Podkreślam od razu, że nie chodzi tu o wyczerpujący spis porad związanych z podróżą do Albanii. Spędziłam w tym kraju dziewięć dni w pierwszej połowie września, omijając szerokim łukiem morze i nadmorskie miejscowości turystyczne, z Durrës na czele.

Lotnisko

W zadaszonej przestrzeni przed wejściem na lotnisko można znaleźć miejsce do siedzenia, pod warunkiem, że nie będą nam przeszkadzać kłęby dymu z papierosów

Do Albanii na ogół przylatuje się samolotem, więc lotnisko jest pierwszym miejscem zetknięcia z krajem. W sali przylotów jest tłoczno, chaotycznie i nieco obskurnie, a w w półotwartej zadaszonej hali przed terminalem nozdrza atakuje smród papierosowego dymu – coś, od czego zdążyliśmy się odzwyczaić w innych europejskich krajach. Dookoła rozciąga się wielki plac budowy. Za kilka lat pewnie będzie to jakoś wyglądać i funkcjonować, na razie panuje bałagan.

Wyjazd z parkingu na główną drogę to prawdziwy chrzest bojowy: auta wpychają się na szosę ze wszystkich stron, turyści taszczą walizy wzdłuż asfaltu. Pokonanie 300 metrów zajęło mi pół godziny.

Krytyczny punkt przed lotniskiem to rondo, na który wszyscy chcą wjechać jednocześnie. Nawet interwencja policjanta zanadto nie pomaga

Przed wylotem warto przyjechać na lotnisko trochę wcześniej, bo kolejki potrafią się tworzyć przy wszystkich punktach kontrolnych: skanowaniu karty pokładowej, kontroli bezpieczeństwa i kontroli paszportowej.

Poruszanie się po kraju

Po Albanii jeździłam wynajętym samochodem, dlatego nie umiem powiedzieć nic mądrego o autobusach. Na krótsze dystanse Włoszka poznana w pensjonacie zachwalała aplikację GetTransfer, która podobno jest tańsza niż zwykłe taksówki. Podczas mojego pobytu w Albanii nie działały ani Uber, ani Bolt, a cenę przejazdu taksówką należało ustalić z góry.

Wypożyczenie samochodu

Na lotnisku i w jego bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się mnóstwo wypożyczalni: zarówno międzynarodowych, jak i lokalnych. Osobiście skorzystałam z CarQ i nie mam większych zastrzeżeń. Obsługa mówiła po angielsku, samochód był w dobrym stanie, trzeba było tylko trochę na niego poczekać przy odbiorze, co w upale nie jest najprzyjemniejsze.

Tankowanie jest łatwe i bezstresowe, bo stacje benzynowe znajdują się co kilometr… no, może co dwa. Do wyboru, do koloru, choć ja na wszelki wypadek zatrzymywałam się głównie w sprawdzonych sieciówkach, takich jak Kastrati czy Gega Oil. Na każdej stacji, na której tankowałam, nalaniem paliwa zajmował się pracownik, odpadało więc rozszyfrowywanie obsługi dystrybutora i zasad płatności w systemie self-service. Niestety, benzyna jest droga: kiedy zaczynałam podróż, litr kosztował 202–205 leków, a po kilku dniach na mijanych przeze mnie stacjach ceny dochodziły już do 215–219 leków, czyli mniej więcej 9–10 złotych. W sumie wynajem samochodu – 290 euro za dziewięć dni z pełnym ubezpieczeniem – oraz benzyna, na którą wydałam około 150 euro, kosztowały mnie więcej niż dziewięć noclegów i kupiony w bardzo okazyjnej cenie bilet lotniczy razem wzięte. Dobrze chociaż, że odległości w Albanii nie są zbyt duże!

Drogi

Albańskie szosy są lepsze, niż się spodziewałam po lekturze blogów i przewodników. Wiele dróg już wyasfaltowano i nawierzchnia jest na ogół w dobrym stanie. Najgorsze odcinki spotkałam w pobliżu Tirany, także na prowadzącej z południa autostradzie, której prawy pas był miejscami w fatalnym stanie. Koszmarna jest także droga z Elbasanu w stronę Jeziora Ochrydzkiego: wąska, nieprzytomnie zatłoczona, pełna olbrzymich ciężarówek, które co chwilę spowalniają ruch do trzydziestu kilometrów na godzinę. We wrześniu 2026 roku trwała tam budowa autostrady, więc za kilka lat będzie to zapewne świetna trasa. Jeśli ktoś woli poczekać…

Zawsze należy zachować czujność: nawet na dobrej drodze może się nagle pojawić wielka dziura. Trzeba też uważać na żywe przeszkody: krowy i owce – na szczęście widoczne z daleka – oraz psy, które potrafią wędrować środkiem jezdni albo niespodziewanie wyskoczyć przed maskę.

