wywołały falę oburzenia w całym kraju. Separatyści przyjęli je z zachwytem, natomiast umiarkowani nacjonaliści i federaliści byli wściekli. W Ottawie premier Lester B. Pearson potępił ingerencję de Gaulle’a w wewnętrzne sprawy Kanady. Anglojęzyczni Kanadyjczycy byli oburzeni i czuli się zdradzeni. Dwadzieścia lat po tym, jak kanadyjscy żołnierze oddali życie za wyzwolenie Francji, odpowiedź francuskiego prezydenta odebrano nie jako wyraz wdzięczności, lecz jako zniewagę. Jego przemówienie zwróciło uwagę świata na kwestię Quebecu.

W tym momencie moje zainteresowanie muzealną narracją o kanadyjskiej sytuacji politycznej wygasło. Przez ostatnią sekcję, poświęconą głównie wszystkim pozytywnym zmianom w Kanadzie — jej wielokulturowości, tolerancji, otwarciu na imigrację, osiągnięciom sportowym (hokej, hokej!) — przeszłam dość żwawym krokiem.

Spacer po Gatineau… można sobie darować

Tylko że mogłam się tak nie spieszyć, bo po zejściu na dół okazało się, że pada, i to dosyć solidnie, a ja nie miałam nawet parasolki. Nawet deszcz nie mógł mnie jednak skłonić do obejrzenia wystawy znaczków. Siadłam sobie na ławce i zagłębiłam się w lekturę kryminału Louise Penny. Wprawdzie nie rozgrywa się w Ottawie, ale całkiem niedaleko — w Montrealu i okolicach.

Była co prawda opcja, żeby zawołać ubera i po prostu wrócić do domu — po czterech godzinach w muzeum chyba na to zasłużyłam — ale uparłam się na spacer po Gatineau, bo chciałam się przekonać, jak bardzo jest francuskie. Po półgodzinie deszcz przestał padać i mogłam się ruszyć. Przeszłam dwiema uliczkami tak zwanego Quartier du Musée, zabytkowej dzielnicy położonej w dawnym mieście o bardzo francuskiej nazwie Hull. Stoi tam kilkadziesiąt starych domków. Może architektonicznie różnią się odrobinę od tych po drugiej stronie rzeki, nie jestem pewna. Przeczytałam tablicę informacyjną o historii miejsca — tu już żadnej taryfy ulgowej, tylko po francusku. Na lewo bloki, na prawo bloki, ludzi nie widać, sklepów nie ma… Postanowiłam dotrzeć do placu Laval i okolic, które Google Maps pokazywały na żółto jako „strefę bardzo uczęszczaną” przez pieszych.

Dotarłam. Pusto wszędzie, głucho wszędzie. Jakieś lokale, owszem, ale wszystko pozamykane albo à vendre. Nigdzie żywego ducha. Zwątpiłam i zawołałam Lyfta. Moja francuska przechadzka okazała się całkowitą klapą. Dopiero potem zrozumiałam, że ta część Gatineau to przede wszystkim biura federalne. W sobotnie popołudnie nikt tam z własnej woli nie zagląda. Mogłam sobie zostać jeszcze z godzinkę w muzeum i wyczytać do końca wszystkie tablice informacyjne.

Poprzednie wpisy z Ottawy:

Jak starsza pani jechała do Ottawy

Ottawa – można, ale niekoniecznie

Jedna odpowiedź na “Ottawa 2026: Muzeum po niewłaściwej stronie rzeki. Tajemnica Gatineau”

  1. […] Jedna stolica – dwa miasta. Tajemnica Gatineau […]

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej