Polecieć do Serbii: czym i za ile
Starsza pani nigdy jeszcze nie była w Serbii. To znaczy technicznie rzecz biorąc była, bo na początku lat dziewięćdziesiątych w drodze do Salonik przejechała przez nią pociągiem i nawet wysiadła na chwilę na peron w Belgradzie. Pomysł był taki, żeby zrobić sobie jednodniową przerwę w podróży, ale coś nieprzyjemnego wisiało w powietrzu. Starsza pani (która wtedy nie była jeszcze starszą panią, tylko młodą studentką) i jej koleżanki popatrzyły na siebie i pospiesznie wskoczyły z powrotem do pociągu. Pierwsze starcia zbrojne między Serbami a Chorwatami zaczęły się trzy tygodnie później.
Teraz zresztą atmosfera w Serbii też nie jest sielankowa, ale o tym później.
Wybrałam się tam, bo… no tak, łatwo się domyślić. Konferencja w romantycznym miejscu i jeszcze zaproszenie na wykład. Na taki haczyk ryba, a raczej starsza pani, zawsze się złapie.

Belgrad nie jest miejscem na tyle turystycznym, żeby latały do niego tanie linie. To znaczy latają, owszem, ale rzadko i niechętnie. Okazało się jednak, że Air Serbia ma zupełnie przyzwoite taryfy i za bilet bez bagażu rejestrowanego zapłaciłam sto czterdzieści euro. W czasie lotu otrzymałam nawet darmowy poczęstunek, składający się z buteleczki wody oraz mikroskopijnej torebki herbatników, które smakowały kubek w kubek jak sławne włoskie ciasteczka dla dzieci Plasmon. Starsza pani, nieco zdumiona tym podejściem dietetycznym linii lotniczych, obejrzała skrupulatnie opakowanie i odkryła, że herbatniki nazywają się „Plazma”. Bardzo podejrzane podobieństwo nazwy, a zwłaszcza smaku. Kiedy potem, już w Belgradzie, zobaczyłam propozycje koktajli Plazma, deserów Plazma, naleśników z Plazmą i innych smakołyków, uznałam, że muszę poważnie zgłębić temat.
Dygresja: od Plasmonu do Plazmy albo co Serbowie kochają jeść na śniadanie


Szperanie w Internecie zaowocowało odkryciem historii prawie na miarę filmu szpiegowskiego. Herbatniki wprowadził do jugosłowiańskiej produkcji pod koniec lat sześćdziesiątych niejaki Petar Tutavac, który w wywiadzie w 2021 sam powiedział, że oparł się na włoskiej recepturze (Plasmon wypuścił na rynek swoje sławne ciasteczka dla dzieci już w 1902 roku). Ale skąd ją znał? O tym już większość źródeł, do których dotarłam, jakoś milczy, chociaż w którymś artykule wyczytałam, że Tutavac pracował we Włoszech i wrócił do Jugosławii po wykupieniu Plasmona przez koncern Heinza. W Serbii Tutavac przeszedł do historii jako „pierwszy jugosłowiański fachowiec od wyrobu herbatników” i „ojciec” całej gamy słodkich produktów. W pośmiertnych artykułach pojawiają się co prawda oględne wzmianki o sprawie sądowej i ugodzie zawartej w latach siedemdziesiątych z włoską firmą Plasmon „że Jugosławia może produkować herbatniki, nie wolno jej jednak eksportować ich na włoski rynek”, ale przede wszystkim podkreśla się, że Tutavac nie patentował swoich przepisów, bo uważał, że powinny należeć „do ludu”. Prawie jak Maria Skłodowska-Curie.

Na pewno ludowe jest w jugosłowiańskich herbatnikach to, że do produkcji używano tańszych odpowiedników, co oczywiście znacznie obniżyło cenę. Tutaj także początkowo reklamowano je przede wszystkim jako produkt dla dzieci, ale szybko przekonali się do nich także dorośli i w rezultacie dzisiaj opisywane są jako “legendarny produkt, którym kolejne pokolenia zajadają się od dziesięcioleci.” Znalazłam nawet zabawną reklamę, w której tatuś kradnie dziecku poranne mleko z pokruszonymi herbatnikami. Tytuł reklamy jest także wymowny: „Tvoj Plazma ritual”. W innej reklamie, jeszcze z lat osiemdziesiątych, mamy jelonka (bo założona przez Tutavaca fabryka nazywa się “Bambi”) i krzepiące obrazy całej populacji konsumującej gorliwie herbatniki przy akompaniamencie wesołej piosenki. Z opisu pod filmikiem dowiedziałam się, że słowa piosenki to “”Bambi Plazma, Bambi Plazma, Bambi! Kochamy herbatniki Plazma, moja mama, mój tata i ja” i że była ona tak popularna, że do dzisiaj starszemu pokoleniu łza się w oku kręci, kiedy ją słyszy. Swoją drogą, w Polsce w latach osiemdziesiątych w telewizji pojawiała się chyba tylko reklama prusakolepu. Żadna łezka mi się w oku nie kręci.