Krowy poruszają się po drodze wolno i dostojnie, raczej nie ma ryzyka, że dojdzie do kolizji.

Wybierając trasę, najlepiej podpytać miejscowych, bo nawigacja Google Maps jest w Albanii narzędziem bardzo zawodnym. Chyba po prostu nie nadąża za zmianami w organizacji ruchu i budową nowych dróg. Niezbyt dobrze działają również aplikacje offline, nawet takie jak moje ukochane Maps.me, które bezbłędnie prowadziło mnie przez tunele na Azorach i kanadyjskie lasy, a w Albanii potrafiło pokazywać nieistniejące ścieżki i pomijać prawdziwe drogi.

Czy będzie asfalt, czy droga gruntowa? Tego nigdy do końca nie wiadomo. Jeszcze pół biedy, gdy droga szutrowa jest dobrze utrzymana, ale to rzadkość.

Na domiar złego także tablice kierujące do atrakcji turystycznych potrafią sprowadzić człowieka na manowce. Do stanowiska archeologicznego w Bylis prowadzi wygodna, świeżo położona droga asfaltowa, ja jednak o mało nie pojechałam przez jakieś koszmarne wertepy – właśnie z powodu wielkiego oficjalnego drogowskazu.

Historyczne centrum Gjirokastry: jeśli sie ktoś uprze, tu też może wjechać autem…

Albańczycy jeżdżą… wcale nie tak źle. Do Kanadyjczyków czy Norwegów im daleko, ale w porównaniu z Polakami czy Włochami ich styl prowadzenia jest dość podobny. Tak, wyprzedzają na trzeciego. Tak, często zapominają o kierunkowskazie. Przede wszystkim jednak parkują, gdzie popadnie. Jazda po centrum takich miast jak Berat czy Kruja może być bardzo stresująca, zwłaszcza jeśli boimy się zadrapać karoserię. Z drugiej strony przez dziewięć dni nie widziałam żadnego wypadku samochodowego.

Odważny kierowca może sprawdzić swoje umiejętności na wąskich i stromych uliczkach, Ale to nie ja.

Trzeba podkreślić, że kierowcy nie rozpędzają się przesadnie. Problem jest raczej odwrotny: dość często trafiają się samochody jadące czterdziestką czy pięćdziesiątką tam, gdzie dozwolona prędkość wynosi osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Być może ma to coś wspólnego z czającą się wszędzie drogówką.

Policja

Mówię: wszędzie, bo choć kontroli jest oczywiście najwięcej w miejscach turystycznych, policjant z lizakiem może nam wyskoczyć na szosę także na mniej uczęszczanych trasach. Sama zostałam zatrzymana aż dwa razy: po raz pierwszy za wyprzedzenie bardzo wolnej ciężarówki w niezupełnie dozwolonym miejscu (wszyscy wyprzedzali…), po raz drugi sama nie wiem dlaczego. Codziennie mijałam też co najmniej dwa lub trzy miejsca, gdzie stały wozy policyjne, które szczęśliwie nic do mnie nie miały.

Bardzo łatwo złapać mandat za parkowanie, tym bardziej że oznaczenia są niejasne albo nie ma ich w ogóle. W Përmecie zostawiłam auto ładnie zaparkowane przy krawężniku, w długim sznurze innych samochodów, i po dziesięciu minutach już miałam mandat, bo za chodnikiem stały kubły na śmieci. Nie muszę chyba dodawać, że nie było tam żadnego znaku zakazu? W miejscowościach turystycznych lepiej już pojechać na prywatny płatny parking, zapłacić 200 leków i niczym się nie martwić.

Policjanci w Albanii są… zadziwiająco sympatyczni. Nawet, kiedy wystawiają mandat

Mimo to moje doświadczenia z policją były raczej sympatyczne. Za wyprzedzenie ciężarówki po przekroczeniu linii ciągłej zostałam tylko ostrzeżona i pouczona: „Drive carefully”. Za drugim razem policjant od razu machnął na mnie, żebym jechała dalej. Nawet funkcjonariusz, który wypisał mi mandat – akurat wróciłam do auta, kiedy to robił – wyglądał, jak gdyby miał ochotę go unieważnić. Zamiast tego pocieszył mnie słowem „minimal”, resztę wyjaśnił po albańsku i na migi, a na koniec pozwolił mi zostawić samochód w tym samym miejscu.

Mandat był rzeczywiście „albański”: 1000 leków, czyli niespełna pięćdziesiąt złotych, a ponieważ zapłaciłam szybko, kwotę obniżono o połowę. Tyle tylko, że trzeba poczekać, aż mandat pojawi się w systemie. Dostałam go w piątek, a zapłacić udało mi się dopiero w poniedziałek. Może to być problemem, jeśli podobna przygoda przydarzy się nam w przeddzień wylotu. Mnie udało się opłacić mandat w punkcie Western Union; można to zrobić również na poczcie, ale tam często są kolejki, a panie w okienkach mówią wyłącznie po albańsku.

Piesze wycieczki

Czasem chce się także wysiąść z samochodu i przejść gdzieś na piechotę (najlepiej horyzontalnie). I tutaj miałam mieszane uczucia. Nigdzie nie czułam się zagrożona, mimo że podróżowałam sama, ale nie ciągnęło mnie do samotnych spacerów w odludnych miejscach, głównie z obawy przed zdziczałymi psami oraz psami pasterskimi pilnującymi stad. Lokalna przewodniczka przyznała, że z tego samego powodu także wahałaby się przed zapuszczaniem na nieuczęszczane szlaki.

Miejsca takie, jak rezerwat Gjancit koło Vithkuq kusiły do spaceru, ale ponieważ wyczytałam, że ledwie kilka tygodni wcześniej psy pasterskie pogryzły tam jakąś turystkę, jednak się nie odważyłam.

Oczywiście podobnych obaw nie miałam w takich miejscach jak tłumnie odwiedzany wąwóz Langarica. Tyle że wędrowanie razem z gromadą innych turystów nie jest specjalnie romantyczne, a już idea wzięcia udziału w zorganizowanej wycieczce zupełnie do mnie nie przemawiała. Tymczasem do niektórych górskich miejsc naprawdę trudno dotrzeć inaczej, zwłaszcza wynajętym samochodem. W wypożyczalni podsunięto mi do podpisania cyrograf zabraniający jazdy po drogach szutrowych, ze szczególnym uwzględnieniem dojazdu do wąwozu Osumi i jeziora Bovilla. Oczywiście, czasem na jakąś drogę szutrową i tak się wjedzie, ale górskie wykroty to i tak trasa tylko dla jeepów i bardzo wytrawnych kierowców.

W rezultacie dotarłam do wąwozu Langarica, ale do Osumi i Bovilla już nie.

Noclegi

Są tanie i jest ich dużo. W Albanii byłam we wrześniu i wszędzie bez problemu rezerwowałam pokój na dzień lub dwa przed przyjazdem. Przeciętnie płaciłam około 30 euro za pokój dwuosobowy – jedynek na swojej trasie nie znalazłam – z prywatną łazienką i klimatyzacją. Śniadanie było wliczone w cenę albo dostępne za niewielką dopłatą. Oczywiście można drożej, ale po co?

Za elegancki pokój z klimatyzacją i balkonem zapłaciłam w Gjirokastrze ok. 29 euro za noc.
Herbata pani Violi nie była rewelacyjna, ale liczy się troska o gościa

W Beracie i Gjirokastrze nie szukałam klimatycznych pensjonatów w samym historycznym centrum, bo bardziej zależało mi na łatwym dojeździe i bezproblemowym parkingu. W obu miastach znalazłam nocleg 10–15 minut piechotą od ścisłego centrum, ale już poza labiryntem wąskich uliczek.

klatki schodowe w albańskich blokach sprawiają niezachęcające wrażenie, ale nie należy się tym zrażać.

Szukając noclegu, wybierałam przede wszystkim małe pensjonaty i prywatne kwatery, bo są najbardziej „ludzkie”. Można się w nich poczuć jak gość, a nie anonimowy turysta. W Kruji właścicielka zaprosiła mnie wieczorem na lemoniadę. W Voskopojë pani Viola przynosiła mi herbatę do pokoju, bo pierwszego dnia poprosiłam o gorącą wodę. W Leskoviku odbierałam klucze w markecie od pani Leli, która spontanicznie wrzuciła mi do siatki wodę, jabłko i banana.

Z zewnątrz kwatery prywatne potrafią wyglądać trochę szokująco, bo albańskie budynki bywają wybudowane… do połowy, a „nowoczesne” bloki mają nieco średniowieczne klatki schodowe. Wewnątrz zawsze jednak było czysto i wygodnie. Gdyby jeszcze Albańczycy lubili bidety! No ale nie można mieć wszystkiego.