„Polish no”, czyli witamy w Serbii
Lotnisko w Belgradzie jest niezbyt duże, niezbyt zatłoczone i nie wyróżnia się niczym szczególnym poza nazwą, nosi bowiem imię sławnego wynalazcy Nikoli Tesli. Stylizowana twarz Tesli widnieje także na statecznikach Airbusa Air Serbia, chociaż portret jest niezbyt udany: moja córka, której wysłałam zdjęcie, była przekonana, że chodzi o Roosevelta!
Starsza pani od razu po wylądowaniu przełączyła przesył danych w telefonie na pakiet e-SIM, żeby jakaś nieostrożna akcja nie zaowocowała potężnymi kosztami i ruszyła dziarskim krokiem do automatycznej bramki kontroli paszportów, nie popatrzywszy uważnie na tablicę z wymalowanymi flagami.
No i co? Okazało się, że bramka nie przyjmuje mojego paszportu. Pracowniczka lotniska popatrzyła na mój dokument, powiedziała „Polish no” i skierowała mnie do okienka. Przyjrzałam się uważniej tablicy: faktycznie, biało-czerwonej flagi nie było. Ustawiłam się więc posłusznie w kolejce do sprawdzania paszportów, kipiąc od patriotycznej irytacji: Czesi tak, a Polacy nie? Co to za porządki? Później doczytałam, że automatyczna kontrola graniczna na lotnisku w Belgradzie wdrażana jest stopniowo i poszczególne kraje dodawane są „ręcznie” (w tej chwili, tj. wrzesień 2026, dwadzieścia jeden) według priorytetów we współpracy dwustronnej.

Całe szczęście, że kolejka była krótka i szybko się posuwała, więc przeszłam przez kontrolę, zanim zdążyłam się rozindyczyć na serio.
Zawsze rozpracowuję problem dojazdu z lotniska do centrum jeszcze przed podróżą, więc od razu udałam się na poszukiwanie przystanku autobusu miejskiego 72. Nie jest to szczególnie skomplikowane – wystarczy wyjść z hali przylotów i już jesteśmy w odpowiednim miejscu.
Nie brałam pod uwagę taksówki, bo kurs z lotniska to ponad dwadzieścia euro, a jeszcze podobno trzeba uważać na naciągaczy. Są też minibusy linii A1, bilet kosztuje w tej chwili 400 dinarów, czyli jakieś 15 złotych, ale trzeba zapłacić kierowcy gotówką, więc musiałabym wymienić pieniądze na lotnisku. Po co, skoro wyczytałam sobie, że komunikacja miejska jest bezpłatna. Co prawda A1 jest dużo szybszy, bo prawie nie ma przystanków, ale nie spieszyłam się przecież na spotkanie biznesowe. A z końcowego przystanku A1 i tak musiałabym jeszcze dojechać do ulicy Skadarskiej, gdzie miałam nocleg.

Jedynym minusem czekania na 72 była konieczność stania w kłębach papierosowego dymu zmieszanego ze smrodem spalin. Już się z tym zetknęłam w Albanii, ale w Serbii jest jeszcze gorzej: palić można wszędzie i wszyscy z tego ochoczo korzystają. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa.
Do centrum autobus rzeczywiście przebijał się dość długo – podróż trwała prawie godzinę – więc gdybym musiała stać, nie byłoby to idealne rozwiązanie. No, ale nie musiałam (uwaga, to nie Uzbekistan: ludzie nie ustępują automatycznie miejsca starszym paniom). O widokach nie warto się rozwodzić, bo ich nie ma, przedmieścia Belgradu są przygnębiająco szarobure. Poza tym w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że czegoś brakuje w moim podróżnym inwentarzu. No tak, gdzie jest mój zapinany sweterek? Chwila skupienia i zorientowałam się, że musiałam go zostawić na siedzeniu w samolocie.

Płaczcie, narody, to mój ukochany kardigan, wszędzie ze mną jeździ! Gubiłam go już trzy razy: w Wilnie w wypożyczonym samochodzie, w Bolonii w restauracji i w Uzbekistanie w pensjonacie. Zawsze jakimś cudem go odzyskiwałam.
Już chciałam odżałować utraconą sztukę odzieży, ale pomyślałam sobie, że może jeszcze nie wszystko stracone. Nieoceniony (tym razem) ChatGPT natychmiast wyszukał mi biuro rzeczy znalezionych na lotnisku i nawet adres mailowy. Jeszcze w autobusie wystukałam mail, a już po pięciu minutach dostałam odpowiedź ze zdjęciem znalezionego sweterka. Hurra! Wrócił mi dobry humor.
Samo centrum prezentuje się już bardziej okazale i, co ciekawe, nie jest płaskie, tylko pofałdowane. Niezbyt to atrakcyjne z punktu widzenia ciągnięcia walizki, ale wprowadza miłe urozmaicenie krajobrazowe.
Skadarska: pokusy i błogosławiona cisza
Mój Airbnb znajdował się na ulicy Skadarskiej, która, jak się wkrótce zorientowałam, jest sercem dzielnicy Skadarlija, tak jakby odpowiednika krakowskiego Kazimierza: knajpa na knajpie, bar na barze. W dodatku wybrukowana kocimi łbami, dobrze, że nie chodzę w szpilkach. Szukałam po prostu noclegu blisko miejsca wykładu następnego dnia, a trafiłam w sam środek nocnych (godziwych) rozrywek. Na szczęście mieszkanie znajdowało się na samym początku ulicy i wychodziło na podwórko, więc wieczorem miałam błogosławioną ciszę. Grzesznym pokusom (naprzeciwko wejścia znajdowały się aż dwa punkty sprzedaży rakiji zachęcające do degustacji) jakoś się oparłam.

Trudniej było się oprzeć pokusie w środku, bo okazało się, że właściciel zostawił mi na powitanie małą butelkę wina Primitivo Siciliano (chyba bym wolała rakiję!). Uznałam jednak, że drinki na pusty żołądek skończą się chrapaniem na łóżku. Ogarnęłam się więc trochę i ruszyłam w miasto. W planach było zwiedzanie, ale najpierw chciałam wymienić pieniądze i coś zjeść.

Wymiana pieniędzy to w Belgradzie (a także w mniejszych miejscowościach, jak potem sprawdziłam) nie problem: kantorów (po serbsku menjačnica) jest sporo. Proponują uczciwy kurs i nie żądają prowizji. Zresztą nie trzeba wymieniać dużo: inaczej niż w Albanii, w wielu miejscach, także poza stolicą, zapłacimy kartą. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że tylko gotówkę przyjmują niektóre muzea, przewoźnicy (tak jak minibus z lotniska), małe prywatne noclegi i duże państwowe stacje benzynowe (NIS i Gazprom), o czym potem.

Wymieniłam więc bez problemów 100 euro, które wystarczyły mi do końca pobytu, i zaczęłam się rozglądać za apetycznym miejscem na obiad. Na lewo restauracja, na prawo restauracja… ostatecznie zdecydowałam się na VegAngels, no i całe szczęście, bo okazało się, że potem już przyszło mi jeść mięso, i mięso i mięso. Z dużą przyjemnością skonsumowałam buraczane risotto i poczułam się gotowa do odkrywania miasta.
U księżnej Ljubicy
Niestety, dochodziła już 16, więc z wizyty w Muzeum Narodowym Serbii z żalem zrezygnowałam i w ramach skromnej rekompensaty pogalopowałam do Pałacu Księżnej Ljubicy.
O rzeczonym dziewiętnastowiecznym pałacu wiedziałam tylko, że jest to, cytuję, „unikalny przykład stylu serbsko-bałkańskiego”, co wystarczyło, aby pobudzić moją ciekawość, chociaż o księżnej Ljubicy nie wiedziałam już zgoła nic.
Stare centrum Belgradu jest dość kompaktowe. Do muzeum z centralnego reprezentacyjnego deptaku (ulicy Kneza Mihaila czyli Księcia Michała) wystarczy odbić pięć minut w bok.

Określenie budynku mianem „pałacu” jest sporą przesadą. Moim zdaniem, przy dobrych chęciach można go nazwać „pałacykiem”. Co nie zmienia faktu, że jest uroczy i wyłania się niespodziewanie w otoczeniu ogrodu na spokojnej uliczce.
Na mój widok strażnik, palący (oczywiście) papierosa, oderwał się od kontemplacji ogrodzenia i uprzejmie pobiegł, by otworzyć mi drzwi.
W środku pani w kasie sprzedała mi bilet za 300 dinarów, czyli ok. 12 złotych (200-300 dinarów to norma w większości muzeów), po czym udała się ze mną do centralnej sali na parterze, żeby udzielić mi podstawowych informacji o historii budynku i ekspozycji muzealnej. Mogła to zrobić bez przeszkód, bo byłam w tej chwili jedyną zwiedzającą. Szczęśliwie posługiwała się dobrym angielskim.
Dowiedziałam się więc, że pałac wzniósł książę Miłosz (Miloš) Obrenović na początku lat trzydziestych XIX wieku, głównie dla żony Ljubicy, bo chociaż po drugim powstaniu serbskim w 1815 roku kraj uzyskał autonomię, książę wciąż był wasalem sułtana, a w Belgradzie stacjonował turecki garnizon. Miłosz wolał więc przebywać w innej, ukrytej w lesie rezydencji. A może miało to też coś wspólnego z jego licznymi kochankami, ale o tym pani z muzeum nic nie wspomniała, doczytałam sobie później.
Zostałam poinformowana, że w pierwszej połowie XIX wieku w Belgradzie wnętrza urządzano jeszcze w stylu orientalizującym. Dopiero później zaczęła tu przenikać moda na zachodni wystrój wnętrz, a muzeum stara się pokazać tę ewolucję. Zwiedzić powinnam najpierw parter, potem pierwsze piętro, a na końcu piwnicę.
Starsza pani oczywiście skorzystała z okazji, żeby wycisnąć z przewodniczki coś bardziej ekscytującego. Czy rodzina Obrenowiczów długo tu mieszkała? Niedługo, bo w 1839 roku do władzy doszedł ród Karadżordżewiczów (co na polski można by przetłumaczyć jako coś w rodzaju „Czarnojerzowiczów”?) i Obrenowicze musieli uciekać. Ljubica zmarła niedługo potem, a pałac używany był w różnych celach: jako liceum, sąd, placówka dla dzieci niesłyszących. To chyba za wiele z oryginalnych wnętrz nie zostało? – dociekała starsza pani. Faktycznie, z wystroju nic. Podłogi, schody, sufity itd. to także rekonstrukcja. Ale meble są „z epoki”.
Pani popatrzyła na mnie z niejakim wyrzutem i wycofała się do pomieszczenia z kasą.
No dobrze, powędrowałam, by przyjrzeć się meblom z epoki. Zobaczyłam kilka ładnych sprzętów, ale w Kamienicy Hipolitów w Krakowie można (było) obejrzeć i ładniejsze europejskie stoły czy sofy, a z kolei np. w kamiennych domach w Gjirokastrze całe zachowane orientalne wnętrza. Większe zainteresowanie wzbudziły we mnie wiszące na ścianach portrety. W pierwszym pokoju całą ścianę zajmowali Obrenowicze: książę Miłosz, księżna Ljubica i jej dwaj synowie, Milan i Michał. Najpierw pomyślałam: „ale przystojniaki!”, potem zaczęłam kontemplować modę. Stary Miłosz wygląda tureckawo, w czerwonym mundurze z licznymi złotymi szamerunkami i wielkiej czerwonej czapie. Księżna też prezentuje się dość egzotycznie, w jakimś takim zawoju zamotanym na głowie i chuście skrzyżowanej na biuście (potem zobaczyłam podobną modę damską na innych portretach), natomiast jej syn Milan jest już odziany w europejski mundur. Z kolei książę Michał, młodzieniec piękny jak młody bóg, ma na sobie barwny strój, ni to mundur, ni cywilne ubranie i też czerwoną czapkę, tylko już znacznie mniejszą gabarytowo niż ta tatusia.

Książę Miłosz, założyciel dynastii Obrenowiczów. Na portrecie wygląda bardzo dostojnie i bogato, ale w rzeczywistości przyszedł na świat w biednej chłopskiej rodzinie, doszedł do władzy dzięki uczestnictwu w II powstaniu serbskim. Do końca życia pozostał analfabetą: listy dyktował i podpisywał, odciskając na nich pieczęć. Ten medalion na mundurze, to portret sułtana Mahmuda II, książę był oficjalnie jego wasalem.
Potem zwróciłam uwagę jeszcze na coś innego: przy portrecie Ljubicy i Milana widniała data 1882, chociaż ona zmarła w 1843 roku, a Milan już w 1839. Portret z fotografii? Hmm, jakoś trudno mi sobie wyobrazić modę na dagerotypy w Serbii w latach trzydziestych XIX wieku. Potem zorientowałam się, że artysta połączył w jedną kompozycję dwa stare i brzydsze portrety sporządzone za życia zainteresowanych.
Chłopak jak malowanie! Michał Obrenowicz ma na tym portrecie ok. 18 lat. Był wtedy panującym księciem, może dlatego pozuje w albańskim stroju narodowym. W późniejszym wieku też był przystojny, tylko zapuścił sobie te koszmarne baczki, które wtedy były w modzie

W kolejnych salach też patrzyłam raczej na portrety, zaczęłam już rozróżniać typowe elementy serbskiego stroju narodowego, przede wszystkim krótkie, bogato haftowane kurteczki czy też serdaczki, no i te skrzyżowane chusty na biuście u kobiet. Nazywały się grudna marama i służyły do zasłaniania zbyt wyciętych dekoltów. Fakt, w Polsce też szlachcianki zakładały koszule pod sukniami, żeby nie epatować biustem.

Książę Milan też przystojny (moim zdaniem przebiłby Alberta w konkurach do królowej Wiktorii) i z kolei całkiem zeuropeizowany. Był władcą niespełna miesiąc i prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, bo w chwili wymuszonej abdykacji jego ojca w 1839 roku dogorywał na gruźlicę.
Potem w jednej z sal natknęłam się na fotografię podpisaną „król Aleksander Obrenović i królowa Draga”. Przepraszam? Przecież pani mi powiedziała, że Obrenowiczów wypędzono w 1839 roku? Przez chwilę wahałam się, czy nie wrócić do pani i nie zażądać wyjaśnień, ale akurat weszła jakaś para zwiedzających i wysłuchiwała opowieści o muzeum, tym razem po serbsku. Wyciągnęłam komórkę.
Starsza pani zwykle nie ma większych problemów z rozwikłaniem dynastycznych genealogii, ale tym razem już po chwili zrozumiałam, że potrzebna będzie dłuższa lektura. Księcia Miłosza wypędzono w 1839 roku, jednak Ljubica została w Belgradzie z synem Milanem (to ten z przerobionego portretu), który jednakowoż rządził tylko dwadzieścia kilka dni. A potem władcą został szesnastoletni wtedy Michał (ten śliczny w stroju narodowym), ale w 1842 roku też go wypędzono i uciekł z Serbii razem z matką. Tylko, że po jakimś czasie Serbom znudzili się ci Czarnojerzowicze i wezwali Michała z powrotem. Acha, to ten sam od deptaku księcia Michała i pomnika konnego przed Muzeum Narodowym Serbii na Placu Republiki. A potem został zamordowany… stop. Musiałam odłożyć lekturę na później, bo chyba nie wyszłabym z muzeum do zamknięcia. Wstrząsającą historię o Obrenowiczach, Karadżordżewiczach i rozmaitych krwawych wydarzeniach związanych z serbskim tronem uzupełniłam sobie wieczorem, zamiast przygotowywać się do wykładu.
Dygresja: pomyśl dwa razy, zanim wyjdziesz za serbskiego króla
Na tle innych okolicznych krajów, takich jak Grecja, Albania, Bułgaria czy Rumunia, Serbia wyróżniła się tym, że po wyzwoleniu się od Turcji zafundowała sobie rodzimych monarchów, Obrenowiczy i Karadżordżewiczy. Pierwszym Karadżordziewiczem u władzy był Aleksander, syn Jerzego Czarnego, też przywódcy jakiegoś powstania (nie pytajcie mnie ludzie o szczegóły), który został zamordowany, znaczy Jerzy, z rozkazu Miłosza.

W 1858 roku Serbowie stwierdzili, że jednak wolą drugą rodzinę, więc zdetronizowali Aleksandra i wezwali z powrotem do kraju Obrenowiczów. Miłosz wkrótce zmarł, a władzę przejął jego syn Michał, który tymczasem dorósł i zmężniał, wdrożył program modernizacji kraju i w ogóle zasłużył się na różne sposoby. Pewnie zdziałałby i więcej. Niestety, już w 1868 roku został zamordowany podczas spaceru w parku ze swoją młodą kuzynką, Katariną Konstantinović (bardzo młodą, miała wtedy niespełna 20 lat), z którą zamierzał się ożenić po uzyskaniu rozwodu z żoną. Plany matrymonialne księcia nie spotkały się ze społeczną aprobatą, ale chyba nie to było powodem zamachu., w którym zginęła także matka dziewczyny, próbująca zasłonić księcia własnym ciałem. Sama Katarina przeżyła, zresztą jej dalsze losy to temat na odrębną powieść sensacyjną.
Michał nie miał ślubnych dzieci, więc na tronie posadzono jego nieletniego krewniaka, czternastoletniego Milana (dużej fantazji do imion to w tej rodzinie nie miano). Za panowania Milana Serbia stała się w 1882 roku królestwem, ale samego króla poddani nie lubili, a on ich chyba też nie, bo w 1889 roku abdykował na rzecz swojego dwunastoletniego syna Aleksandra i wyjechał do Paryża.

Aleksander to właśnie ten król, którego zobaczyłam na fotografii w muzeum. Władcą był nienajlepszym i skłonnym do drastycznych akcji w rodzaju puczów wojskowych i zamachów stanu. Jego małżeństwo z Dragą Mašin, starszą od niego o dziesięć lat wdową o umiarkowanej reputacji, wywołało powszechne oburzenie, a niepopularne decyzje podejmowane przez władcę już po ślubie przypisywano jej zgubnym wpływom (no tak, cherchez la femme). Fatalna w skutkach okazała się pogłoska, że król ma zamiar mianować następcą tronu brata Dragi. W 1903 roku grupa oficerów wtargnęła do pałacu królewskiego w morderczych zamiarach. Zamachowcy przez dwie godziny bezskutecznie przetrząsali budynek w poszukiwaniu swoich ofiar, w końcu jednak znaleźli Aleksandra i Dragę ukrytych w jakimś schowku, zastrzelili ich i okaleczyli ich ciała, po czym wyrzucili je przez okno. Przy okazji zamordowano też braci królowej, premiera, ministra obrony i jeszcze paru dygnitarzy.

W ten sposób skończyły się rządy Obrenowiczów. Następnym królem został Piotr Karadżordżewicz, syn Aleksandra, tego wypędzonego w 1858. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej, stał się władcą zjednoczonego królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, de facto jednak już od 1914 roku krajem w imieniu sędziwego ojca rządził jego syn, Aleksander (tak, wiem, zwariować można z tymi imionami). Piotrowi jakoś udało się umrzeć śmiercią naturalną w 1921 roku, natomiast jego syn znowu nie pożył sobie długo, bo w 1934 roku zginął w zamachu w Marsylii. Jego syn Piotr, miał wtedy 11 lat. Słowo daję, gdyby mi się jakiś serbski książę oświadczył, pomyślałabym dwa razy przed przyjęciem propozycji.
Na zakończenie zwiedzania zeszłam jeszcze, zgodnie z zaleceniem pani, do piwnic, w których jest po prostu sala konferencyjna, ale również, co starszą panią bardziej zainteresowało, toalety. Niestety ani w damskiej, ani w męskiej nie znalazłam papieru toaletowego, pojemnik na mydło był pusty, a suszarka do rąk nie działała. Dobrze, że na wszelki wypadek noszę ze sobą chusteczki higieniczne.

Cała wizyta, łącznie z inspekcją sanitarną i rozszyfrowywaniem portretów, zajęła mi ok. pół godziny. Po wyjściu z muzeum wróciłam na ulicę księcia Michała, wiedząc już przynajmniej, o kogo właściwie chodzi. W planach miałam dojście do Kalemegdanu (jeśli ktoś sądzi, że potrafię tę nazwę wymówić płynnie, to się myli), nie odmówiłam sobie jednak wejścia do kilku sklepów nieznanych mi marek, np. do LC Waikiki – nazwa zabrzmiała mi bardzo nowozelandzko. Rozczarowałam się, oczywiście, bo chodzi o firmę turecką. Jakość odzieży też jest turecka. Jak to dobrze, że miałam w perspektywie odzyskanie sweterka!
Swoje bukwy znam




Przyglądałam się też fasadom kamienic (ładne, dużo secesji, chociaż takiej Rydze na przykład do pięt nie dorastają) i liczyłam księgarnie. Było ich chyba z pięć, co na reprezentacyjnym deptaku wydało mi się osiągnięciem godnym szacunku. Nie zamierzałam kupować książek po serbsku, ale zaczęłam wchodzić do kolejnych, bo coś mnie bardzo zaintrygowało. Alfabet.

Jeszcze przed przyjazdem sprawdziłam, że oficjalnym pismem w Serbii, inaczej niż w Chorwacji czy Słowenii, jest cyrylica. Nie przejęłam się tym specjalnie. Należę do pokolenia, które zaliczyło w szkole naukę rosyjskiego i swoje bukwy znam. Co prawda dość szybko zauważyłam, że w tej serbskiej cyrylicy są jakieś znaczki,z którymi w rosyjskim jako żywo się nie spotkałam, nie było to jednak przeszkodą w odczytywaniu większości napisów.
Nazwy przystanków autobusowych rzeczywiście są zapisane cyrylicą, tak samo jak np. tablice na pomnikach, objaśnienia w muzeach, napisy na budynkach państwowych typu poczta, szkoła itp. Poza tym jednak szybko zauważyłam, że w innych kontekstach panuje wolna amerykanka czy raczej serbianka. Szyldy sklepów raczej łacinką, reklamy albo plakaty i tak i tak, menu w restauracjach różnie, nawet kantory to czasem menjačnica, a kiedy indziej мењачница. Z księgarniami było tak samo. Jedna reklamowała się jako knjižare vulkan (to zresztą jakaś sieciówka), a druga zaraz obok jako најстарија српска књижара, czyli najstarsza serbska księgarnia.


Czy to znaczy, że w jednych będą tylko książki drukowane cyrylicą a w drugich łacinką? Nie, no skądże. Są takie i takie, chociaż w tej „najstarszej księgarni” cyrylicy było chyba więcej, a już w „vulkanie” przeważała łacinka. Na pewno częstsza jest w przekładach z języków obcych. Co najciekawsze, książki w dwóch alfabetach nie są jakoś od siebie odseparowane: na jednej półce leżą i takie i takie. Utwory np. Ivo Andricia, tego od nagrody Nobla, figurują prominentnie i w łacince, i w cyrylicy.

Miałam wielką ochotę zagadnąć jakiegoś sprzedawcę o to dziwne materii pomieszanie, ale większość z nich to były jakieś młode chłopięta i dziewczęta. Starsza pani pomyślała, być może niesłusznie, że wiele jej nie powiedzą.
Kalemegdan: szachiści, oszustka i widoki
Nawet z zaglądaniem do sklepów wędrówka przez ulicę Księcia Michała nie zajęła mi wiele czasu, bo deptak jest w sumie długi na około kilometr. Miałam przed sobą wejście do parku Kalemegdan.

Nie prezentowało się specjalnie zachęcająco: wyliniały trawniczek z obu stron, a wzdłuż alejki liczne budki z pamiątkami. Zerknęłam przelotnie, czy nie ma czegoś z Teslą, ale wypatrzyłam tylko bardzo brzydką burą koszulkę. Dominowały gadżety z twarzami nieznanych mi osobników, których zidentyfikowałam tylko jako sportowców.
Gdy zostawiłam za sobą alejkę z budkami, park niespodziewanie wypiękniał.
Przed sobą, przysłonięty zielenią, ujrzałam jakiś wielki pomnik (w ogóle pomniki i pomniczki wokoło nagle się rozpleniły), a za nim zamajaczyły mury fortecy. Mnie jednak pociągnęło w lewo, do widoku na rzekę. Po prawej stronie minęłam stoliczki, przy których siedziała spora grupa panów w słusznym wieku, zajęta grą w szachy. Ha! Na bulwarach nadwiślańskich w Krakowie też się takich widywało, ale to już dawne czasy.

Chętnie przyjrzałabym się z bliska rozgrywanym partyjkom, ale jakoś tak się trochę wstydziłam i podążyłam dalej, rzucając okiem na kolejne pomniczki. Potem pojawiła się przede mną budka „take a foto”. A co to takiego? Chyba nie miejsce do robienia zdjęć paszportowych?
Zaintrygowana, stanęłam przed maszyną i zorientowałam się, że proponuje zrobienie sobie zdjęcia, które potem przerobi na historyczną fotografię. Tak? No to spróbujmy. Wybrałam oprawę z lat trzydziestych. No cóż, starsza pani pięknością nie jest, ale zaproponowana fotka wyglądała całkiem przekonująco. Trzeba było jeszcze tylko uiścić opłatę 500 dinarów. Uiściłam. Maszyna zaczęła szumieć, wyświetlając na na ekranie napis „printing”. Poszumiała, poszumiała i przestała. Zdjęcia ani śladu, pewnie się papier skończył.

Postanowiłam podejść do straty filozoficznie (masz, babo, zdjęcie). Dotarłam do murku nad zboczem wzgórza i zaczęłam podziwiać widoki, które zasadniczo są bardzo ładne. Swoje zrobiło też miękkie, przechodzące już w sepię, światło późnego popołudnia.
Po lewej stronie rozciąga się panorama nowej dzielnicy Belgradu, Beograd na vodi, która najwyraźniej ma ambicję być czymś w rodzaju warszawskiego Manhattanu. Wieżowce nie są specjalnie imponujące, z wyjątkiem jednego, przypominającego kształtem odwróconą butelkę. To Kula Beograd, Belgradzka Wieża, mająca wysokość, bagatela, 168 metrów, ukończona jakoś niedawno. Znajduje się w niej m.in. hotel St. Regis – jakże szykownie serbska nazwa, no ale cóż, to po prostu sieć Marriotta – w którym można się przespać za około 400 euro za noc, czyli mniej więcej dziesięć razy więcej niż zapłaciłam za swoje mieszkanko przy Skadarskiej.
Tak naprawdę bardziej mi się spodobały zniszczone kamienice, międzywojenne chyba, przy uliczce tuż poniżej wzgórza.

Oczywiście, moim głównym celem był „kultowy” albo „spektakularny” (zależnie od przewodnika) widok na miejsce, w którym Sawa wpada do Dunaju. Zanim do niego dotarłam, trafiłam na wielkie, spektakularne, a jakże, schody. Wyobraziłam sobie, że może to tutaj zginął książę Michał na spacerze z kuzynką, tabliczka informacyjna objaśniła mi jednak, że schody powstały dopiero po pierwszej wojnie światowej. (A książę został zamordowany w innym parku, ale skąd ja mam znać takie szczegóły? Park to park.) Potem były jeszcze niszczone w czasie bombardowań, kruszyły się i ogólnie marniały, więc to, co widać teraz, to efekt gruntownej rekonstrukcji z 2019 roku. Nie będę się czepiać, bo to ładny zakątek i dobrze harmonizuje zarówno z murami fortecy po prawej, jak i rzeką po lewej, no i oczywiście monumentalnym Pobednikiem w głębi.
Pobednik aka Zwycięzca, upamiętniający zwycięstwa Serbii w wojnach bałkańskich, bardzo mi się spodobał, bo na tle intensywnie niebieskiego nieba wygląda jak archaiczny grecki posąg. Nie zbadałam dokładnie jego pośladków (które z niezrozumiałych dla mnie powodów cieszą się wielką popularnością na podróżniczych blogach), ale chyba rozumiem, dlaczego w latach dwudziestych XX wieku pomysł ustawienia figury w centrum Belgradu spotkał się z protestami środowisk obawiających się o jej zgubne oddziaływanie na moralność młodych kobiet.

Zanim wdrapałam się do Pobednika, zatrzymały mnie cztery niezbyt atrakcyjne popiersia ustawione w rzędzie pod murem fortecy i tak jakby cztery płyty nagrobne. Faceci w garniturach? Kto to taki? Pokonałam niechętnie kilka schodków (o tej porze dnia, rozpoczętego o piątej rano, każdy schodek był już wyzwaniem).

No tak. To Grobnica narodnih heroja, jacyś czterej bohaterowie jugosłowiańskiego ruchu komunitycznego, ostatni zmarł pod koniec lat pięćdziesiątych. Ciekawe, dlatego akurat tych czterech wybrano. Musiałam doczytać.
No i wszystko jasne: Serb, Chorwat, Czarnogórzec i Żyd/Belgradczyk, idealna propaganda zjednoczonej Jugosławii. Zdziwiło mnie jednak trochę, że tam sobie stoją spokojnie do dzisiaj, w zmienionym klimacie politycznym. Dalsze śledztwo ujawniło, że wcale nie tak spokojnie i co chwilę wybuchają wokół jakieś kontrowersje oraz pomysły przeniesienia pomników w inne miejsce. A póki co, podobno co jakiś czas oblewane są czerwoną lub czarną farbą (ale kiedy ja je oglądałam, były czyściutkie). Szkoda, że następnego dnia zapomniałam spytać kolegów, co oni o tych gierojach myślą.
Z tarasu pod Pobednikiem rozciągają się rzeczywiście najpiękniejsze widoki na rzekę, zwłaszcza na punkt, w którym Sawa zlewa się z Dunajem. Patrzyłam już na Dunaj w Wiedniu, Bratysławie i Budapeszcie, jednak moim zdaniem belgradzka panorama przebija je malowniczością.

Poczłapałam dalej, bo chociaż było już za późno na zwiedzanie jakichś ekspozycji, postanowiłam obejść przynajmniej całe wzgórze, bardziej skupiając się na ogólnych wrażeniach niż na sprawdzaniu, kiedy co wybudowano. Miałam przez chwilę pokusę, żeby wejść do Studni Rzymskiej – według Google’a miała być już zamknięta, a nie była – ale przeczytałam sobie, że wybudowali ją Austriacy w XVIII wieku. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Pewnie i tak włażenie do ciemnej czeluści dostarcza miłego dreszczyku, ale schodzenie kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów po schodach, a potem pracowite wdrapywanie się z powrotem jakoś nie przemówiło mi do przekonania. Spasowałam.
Obeszłam drugą część parku, popatrując na mury tam, ściany tutaj i bramy pomiędzy, co prawda z coraz mniejszym entuzjazmem, bo wizja powrotu do mieszkania i spoczęcia na łóżku nieodparcie narzucała się moim myślom. Zasiadłam na chwilę na ławce, przemyślałam zamiary na siły i postanowiłam wracać.

Szukałam jakiejś alternatywnej drogi powrotnej przez park, gdy zauważyłam, że trawnik w głębi przede mną się porusza. Trawnik Birnam w Belgradzie? Naprawdę się ruszał. Biegła po nim jakaś masa stworzeń. Szczury? Nie, no bez przesady. Wytężyłam wzrok. Koty! Chyba ze trzydzieści. Wszystkie pędziły w jedną stronę.

Podeszłam zaintrygowana i zagadka się wyjaśniła: jakiś pan wyciągał z worka kawałki mięsa i wrzucał do kłębiącej się przed nim kociej masy. Wcale się nie dziwię, że wzbudził taką miłość kociej populacji Kalemegdanu.
Wielka polityka przy magnesach
Przeszłam obok wejścia do muzeum wojskowego. Także było jeszcze otwarte, chociaż nie zwiedziłabym go nawet na rześko i w pełni sił. Zatrzymałam się jednak na chwilę, żeby pokontemplować galerię morderczych maszyn wojennych w fosie – czołgi z jednej strony, wyrzutnie (bo nie armaty chyba?) artyleryjskie z drugiej. Ileż to zmarnowanych pieniędzy i surowców na produkowanie tego śmiercionośnego żelastwa!

Starsza pani odsunęła od siebie niemiłą myśl, że obecnie też się dużo tego żelastwa produkuje, i to nie dla przyjemności, i postanowiła na pocieszenie wejść do sklepu w bramie, kuszącego obietnicą „średniowiecznego bazaru.”
Asortyment przedstawiał się dokładnie tak, jak się spodziewałam: repliki średniowiecznej broni, jakieś wisiorki, jakieś figurki, jakieś magnesy. Już się miałam wycofać, kiedy usłyszałam, jak właścicielka pyta z emfazą po angielsku pana oglądającego magnesy, czy wie, co to takiego Republika Serbska. Pan potulnie odpowiedział, że nie wie, a starszej pani natychmiast wyrosło duże ucho. Zajęłam się bardzo szczegółowym oglądaniem skórzanych bransoletek, czekając na rozwój wypadków.

Nie zawiodłam się! Pani zaczęła od objaśnienia, że magnes z dwugłowym orłem to tradycyjny herb Serbii, jednak Republika Serbska jest autonomicznym terytorium w Bośni i Hercegowinie i jej herb różni się tym, że orzeł nie ma w szponach lilii, a koronę ma też jakoś inaczej umieszczoną (nie zrozumiałam dokładnie, mea culpa, kontemplacja magnesu też mnie nie oświeciła). Tylko że podłe władze Bośni zabroniły używania tego herbu i Serbowie kupują go pokątnie w jej sklepiku. Stąd już blisko było do opowieści o tym, że Republika Serbska to właściwie niezależny organizm państwowy, ma swój parlament, policję, rząd, a Bośniacy chcą im to wszystko zniszczyć i rozwalić. Następnie pani przeszła płynnie do Kosowa i oświadczyła donośnie, że Kosowo było, jest i jeszcze będzie serbskie, tam są groby serbskich królów, i kościoły, i zabytki (a tak, bitwa na Kosowym Polu, pomyślała sobie starsza pani). I właśnie dlatego (mówiła dalej pani) niegodziwi Albańczycy usiłują zatrzeć historyczne pamiątki serbskie, burzą cerkwie i mordują Serbów oraz dopuszczają się innych zbrodni. I w ogóle, podsumowała pani, a oczy jej rzucały pioruny, Albańczycy to nacja złowroga i przeklęta, jeszcze będą zgubą całej Europy. Mówi się, że w Serbii jest mafia? W Serbii jest zero mafii, natomiast Albania to jedna wielka mafia, która wyciąga macki ku innym krajom.

Pan wydał z siebie jakieś pomruki, po czym wraz z towarzyszącą mu panią ulotnił się ze sklepu. Zostawszy jedyną osobą na placu boju, postanowiłam zaryzykować i pociągnąć panią jeszcze trochę za język. Zaczęłam od pochwały bransoletek. Pani się rozpromieniła, zapewniła mnie, że są w 100% hand made przez jej męża. Objaśniła mi także symbolikę ornamentów, które nawiązują do czasów przedchrześcijańskich, bo Serbowie, jak podkreśliła, jako jedyny lud w Europie, idealnie zintegrowali stare wierzenia z wiarą chrześcijańską. To dało mi stosowne otwarcie, żeby wspomnieć, że w pałacu księżnej Ljubicy zwiedziłam pokój prezentujący uroczyste nakrycie stołu z okazji Slavy czyli święta patrona rodziny i spytać, czy wciąż się taki dzień obchodzi. Świetnie trafiłam. W ciągu następnego kwadransa dowiedziałam się, że święto patrona rodziny jest niemal tak samo ważne jak Boże Narodzenie, zbiera się wtedy cała rodzina, wypieka się specjalny chleb czy też placek z ozdobami (pani wyliczyła skrupulatnie, jakimi, ale nie zapamiętałam), który rano niesie się do kościoła, aby ksiądz go pobłogosławił, potem w domu obraca się go trzy razy, odwraca do góry dnem, robi się w nim nacięcie na znak krzyża, do nacięć wlewa się wino, a potem każdy bierze sobie kawałek i zjada na dobrą wróżbę. Lepiej nie brać za dużo, bo trzeba bezwzględnie zjeść wszystko do ostatniego okruszka. Potem pani wyjaśniła mi jeszcze, że patron rodzinny przechodzi z ojca na syna, natomiast kobieta po wyjściu za mąż przejmuje patrona męża. Wobec tego, ponieważ jej ojciec miał tylko dwie córki, to chociaż u niej w domu obchodziło się Slavę świętego Jerzego, po jego śmierci tradycja ich patrona rodzinnego się zakończy, bo patronem rodziny jej męża jest święty Mikołaj.

Byłam ciekawa, czy na uroczystość zapraszana jest tylko rodzina. Nie, także przyjaciele i znajomi. I jeśli się ich raz zaprosi, to w kolejnych latach mają już sami pilnować rocznicy, bo jeśli zapomną, to będzie wielka obraza. Wobec tego zapytałam, czy pani często odwiedza przyjaciół z takiej okazji. O tak! Jak często? Pani dumałaprzez chwilę: może ze czterdzieści razy rocznie? (Prawie jak urodziny Hobbita, pomyślała sobie starsza pani).
Zaraz potem zaczęłam się zastanawiać, co się dzieje, jeśli ktoś ma dwie slavy tego samego dnia, bo na przykład Jerzy i Mikołaj biją w Serbii rekordy popularności. Nie zdążyłam o to zapytać, bo do sklepu zajrzeli jacyś klienci i uznałam, że powinnam dać pani szansę coś zarobić.

Dobrze się stało, że wdałam się w długą pogawędkę, bo kiedy wyszłam ze sklepu, zbliżał się zachód słońca. Przemknęłam koło parku dinozaurów, zatrzymałam się przed tym intrygującym pomnikiem, który mignął mi przy wejściu do parku (Pomnik wdzięczności wobec Francji za pomoc udzieloną Serbii w czasie pierwszej wojny światowej). Zauważyłam kątem oka, że panowie wciąż grają w szachy i po raz drugi podeszłam, żeby popatrzeć sobie na Sawę wpadającą do Dunaju. Bez dwóch zdań: to najlepszy moment, by podziwiać ten widok.
Syta wrażeń, podążyłam do domu, nie zważając na syreni śpiew licznych knajpek po drodze. Deptak Księcia Michała bardzo się o tej porze ożywił, a moja Skadarska szykowała się do wesołych biesiad przy wtórze ludowych – chyba – kapel. Panie sprzedające rakiję przed moją bramą jeszcze dzielnie trzymały się na stanowisku, ale nie mogłam się upić na wieczór, bo chciałam sobie powtórzyć wykład na następny dzień.

Starsza pani dokonała stosownych ablucji, zrobiła sobie herbatę i umościła się w łóżku, uznała jednak, że zanim zacznie doszlifowywać wykład, należy jej się chwila relaksu. Wobec tego zaczęła rozgryzać serbskie rozgrywki dynastyczne. Rozgryzała je raczej bezskutecznie do jedenastej, po czym uznała, że na pracę nad wykładem już nie ma siły.
I poszła spać.










Dodaj komentarz