Pieniądze

Sto leków to troszkę więcej niż jedno euro albo niespełna pięć złotych. Kartą można płacić tu i ówdzie. Zapewne w dużych hotelach, ale w żadnym nie byłam. Czasami na stacjach benzynowych, zwłaszcza przy uczęszczanych trasach turystycznych. Prawie zawsze w supermarketach. Także w sklepach z pamiątkami, jeśli znajdują się w bardzo popularnych miejscach.

W zasadzie jednak króluje gotówka: w restauracjach, na bazarach i w pensjonatach. W wielu miejscach bez problemu zapłacimy również w euro. W Beracie czy Kruji ceny bywają nawet od razu podawane w euro, a nie w lekach. Warto oczywiście sprawdzić kurs i wydaną resztę, ale sprzedawcy z reguły przeliczają ceny dość uczciwie. Targowanie nie jest w modzie, co przyjęłam z ulgą, bo targować się nie lubię (chociaż umiem). Jeśli ktoś będzie bardzo uparty, może uda mu się uzyskać z dziesięć procent zniżki w sklepie z pamiątkami.

Kurs w hali przylotów na lotnisku w Tiranie jest tylko o jednego leka niższy niż w kantorach w miastach

Osobiście wolałam mieć przy sobie gotówkę w lekach i płaciłam nią prawie za wszystko: przez dziewięć dni użyłam karty tylko trzy razy. Pieniądze można wymienić już na lotnisku, byle nie w kantorze przy stanowiskach odbioru bagażu. W ogólnodostępnej części hali przylotów, tuż po wyjściu ze strefy odbioru bagażu, znajduje się inny kantor, oferujący bardzo rozsądny kurs. W moim przypadku bardziej się to opłacało niż korzystanie z bankomatu: w sprawdzanych przeze mnie urządzeniach opłata manipulacyjna wynosiła co najmniej 500 leków, czyli równowartość obiadu w taniej knajpce.

Jedzenie

Jest bardzo dobre i bardzo niedrogie. Za mój najdroższy obiad – rybki nad jeziorem Ochrydzkim – zapłaciłam 1700 leków, czyli około siedemdziesięciu pięciu złotych. Ponieważ wciąż było gorąco, nie miałam wielkiej ochoty na mięso i w większości restauracji jadłam dania warzywne za 300–600 leków, po których czułam się najedzona i zadowolona. W prawie wszystkich miejscach dostawałam w bonusie także deser. Proponowano mi również domową rakiję, ale musiałam z żalem odmawiać, bo byłam kierowcą.

belusha to endemiczna ryba jeziora Ochrydzkiego. Pychota.

Nad jeziorem Ochrydzkim warto spróbować dwóch endemicznych ryb: korana i belushy. Obie bardzo mi smakowały, ale belusha chyba nawet bardziej: jest niezwykle delikatna i dosłownie rozpływa się w ustach. Zjadłam cztery takie rybki – nie są duże – a przy okazji ucztę miały trzy koty, którym przypadły głowy i ogony.

Świetne są faszerowane warzywa, zwłaszcza bakłażany. W moich oczach zdecydowanie wygrywają z podobnym daniem włoskim. Fërgesë – gęstą, podawaną na ciepło pastę z papryki, pomidorów i świeżego sera gjizë – jadłam w Beracie, w małej knajpce, której właściciel podkreślał, że danie przyrządza „mama”. W fërgesë od razu się zakochałam, mimo że później dał o sobie znać refluks.

W Beracie samochód zostawiłam na parkingu pod pensjonatem. więc chociaż raz mogłam się napić alkoholu. Za pyszne nadziewane bakłażany i kieliszek białego wina w restauracji tuż poza historycznym centrum zapłaciłam ok. 25 złotych

Rozśmieszyły mnie natomiast meatballs, czyli albańskie qofte, proponowane przez restauracje w różnych wariantach. W żadnym nie przypominały „pulpecików”: zawsze były zwartym, podłużnym kawałkiem bardzo miękkiego mielonego mięsa.

Jeśli coś mi w Albanii NIE smakowało, to chyba tylko słodycze, które są zdecydowanie… za słodkie, zgodnie z najlepszą, a raczej najgorszą tradycją turecką. Nie przekonało mnie także gliko, specjalność Përmetu i doliny Wjosy: owoce, orzechy, a niekiedy nawet warzywa konserwowane w gęstym syropie. Moje kubki smakowe zwiędły od natężenia słodyczy.

Unikałam eleganckich restauracji z menu po angielsku i wybierałam raczej małe, niepozorne knajpki, gdzie dogadać się było trudniej (fisza, patata, salad?), ale wszystko przygotowywała na miejscu jakaś mama czy babcia. Nie znaczy to, że w miejscowościach turystycznych je się źle: koleżanki, weteranki wczasów w Durrës, zapewniały mnie, że również tam jedzenie jest smaczne i niezbyt drogie. Cóż, starsza pani woli stołować się u „mamy”.

Za świeżutką „Fisza, patata, salad” w knajpce w Lin nad jeziorem Ochrydzkim zapłaciłam ok. 50 złotych. Na stole popielniczka, jak wszędzie w Albanii.

Język i komunikacja

To chyba najbardziej frustrujący aspekt podróży po Albanii. Starsza pani orientuje się jako tako w językach słowiańskich, germańskich i romańskich, ale do zrozumienia albańskiego na nic się to nie przyda. Zwykle przed podróżą i w jej trakcie próbuję nauczyć się kilku podstawowych zwrotów w miejscowym języku, tym razem jednak wyjechałam po dziewięciu dniach z niezbyt imponującym dorobkiem kilkunastu słów. Samo opanowanie poprawnej wymowy „dziękuję”, czyli faleminderit, zajęło mi dwa dni, a „do widzenia” do końca sprawiało mi kłopoty.

W muzeach pilnie studiowałam didaskalia i tablice informacyjne, na ogół z frustrująco nikłym wynikiem. Tutaj udało mi się zrozumieć „regijmi komunist” i „atheist”

Warto jednak podjąć ten trud, bo Albańczycy bardzo pozytywnie reagują na każdą próbę powiedzenia czegoś w ich języku. Za mirëdita w Muzeum Etnograficznym w Kruji zostałam wynagrodzona pocztówką, a faleminderit zaowocowało wciśnięciem mi do dłoni garści owoców jujuby. Kilkakrotnie próby komunikacji po albańsku zmieniały się w spontaniczne lekcje języka, zawsze zakończone dumnym podkreśleniem, że alfabet albański ma aż trzydzieści sześć liter.

Pracownicy lotniska, owszem, mówią przyzwoicie po angielsku. W sklepikach z pamiątkami w Gjirokastrze czy Beracie sprzedawcy potrafią powitać polskich turystów słowami „dzień dobry”, a kelnerzy w dużych restauracjach znają podstawowe terminy kulinarne. Poza tym jednak bariera językowa jest wysoka jak Himalaje, a przynajmniej Tatry. Bo jak poprosić o wodę – woda, acqua, water, Wasser – skoro po albańsku jest to ujë?

Właściciel historycznego domu Qako w Beracie oprowadził mnie po nim, używając automatycznego tłumacza.

No tak, pozostaje Tłumacz Google. Trzeba tylko pamiętać o wykupieniu pakietu internetowego przed wyjazdem; ja zawsze korzystam z eSIM, bo to najprostsze i najwygodniejsze rozwiązanie. Albańczycy są zresztą wielkimi entuzjastami automatycznego tłumaczenia. Można odnieść wrażenie, że uznali, iż nie warto uczyć się języków obcych, skoro technologia wszystko załatwi. Sęk w tym, że aplikacje słabo radzą sobie z dłuższymi wypowiedziami po albańsku: budują z nich teksty zupełnie niezrozumiałe, a niekiedy groteskowe. I tak z informacji, że „wiara była zabroniona”, robi się komunikat: „wątroba została zjedzona”.

Z przemiłą panią Sawą gawędziłyśmy przez godzinę za pomocą Google Translator i gestów.

W ciągu całej podróży tylko dwukrotnie udało mi się naprawdę z kimś porozmawiać – za każdym razem po włosku: z przewodniczką w Voskopojë i z kuratorką Muzeum Musine Kokalari w Gjirokastrze. Bardzo tego żałowałam, bo w wielu miejscach ludzie próbowali nawiązać ze mną rozmowę, tłumacząc mi coś żywo i obficie po albańsku. Czasem udawało mi się coś wywnioskować z gestykulacji.

A może by tak kurs albańskiego przed następną podróżą?

Bo następna podróż na pewno będzie. Albania to kompaktowy kraj, ale dziewięć dni to za mało, żeby naprawdę ją poznać – nawet jeśli pominie się nadmorskie kurorty. Może do tego czasu przybędzie wyasfaltowanych dróg, a aplikacje do tłumaczenia wreszcie nauczą się albańskiego?

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej