Pomnik „Rybacy” w ogrodzie Muzeum Jugosławii, autorstwa Frana Kršinića, reprezentował Jugosławię na Biennale w Wenecji w 1950 roku.
Hotel Moskwa i belgradzka secesja
Następny poranek spędziłam na pracowitym przygotowywaniu się do wykładu, co powinnam była zrobić poprzedniego wieczoru, gdybym nie dała się wciągnąć lekturze o serbskich rozgrywkach dynastycznych. Wobec tego zabrakło mi już czasu na śniadanie w jednej z zachęcających knajpek na Skadarskiej i musiałam się zadowolić filiżanką Nescafé trzy w jednym. Wypadłam z domu w popłochu, bo chociaż do Instytutu Literatury i Sztuki miało być niedaleko, Google Maps pokazywały mi jakąś dziwną trasę, a w mailu koleżanka tłumaczyła, że trzeba skręcić w bramę i przejść przez podwórko, a potem będzie klatka schodowa, i żeby wejść na drugie piętro i wtedy… ojej. Uznałam, że muszę mieć zapas czasowy.

Pędziłam nerwowo po znanej mi już wielkiej ulicy Terazije, ale nie mogłam się nie zatrzymać przed hotelem Moskva. Zwróciłam na niego uwagę już poprzedniego dnia, ale wtedy miałam walizkę i byłam głodna.
Hotel przyciąga wzrok z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jest śliczny. Kremowo-zielony, strzelisty, secesyjnie wykwintny, ale bez przesadnej ornamentyki. Prawdziwe cacko. Ośmieliłabym się powiedzieć, że to najpiękniejszy budynek, jaki widziałam w Belgradzie. Po drugie, ta nazwa. Na szczycie wielkimi literami w cyrylicy, nad wejściem dyskretniej łacinką. Trochę się odzwyczaiłam od bijących w oczy nazw typu „Moskwa” czy „Rosja” w krajach, które zakończyły romans z komunizmem.

No tak, ale akurat w tym przypadku hotel nazywał się „Moskwa” od początku swojego istnienia, czyli od 1908 roku, i w ogóle jest sławny i kultowy (tak tak) więc dla ciągłości historycznej nie byłoby sensu przemianowywać go na coś innego.
Hotel miał okazję przyjmować wielu znakomitych gości – zapamiętałam tylko Einsteina i Hitchcocka. Że pluskiew (nie robali) było w nim kiedyś zamontowanych więcej niż żyrandoli, chętnie uwierzę. Doceniła go też społeczność podróżnicza Accidentally Wes Anderson, skupiająca miłośników reżysera, która uznała go za idealne wcielenie jego stylu. Także platforma Atlas Obscura umieściła go na liście piętnastu miejsc na świecie wyglądających jak „wyjęte z filmów Andersona”. Dodam dla porządku, że nie miałam okazji zobaczyć żadnego z pozostałych 14.

Przystanek na podziwianie hotelu wyszedł mi na dobre, bo właśnie wtedy, kiedy ruszałam dalej, ktoś mnie zawołał: mój kolega, który miał mnie przedstawić w Instytucie. Dalej ruszyliśmy razem i całe szczęście, bo kierując się Mapsami poszłabym w niewłaściwą stronę.

Instytut znajduje się w Domu Vukove zadužbine – czyli fundacji im. Vuka Karadžicia – który może się pochwalić fasadą równie „Andersonowską” jak hotel Moskva. Szkoda tylko, że jest wciśnięty między dwa ponure gmaszyska. W bramie wzrok mi pobiegł do jakichś bardzo fantazyjnych secesyjnych fresków. Obiecałam sobie, że po wykładzie przyjrzę im się dokładniej.
Faktycznie, trzeba było przejść przez podwórko z jakąś knajpką, potem trafić do właściwej klatki schodowej i wdrapać się na odpowiednie piętro. Eskorta bywałego kolegi bardzo się przydała.
Całe szczęście, że nie udałam się na wykład w dżinsach, bo w Serbii dress code najwyraźniej nie odszedł w zapomnienie: panie były w garsonkach i w butach na obcasach, panowie pod krawatem. Starsza pani starannie ukryła nogi w sandałkach pod biurkiem.

Po wykładzie, zgodnie z przewidywaniami, zostałam zaproszona na lunch. Następne dwie godziny spędziliśmy w dość ponurej restauracji w piwnicach budynku. Uznałam, że pierś z kurczaka to banał, wobec tego honorowo postanowiłam skosztować czegoś typowo serbskiego i zamówiłam ćevapčići. W rezultacie męczyłam się z talerzem słonych i suchawych wałeczków mielonego mięsa. (Poniewczasie zorientowałam się, że byłam jedyną osobą, która toto zamówiła.) W dodatku uwędziłam się jak kiełbasa myśliwska, bo wszyscy natychmiast wyciągnęli papierosy i wkrótce siedzieliśmy w sinawych kłębach dymu. Za to towarzystwo było wspaniałe: co dziesięć minut wpadaliśmy z kolegami na nowy pomysł i żegnając się, mieliśmy już zaplanowane spotkania na rok naprzód.
Kolega, który przedstawiał mnie przed wykładem, wyjaśnił mi, że gmach jest historyczny (starszy od hotelu Moskwa, powstał w latach siedemdziesiątych XIX wieku) i przez jakiś czas mieściło się w nim serbskie ministerstwo oświaty. Chciał mi też pokazać pokoje fundacji na parterze. Podobno są tam jakieś ciekawe detale architektoniczne czy portrety, ale niestety biuro było zamknięte na głucho. Wobec tego zajęliśmy się rozszyfrowaniem symboliki fresków w bramie. Rozwichrzona i wyraźnie nieszczęśliwa kobieta wyglądała nam na Poezję, postać z pochodnią — na Oświatę, w pozostałych próbowaliśmy rozpoznać Muzykę i Malarstwo. Dopiero później doszperałam się w internecie informacji, że jest to cykl Dragutina Inkiostriego Medenjaka z 1906 roku przedstawiający Wiarę, Oświatę, Historię i Sztukę. Co ciekawe, malowidła ocalały dlatego, że po II wojnie światowej je zamalowano; przypadkiem zostały odkryte dopiero w 1963 roku.




Sztukę i Oświatę zidentyfikowaliśmy prawidłowo. Ale czy Wiara to ta z rodzajem nagrobka, a Historia ta tragiczna, czy na odwrót? Zaraz, a może ta z pochodnią to jednak Wiara, a ta z nagrobkiem Oświata?
Muzeum Jugosławii… czyli pięćdziesiąt odcieni marszałka Tity
Na pożegnanie umówiliśmy się jeszcze na wieczornego drinka i wreszcie byłam wolna. Niestety, zrobiła się piętnasta, nie zostało mi dużo czasu na dalsze nadgryzanie Belgradu. Musiałam podjąć bolesną decyzję: Muzeum Jugosławii i mauzoleum marszałka Tity czy Muzeum Historii Serbii? W czasie lunchu próbowałam podpytać kolegów, co uważają za lepszą opcję, ale otrzymałam cokolwiek mgliste odpowiedzi. Padło na Muzeum Jugosławii i Dom Kwiatów czyli mauzoleum: ostatecznie w ilu byłych krajach komunistycznych można jeszcze obejrzeć coś takiego? Lenina w Moskwie, tak, już raz widziałam, dziecięciem będąc, pół wieku temu. Jest też Korea Północna, ale tam się raczej nie wybiorę.
Na mapie wyglądało, że Muzeum Jugosławii znajduje się stosunkowo niedaleko, ale w Belgradzie odległości bywają zdradliwe. Bez problemu wsiadłam w autobus 41, który jechał właściwie bezpośrednio, tyle że potem jechał, jechał i jechał. Dobrze przynajmniej, że udało mi się znaleźć miejsce siedzące. Stopniowo opuściliśmy centrum, pojawiły się szerokie arterie i wielkie skrzyżowania, a zabudowa zrobiła się luźniejsza. W końcu autobus zatrzymał się przy dużym, zielonym terenie. Od razu było widać, że jestem na miejscu: wyżej, pośród zieleni, stały budynki muzealne, a przed kompleksem parkowały autobusy wyglądające na turystyczne. Wdrapałam się do pawilonu z kasą, lekko posapując, ale bez przesady, bo podejście nie jest aż tak straszne. Kupiłam bilet i postanowiłam najpierw pójść na samą górę do Domu Kwiatów czyli mauzoleum Tity, a potem schodzić.


Architektonicznie cały kompleks nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Budynki są mało ekscytujące. Za to po drodze przechodzi się przez park rzeźb. Stoi tam oczywiście sam marszałek Tito (pomnożony przez trzy), a oprócz niego rozmaite inne posągi, w większości podarowane mu w różnych okresach.

Niektóre były bardzo dramatyczne: jedna przedstawiała niesionego czy prowadzonego rannego żołnierza, inna jakiegoś wojennego posłańca. Wszystko bardzo heroiczne, socrealistyczne i ekspresyjne.
Były tam też dwie wyraźnie starsze, bardziej klasycyzujące figury kobiece — okazało się, że to personifikacje kolei. Oczywiście półnagie, z obfitym biustem, bo jak wiadomo, w przypadku alegorii infrastruktury kolejowej trudno się bez tego obejść. Ich dokładna proweniencja nie jest znana, ale przypuszcza się, że mogły kiedyś zdobić dawny belgradzki dworzec kolejowy.
W końcu skierowałam się do mauzoleum. Właśnie wychodziła stamtąd pokaźna zorganizowana grupa azjatycka — wydaje mi się, że raczej chińska niż japońska, ale trudno mi to stwierdzić z całą pewnością. Niestety, równocześnie do środka zaczynała wchodzić kolejna duża azjatycka grupa, więc uznałam, że o spokojnym zwiedzaniu Domu Kwiatów raczej nie ma mowy i weszłam razem z nimi.

Mogę się pochwalić drobnym sukcesem technologicznym: bez problemu zeskanowałam sobie bilet przy wejściu, czego zdecydowanie nie potrafił zrobić turysta stojący przede mną. Małoduszna satysfakcja? Tak, wiem.
Sam Dom Kwiatów to kolejny nieco pudełkowaty socjalistyczny pawilon. Pośrodku znajduje się wielka płyta z nazwiskiem Josipa Broza Tity, a obok nieco mniejsza — Jovanki Broz. To natychmiast obudziło moją ciekawość: dlaczego właściwie żona ma tutaj niemal równorzędny grób? Czy była aż tak ważną postacią polityczną? Dopiero później zaczęłam to sprawdzać.


Znacznie ciekawsze okazały się boczne ekspozycje. Jedna z części dotyczyła Dnia Młodości, obchodzonego 25 maja, w oficjalny dzień urodzin marszałka. Początkowo nie bardzo rozumiałam, o co chodzi z tymi wszystkimi zdjęciami sportowców biegnących z czymś przypominającym znicz. Potem dotarło do mnie, że była to Štafeta mladosti, Sztafeta Młodości — i nie chodzi o żaden znicz, tylko o ozdobną pałkę, co roku inną, niesioną przez całą Jugosławię i przekazywaną Ticie podczas wielkiego stadionowego pokazu. Później w Starym Muzeum widziałam całe gabloty z tymi przedmiotami, często niewiarygodnie pretensjonalnymi.



Najbardziej niepokojące było dla mnie zdjęcie stadionowe: tłum ludzi w koszulkach z głową Tity, unoszących ręce w górę. Wyglądali, jakby modlili się do jakiegoś boga słońca. Kiedy byłam mała, o Jugosławii mówiło się w Polsce z zazdrością: niby komunizm, ale taki właściwie trochę kapitalizm, słońce i dobrobyt, a Tito ZSRR się nie słucha. Dopiero teraz po raz pierwszy naprawdę dotarło do mnie, że w Jugosławii istniał taki niemal religijny kult przywódcy.
Zaskoczyło mnie też odkrycie, że Sztafeta Młodości nie skończyła się wraz ze śmiercią Tity. Przetrwała go aż do 1987 roku. Po 1980 roku nie wręczano jej oczywiście zmarłemu przywódcy, lecz przedstawicielowi organizacji młodzieżowej, ale cały rytuał trwał nadal.

Zaintrygowała mnie historia plakatu Dnia Młodości z 1987 roku. Dłuższą chwilę trwało, zanim zrozumiałam, o co w niej właściwie chodziło: słoweńska grupa projektowania graficznego Novi kolektivizem wzięła nazistowski obraz propagandowy Richarda Kleina i właściwie tylko podmieniła symbole na jugosłowiańskie. Najzabawniejsze — i zarazem najbardziej kompromitujące — było to, że projekt przeszedł wszystkie komisje i został oficjalnie wybrany, zanim ktoś rozpoznał pierwowzór. Dopiero wtedy wybuchła wielka afera.
Wystawa pokazywała zarówno projekt jugosłowiański, jak i nazistowski oryginał. Autorzy byli przesłuchiwani i musieli tłumaczyć, że przejęcie obrazu miało właściwie odwrócić jego ideologiczne znaczenie. Potem władze zaczęły bardzo uważnie przyglądać się zarówno ich kolejnym pracom, jak i okładkom słoweńskiej „Mladiny”, z którą byli związani.
To musiał być ten moment, kiedy cały język oficjalnych rytuałów zaczynał się wreszcie rozpadać i coraz łatwiej było go sparodiować od środka.

Przewodniczka wyjaśniła, że to oficjalne zdjęcie marszałka, które wisiało we wszystkich szkołach, urzędach itd. To zabawne, ale dla mnie Tito był zawsze tylko nazwiskiem, Nigdy nie kojarzyłam go z konkretną twarzą. Moja pierwsza reakcja? Zupełnie irracjonalna: jaki on brzydki! (I trochę „odmłodzony”, ale to już inna kwestia)
Marszałek Tito umarł, zostały krawaty
W przeciwległym pawilonie była wystawa „Umro je drug Tito” – czyli „Umarł towarzysz Tito”. Tu trafiłam akurat na anglojęzyczną wycieczkę, więc dyskretnie stanęłam z boku i zaczęłam podsłuchiwać przewodniczkę. Pokazywała zdjęcia ze szpitala w Ljubljanie i opowiadała o ostatniej chorobie Tity. Miał cukrzycę i w lewej nodze pojawiła się gangrena. Tito długo nie chciał zgodzić się na amputację, ale ostatecznie w styczniu 1980 roku przeprowadzono operację. Przez chwilę wydawało się, że marszałek dochodzi do siebie, potem jednak zaczęły się kolejne komplikacje i po kilku miesiącach zmarł.
Przewodniczka pokazała też fotografię Tity z jego dwoma synami i wyjaśniła, że każdy miał inną matkę. Starszy, Žarko, był synem jego pierwszej rosyjskiej żony Pelagiji, młodszy, Mišo — trzeciej, Herty Haas. Ile tych żon?! Na zdjęciach z ostatniego okresu nie było natomiast Jovanki. Przewodniczka powiedziała, że odsunięto ją od męża kilka lat wcześniej.
No to już tym bardziej jej płyta nagrobna w Domu Kwiatów wydała mi się zagadką. (Wieczorem po pracowitym przekopaniu się przez internet doszukałam się oficjalnego uzasadnienia, że Jovanka wyraziła życzenie, aby ją tam pochować, a rząd serbski przychylił się do jej prośby na znak zadośćuczynienia za pozbawienie jej majątku i skazanie na życie w izolacji po śmierci Tity. Wyjaśnienie wydaje mi się mocno niezadowalające. Od kiedy to rządy ochoczo spełniają kosztowne życzenia zapomnianych wdów po dawnych dyktatorach?)
Dygresja: kochliwy marszałek Broz Tito
Rozeznanie się w życiu uczuciowym Tity okazało się równie trudne, jak rozwikłanie serbskich rozgrywek dynastycznych. Pierwsza żona, Pelagia Biełousowa, była Rosjanką, Tito poznał ją na Uralu, gdzie trafił jako jeniec wojenny w czasie pierwszej wojny światowej. Mieli pięcioro dzieci, ale przeżył tylko jeden syn, Žarko. Rozwiedli się w latach trzydziestych, a wkrótce potem Pelagia została aresztowana i zesłana do gułagu.

W 1936 roku Tito ożenił się w Moskwie z niemiecką komunistką, Aną König, używającą pseudonimu Lucia Bauer. Już rok później Ana została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa i po kilku miesiącach rozstrzelana. Tito gęsto tłumaczył się w listach do Kominternu ze swoich powiązań z tak wywrotowymi kobietami, a w jego oficjalnych biografiach długo nie wspomniano o Anie. (Została zrehabilitowana w 1958 roku).
Następna była Słowenka o niemieckich korzeniach, Herta Haas, którą Tito poznał w 1937 roku w Paryżu (nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, jak światowe życie prowadzili prześladowani komunistyczni działacze). Zdaje się, że w tym samym czasie pisał też namiętne listy do Any. W każdym razie związek przetrwał do 1941, a jego owocem był drugi syn Tity – Mišo. Herta została aresztowana przez ustaszy, a Tito tymczasem zakochał się na zabój w Davorijance. Ta miłość źle się skończyła z innego powodu – w 1946 roku Davorijanka zmarła na gruźlicę.


Jovanka w roli jugosłowiańskiej first lady: w 1955 i w 1970 roku (z Pat Nixon). Nie da się ukryć, że zrobiła się z niej kolubryna. I ta fryzura!
No a potem zjawiła się Jovanka, którą Tito poślubił w tajemnicy w 1952. Przez wiele lat małżeństwo wyglądało na bardzo udane, a Jovanka z powodzeniem pełniła funkcję „pierwszej damy” Jugosławii, ale w latach siedemdziesiątych coś zaczęło się psuć. Jovankę odsunięto od męża i praktycznie zamknięto ją w domowym areszcie. Próbowałam zrozumieć, o co w tym chodziło, ale relacje są sprzeczne. Zdaje się, że politycy w otoczeniu Tity obawiali się, że po jego śmierci będzie chciała objąć władzę, i wobec tego zaczęli mu wmawiać, że Jovanka współpracuje z nacjonalistycznymi serbskimi generałami oraz planuje zamach stanu. Pod wpływem tych podszeptów stary marszałek autentycznie zaczął obawiać się żony. Po 1977 roku nie miał z nią kontaktów, a w pogrzebie męża pozwolono jej wziąć udział tylko dlatego, że Indira Gandhi zagroziła, że inaczej nie przyjedzie.
Co łączy te wszystkie historie miłosne? Wszystkie oblubienice Tity były aktywnymi działaczkami komunistycznymi, trzy z nich także partyzantkami w czasie II wojny światowej. Wszystkie były piękne – podobno – natomiast na pewno dużo, dużo od niego młodsze. Pelagia o 12 lat (była zaledwie szesnastoletnią dziewczyną, kiedy się pobrali, a romans zaczął się dwa lata wcześniej, dzisiaj Tito miałby kłopoty z prawem), Ana i Herta o około 22 lata, Davorijanka o prawie 30, a Jovanka aż o 32.

Znalazłam jakieś tabloidowe artykuły o Ticie i jego osobistej masażystce, Darijanie Grbić, o którą Jovanka była podobno dziko zazdrosna. Jak było, tak było, ale ta blond dama na zdjęciu wygląda trochę zbyt elegancko jak na skromną masażystkę.
Czytając o małżeńskich perypetiach Tity, uświadomiłam sobie, że kiedy obejmował władzę, był już po pięćdziesiątce, a Jugosławią rządził jeszcze przez 35 lat. Jego zdjęcie z ufarbowanymi włosami mocno mną wstrząsnęło. No i co? Nie ma rady, będę musiała przeczytać jakąś rozsądną biografię Tity
Przestałam podsłuchiwać i zajęłam się oglądaniem kolejnych fotografii. Dalej była cała ściana związana już bezpośrednio ze śmiercią Tity. Najpierw mnóstwo życzeń zdrowia wysyłanych do kliniki: telegramy, listy, dziecięce laurki, rozmaite zbiorowe akcje poparcia dla chorego „towarzysza Tity”.



Potem relacja z pogrzebu. Ciało Tity przewieziono do Belgradu, a jego trumna przez trzy dni stała w gmachu parlamentu. Na zdjęciach widać niekończące się kolejki ludzi przychodzących oddać mu hołd, mnóstwo płaczących osób, a potem gigantyczne tłumy podczas samego pogrzebu. Są także zdjęcia z „minuty ciszy” – do 1991 roku 4 maja, w rocznicę śmierci marszałka, cała Jugosławia zamierała na minutę, aby oddać mu hołd. To gorzej niż po śmierci Stalina i Mao Zedonga: tam zadowolono się jednorazowym hołdem.
Z Domu Kwiatów przeszłam do bardzo długiego budynku oznaczonego jako Stare Muzeum.

Wystawa próbowała opowiedzieć kolejne etapy powstawania idei Jugosławii, zaczynając jeszcze gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Problem polegał na tym, że zrobiono ją w sposób bardzo staroświecki: przedmiot, podpis, następny przedmiot, następny podpis. Z samego oglądania trudno było więc zrekonstruować jakąś sensowną narrację i dość szybko zaczęłam się nudzić.
Były tam rozmaite prezenty dla Tity, polowe ubranie Tity, chyba jakaś garsonka Jovanki i cały szereg podobnych pamiątek. Ach, przepraszam, i kolekcja krawatów. Tito miał wyrafinowane gusta: Dior, Hermès, Valentino i co tam jeszcze.



Czego w tym Starym Muzeum nie ma! Prezent od Stalina (porcelanowa figurka), te pretensjonalne pałeczki z Dnia Młodości, elementy garderoby Tity (dobrze, że nie wystawiono skarpetek) i mnogość różnych dokumentów, co do których zdać sprawozdania nie umiem.
Dwie wystawy i dwa kurduple
Zostało mi już tylko przejść przez sklepik i zejść do nowego gmachu muzeum. Sklepik okazał się całkowicie opanowany przez Titę: koszulki, książki, gadżety i cała reszta marszałkowskiego asortymentu. Jest też kawiarenka, już bardziej trafiająca w potrzeby starszej pani, ale cóż, zegar tykał.

Z nowego budynku wychodziły właśnie jakieś resztki chińskiej grupy turystycznej, a na schodach pewien chłopak urządzał długą sesję zdjęciową swojej dziewczynie, wymalowanej jak oko na Maroko, w szpilkach i bardzo krótkiej spódniczce. Przez dobre dziesięć minut ustawiała się raz tak, raz inaczej, raz wchodziła po schodach, raz schodziła. Natychmiast przypomnieli mi się chińscy turyści w Nowej Zelandii, którzy potrafili zablokować dostęp do najładniejszych miejsc, bo koniecznie musieli urządzać sobie dwudziestominutowe sesje fotograficzne.
Samo muzeum było za to niemal zupełnie puste — ogromna przestrzeń i bardzo mało rzeczy. Na parterze praktycznie nic poza jedną rzeźbą, a na pierwszym piętrze dwie ekspozycje.

Rzeźba na parterze muzeum to „Wielka wdowa” związana z cyklem kosowskim Meštrovicia, inspirowanym ludowymi eposami i mitem bitwy na Kosowym Polu. Posąg nie jest „ładny” (mnie przeszkadzała wielka głowa), ale ma w sobie to „coś” przyciągające uwagę.
Na dole była jeszcze informacja o architekcie budynku i o tym, że Muzeum 25 Maja miało być czymś bardzo nowoczesnym i rewolucyjnym. Mówiąc szczerze, niczego szczególnie nowoczesnego ani rewolucyjnego w nim nie dostrzegłam. Dla mnie był to po prostu wielki barak zamiast wcześniejszego mniejszego baraczku. Dopiero później doczytałam, że chodziło oczywiście o nowoczesność z perspektywy 1962 roku.
Na piętrze były dwie wystawy, jedna gorsza od drugiej.
Pierwsza dotyczyła doświadczenia obozów i uwięzienia podczas II wojny światowej i wydała mi się kompletną pomyłką. Przy wejściu znajdowała się tablica tłumacząca, czym był obóz koncentracyjny, potem następna wyjaśniająca, czym były obozy zagłady. Dla mnie już sam poziom ogólności tych informacji był trochę zdumiewający.



Dalej wisiało mnóstwo obrazów związanych z obozami. W pewnym miejscu kuratorzy sami przyznawali, że nie wszystkie prezentowane prace mają szczególnie wysoką wartość artystyczną, ale ważne jest świadectwo czy idea, którą przekazują. Tylko że właśnie taka abstrakcyjna „idea obozu koncentracyjnego” zupełnie do mnie nie przemawiała. Nawet gdyby przyprowadzić tam szkolną wycieczkę, znacznie ciekawsze byłoby pokazanie konkretnych ludzi, konkretnych historii i konkretnych miejsc.
Przeszłam więc przez salę, obejrzałam obrazy, przeczytałam informacje o Jugosłowianach wywożonych w czasie okupacji kraju do obozów, i wyszłam.
W rozpaczy poszłam zobaczyć drugą wystawę. Nie do końca byłam pewna, czego właściwie dotyczy, bo było to po prostu dużo stojaków z reprodukcjami jakichś dokumentów i obrazków. Dopiero później zorientowałam się, że ekspozycja prezentowała propagandowe ulotki wojenne na terenach jugosłowiańskich w całym XX wieku, zaczynając od pierwszej wojny. Problem był znowu ten sam: wszystko wydawało mi się przemieszane i pozbawione szerszego kontekstu. Każdy obrazek był wprawdzie podpisany, wiadomo było mniej więcej, co przedstawia i z którego okresu pochodzi, ale niewiele z tego razem wynikało. Brakowało mi narracji, która powiedziałaby, dlaczego akurat te materiały zestawiono ze sobą i co właściwie mają pokazywać poza tym, że propaganda wojenna istniała.

Wielka europejska menażeria
niedawno porozumiała się,
by zniszczyć szlachetnego pana, który ją dotychczas poskramiał i trzymał w ryzach. […]
rosyjski niedźwiedź podaje łapę galijskiemu kogutowi
i angielskiemu psu.
Lecz wkrótce do tej trójki dołączyło
szczekanie belgijskiego lwa,
potem jeszcze urocza serbska świnia
i Japończyk, pocieszna małpa.
[…] wkrótce znów będą potulne,
za bezpiecznymi kratami.
Tylko dlaczego te rosyjskie niedźwiedzie mają na głowach biało-czerwone czapki???
W sumie wyszłam z Muzeum Jugosławii z poczuciem niedosytu. Po drodze zwróciłam jeszcze uwagę na placyk z fontanną. Fontanna była zupełnie sucha, płyty na placu wyraźnie dawno nieremontowane, wszystko trochę spękane i zaniedbane. Robiło to dość przygnębiające wrażenie.

Schodziłam już alejkami w stronę autobusu, kiedy nagle zostałam zaatakowana przez dwa psie kurduple. Podleciały do mnie ze szczekaniem, a jeden z nich dość zdecydowanie uszczypnął mnie w łydkę. Powiedziałam „oj”, do czego, jak sądzę, miałam pełne prawo.
Na to siedząca obok paniusia, dotąd całkowicie pochłonięta telefonem, podniosła wzrok i zaczęła agresywnie coś do mnie mówić po serbsku. Odniosłam wrażenie, że mam się czuć winna, ponieważ ośmieliłam się spacerować alejką i przeszkodzić jej słodkim kurduplom w spokojnym popołudniowym nawadnianiu trawników.
Powinnam była w odwecie ugryźć paniusię w kostkę, ale uznałam, że pyskówka po serbsku do niczego nie doprowadzi, rzuciłam jej więc tylko miażdżące spojrzenie i podążyłam dalej.
Czekając na autobus, nieopatrznie poskarżyłam się na to, co zaszło, ChatowiGPT, który natychmiast zaczął mnie namawiać na szczepienie poekspozycyjne, mimo iż, jak sam przyznał „Serbia ma obecnie bardzo korzystną sytuację epidemiologiczną”. Jeszcze trochę i naprawdę by mnie do niego przekonał. Na szczęście podjechał autobus.
Cerkiew świętego Marka i car w sarkofagu



Przed cerkwią świętego Marka znajduje się zabawny pomnik. To patriarcha Paweł, zwierzchnik kościoła prawosławnego w Serbii w latach 1990-2009. Wygląda trochę tak, jakby lewitował w powietrzu.

Dzień chylił się ku zachodowi słońca, a ja miałam jeszcze w perspektywie wieczornego drinka z kolegami, ale oparłam się pokusie powrotu prosto do mieszkania. Na doturlanie się do cerkwi świętego Sawy nie miałam już siły, a może i ochoty. Tak, wielka, większa i największa, czy to naprawdę powód, żeby się nią zachwycać? Nie mam wielkiego nabożeństwa do nowych świątyń, chyba że proponują jakąś awangardową architekturę. Niedaleko przystanku przyuważyłam jednak inną cerkiew, św. Marka. Też jest ogromna i bardzo wysoka (druga co do wielkości po tej św. Sawy), a w dodatku troszkę starsza, z lat trzydziestych XX wieku, więc weszłam do niej w ramach rekompensaty. Świątynia rzeczywiście imponuje przede wszystkim skalą wnętrza, mniej zachwyciły mnie dekoracje.
W środku zobaczyłam również sarkofag jakiegoś Dušana „Potężnego” czy „Silnego”, a raczej, jak się zaraz dowiedziałam z tablicy informacyjnej cara Stefana Dušana Silnego, jednego z najważniejszych średniowiecznych władców Serbii. Szczątki cara są (chyba) autentyczne, ale sam sarkofag do średniowieczności pretendować nie może, powstał w 1968.
Dygresja: szczątki w pudle. O cara Dušana życiu po życiu
Stefan Urosz Dušan nie był po prostu jakimś tam carem – to najważniejszy władca w dziejach średniowiecznej Serbii (rządził mniej więcej wtedy co u nas Kazimierz Wielki), który po ekspansji terytorialnej kraju w 1346 roku przyjął miano cara (basileusa) Serbów i Greków. Ustalenie przebiegu jego kampanii wojennych, sojuszy i konfliktów politycznych przekroczyło pojemność moich szarych komórek. Poza tym Stefan Urosz Dušan był synem Stefana Urosza, który też był synem Stefana Urosza. Żaden racjonalny człowiek się w tym nie połapie (ach, już widzę: to była dynastia Nemaniczów i KAŻDY król przyjmował imię Stefan. Zapewne po to, aby przyprawić potomnych o ból głowy).

I w dodatku Stefan Dušan od sarkofagu wstąpił na tron po zdetronizowaniu i uwięzieniu swojego ojca, którego następnie uduszono. (Z czyjego rozkazu? To prawie jak historia o książętach w Tower, tylko z pokoleniem wstępnym). Srodze został za to ukarany, bo po jego śmierci kościół nie ogłosił go świętym, chociaż było to miano przyznawane Nemaniczom prawie z automatu. Sam Stefan zabiegał z powodzeniem o mianowanie swojego zamordowanego taty świętym, a jego syn, Stefan rzecz jasna, mimo przydomku „Nijaki”, też się świętości dochrapał. Zaraz sobie wyobraziłam kościół pod wezwaniem świętego Łokietka… nie, nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Ale o czym to ja… no właśnie, o szczątkach. Stefan Dušan, czwarty z numeru, przez wieki spoczywał w ufundowanym przez siebie monasterze Świętych Archaniołów w pobliżu Prizrenu (to dzisiaj Kosowo, gotowy przepis na kłopoty). Po zniszczeniu klasztoru przez Turków pamięć o dokładnym miejscu pochówku zanikła. Dopiero w 1927 roku serbski historyk i archeolog Radoslav Grujić odnalazł zrujnowany grobowiec oraz szczątki uznane za kości cara. Grujić przewiózł szczątki w kartonowym pudle do Skopje a następnie do Belgradu, po czym przekazał je Patriarchatowi. PODOBNO w czasie bombardowania Belgradu 6 kwietnia 1941 roku położył się na pudle z kośćmi, osłaniając je własnym ciałem.

Później pudło leżało sobie w Patriarchacie – ciekawe, czy było opatrzone jakąś nalepką – aż do 1968 roku, kiedy to ówczesny patriarcha, German, ogłosił, że nadszedł czas, by zapewnić szczątkom godny pochówek. (Trafili na nie podczas inwentaryzacji, czy co?)
Pomysł przeniesienia kości z pudła do sarkofagu nie spotkał się z entuzjazmem jugosłowiańskich władz. Obawiano się, że uroczysty pochówek twórcy „Wielkiej Serbii” w federacyjnej Jugosławii rozbudzi serbski nacjonalizm i wywoła protesty w innych narodach. Poufne dokumenty z tego okresu opisują wręcz inicjatywę jako „zuchwałą demonstrację polityczną i wezwanie do nacjonalistycznego wiecu”, a na patriarchę wywierano naciski, aby zrezygnował z publicznej oprawy ceremonii. German nie zrezygnował, pogrzeb zgromadził tysiące ludzi, ale Jugosławia się nie rozpadła. Nie wtedy.
Dopiero poniewczasie zorientowałam się, że w krypcie cerkwi św. Marka są też pochowani król Aleksander i królowa Draga (ci zamordowani w 1903 roku). Już się miałam zganić za nieuważne zwiedzanie, ale doczytałam sobie, że krypta otwierana jest tylko od wielkiego dzwonu.
Teraz starsza pani była już BARDZO zmęczona, a pora na drinka zbliżała się nieubłaganie.
No ale: Tesla.
Należymy w naszej rodzinie do frakcji pro-Tesla, anty-Edison (a poza tym Tesla w młodym wieku był czarująco przystojny, czego o Edisonie powiedzieć się nie da). Tak, w Belgradzie miałam już Teslę na stateczniku samolotu, na banknocie studinarowym, objawił się także na magnesach i innych pamiątkach (brzydkich jak noc), trudno jednak uznać te spotkania za prawdziwe spotkanie z naszym ulubionym wynalazcą.

Na zwiedzenie Muzeum Tesli nie miałam już szans, zostało za mało czasu. Poza tym, chociaż chciałam zobaczyć urnę z jego prochami, czytałam, że ze względu na niewielką powierzchnię wystawiono tam tylko ułamek pamiątek z olbrzymiego archiwum osobistego Tesli, a najważniejszą atrakcję stanowią demonstracje modeli jego maszyn i urządzeń. Starsza pani nie ma nic przeciwko interaktywnym zabawom, ale o zasadzie działania prądu zmiennego czytała już wiele razy, a i tak nie pamięta, o co dokładnie chodzi. Będę musiała wrócić do Belgradu, kiedy zostanie otwarte nowe, dwudziestokrotnie większe muzeum w Belgradzie na vodi, co podobno ma nastąpić w 2027 roku.


Dygresja: dlaczego bohaterowie dzielą, a nie łączą
Uwielbieniem dla Nikoli Tesli zaraziła mnie moja córka, tym skuteczniej, że odkryłam go (no, nie jako jedyna) stosunkowo niedawno. Zawsze miałam sympatię do underdogów pomniejszanych przez oficjalne narracje historyczne. Bo czy nie jesteśmy dumni ze Skłodowskiej-Curie, którą Francuzi przez długi czas redukowali do wzmianki „wraz z żoną”, bo przecież odkrywcą polonu i radu był dla nich Pierre? No, ale Skłodowska przynajmniej dostała Nobla.

Marconi też dostał Nobla, za wynalezienie radia, i nikt we Włoszech do dzisiaj nie przyzna, że ukradł patent Tesli (wystarczy przeczytać pokrętne objaśnienia we włoskim biogramie w Wikipedii). Idealista i wizjoner, Tesla chyba od początku nie miał szans w starciu z brutalnym amerykańskim pragmatyzmem. A tzw. „wojna prądów” z Edisonem? W filmie z 2017 roku Tesla ledwie się pojawia, głównymi bohaterami są Edison i Westinghouse. A jeszcze Edisona gra charyzmatyczny Benedict Cumberbatch. No ludzie. To już lepiej obejrzeć Prestige Nolana.
Tak, wiem, że Tesla miał różne fiksacje i zero talentu do interesów. Ale to nie o to chodzi. Najbardziej przykre jest to, że kiedy już go odkurzono i wyciągnięto z zapomnienia, zamiast być wspólnym powodem do dumy dla krajów, z których pochodzi, stał się kością niezgody narodowej.
Choć Tesla pochodził z etnicznie serbskiej rodziny, a jego ojciec był prawosławnym księdzem, wioska Smiljan, w której się urodził, znajduje się na terenie dzisiejszej Chorwacji. Teraz stworzono tam olbrzymie muzeum, a właściwie Centrum Pamięci Nikoli Tesli, otwarte w 2006 roku. Można w nim zobaczyć rodzinny dom wynalazcy oraz cerkiew, w której jego ojciec był kapłanem, a sam Nikola został ochrzczony.

Zarówno cerkiew jak i dom to jednak rekonstrukcje. Co prawda, inaczej niż rodzinny dom Vuka Karadżica (o tym w innej relacji), przetrwały do dwudziestego wieku, ale w 1941 roku zostały spalone przez chorwackich ustaszów w czasie etnicznej czystki serbskiej ludności. Po wojnie rząd jugosłowiański odbudował dom i urządził w nim muzeum. Z kolei w 1992 roku, w czasie wojny serbsko-chorwackiej, to właśnie Serbowie w wyniku ostrzału artyleryjskiego przypadkiem zniszczyli dom swojego narodowego bohatera. Zaraz potem w pobliskim Gospicu pomnik Tesli wysadzili w powietrze chorwaccy ultranacjonaliści. Miało to być symboliczne „oczyszczenie” miasta z serbskich śladów kulturowych. W latach dziewięćdziesiątych w ogóle Chorwaci byli na Teslę „obrażeni”, tak jak na wszystko kojarzone z Serbią, a jego nazwisko znikło z nazw niektórych ulic i szkół. Pomnik wrócił na swoje miejsce dopiero w 2021 roku, ale to nie znaczy, że Serbowie i Chorwaci przestali się kłócić o Teslę.

Obecnie Chorwacja jest dumna z Tesli i podkreśla, że stąd pochodził i tutaj pobierał pierwsze nauki. W 2021 roku jego podobizną postanowiono ozdobić monety euro, co wywołało awanturę dyplomatyczną. Narodowy Bank Serbii oficjalnie oskarżył Chorwację o „przywłaszczanie serbskiego dziedzictwa kulturowego”, czym Chorwaci wcale się nie przejęli i monety (o nominale jednego euro) w 2023 roku wypuścili. Dobrze chociaż, że Tesla jest na monetach, a nie na banknotach, bo już sobie wyobrażam te kwasy przy wymianie w kantorze chorwackich euro na serbskie dinary.
Tak całkiem nie mogłam jednak Tesli odpuścić. Jeśli nie muzeum, to może chociaż pomnik? Wskoczyłam do autobusu (ach, co to za wygoda, ta bezpłatna komunikacja miejska) i podjechałam pod Wydział Techniczny Uniwersytetu w Belgradzie.
Na spokojną kontemplację nie było szans, bo najwyraźniej był to akurat okres obron i pod pomnikiem co chwilę ustawiali się szczęśliwi absolwenci z pracą dyplomową pod pachą, w otoczeniu licznego grona krewnych i znajomych Królika. Z drugiej strony – to miłe, że Tesla symbolicznie błogosławi świeżo upieczonym inżynierom.



To trzeci pomnik Tesli, który oglądałam. Poprzednio widziałam figurę projektu Ivana Meštrovicia (to ten od „Wielkiej wdowy”) w Zagrzebiu i pomnik po kanadyjskiej stronie Wodospadu Niagara. Belgradzki siedzący Tesla w długim płaszczu wyglądającym jak toga, dostojnie zamyślony nad jakimś projektem, spodobał mi się bardziej od zagrzebskiego Tesli, przypominającego mi trochę posąg Myśliciela Rodina. Jednak mój faworyt to kanadyjski Tesla ze swoim silnikiem indukcyjnym. (Projekt nawiązuje do historycznej anegdoty, według której pomysł silnika przyszedł wynalazcy do głowy w trakcie rysowania laską na piasku wykresu fal sinusoidalnych przesuniętych w fazie o 120 stopni. Te same linie uwieczniono na podstawie pomnika. A sam pomnik jest nowy – z 2006 roku i powstał z inicjatywy serbskiej diaspory, choć rząd kanadyjski hojnie sypnął na niego groszem.)
Drinki w Demokratiji i Tito na dobranoc
Wróciłam do domu przed ósmą, połknęłam szybko jakąś kanapkę i już trzeba było iść na drinka z kolegami. Na szczęście umówiliśmy się właściwie pod moim domem, na Skadarskiej. Skręciliśmy w pierwszą boczną uliczkę i usiedliśmy w barze Demokratija przy Zetskiej.
Koledzy wyjaśnili mi, że jest to bar rosyjski, i zaczęli opowiadać o bardzo licznej rosyjskiej emigracji, która pojawiła się w Belgradzie po rozpoczęciu wojny w Ukrainie. Według nich to często ludzie młodzi, energiczni, zakładający własne firmy i różne nowe biznesy; scharakteryzowali ich również z uśmiechem jako środowisko z dużą liczbą tatuaży i piercingu. Rzeczywiście, później doczytałam, że właśnie Belgrad stał się jednym z głównych skupisk tej nowej emigracji rosyjskiej, w dużej mierze młodej, dobrze wykształconej i związanej z sektorem technologicznym. Podejrzewam, że do wyjazdu z Rosji skłoniła tych rzutkich biznesmenów raczej kalkulacja ekonomiczna niż względy ideologiczne.

Miałam cichą nadzieję, że przy drinkach uda mi się wyciągnąć kolegów na jakieś zwierzenia polityczne, dość szybko zorientowałam się jednak, że do rozmów o wojnach z lat dziewięćdziesiątych się nie palą. Znacznie żywiej zareagowali na moje opowieści z Muzeum Jugosławii. Przy czym odniosłam wrażenie, że sami muzeum znają raczej słabo — może któryś z nich kiedyś tam był, ale specjalnie dużo o wystawach nie wiedzieli.
Potwierdzili natomiast z entuzjazmem, że Tito był zdecydowanym ladies’ manem, który lubił się otaczać pięknymi kobietami i urządzał ekskluzywne przyjęcia dla gwiazd filmowych. Próbowałam jeszcze podpytać o Jovankę i o to, czy rzeczywiście pod koniec życia Tity byli właściwie rozdzieleni, ale tutaj koledzy znowu zrobili się dość ewazyjni i niewiele się od nich dowiedziałam.

Za to bez wahania potwierdzili znaczenie Dnia Młodości i całej otaczającej Titę kultury. Zaczęli wspominać książeczki o marszałku, właściwie na każdy możliwy temat: Tito i dzieci, Tito i psy, Tito i muzyka, Tito przy fortepianie — w każdym razie Tito wszędzie i przy każdej okazji. Trochę się z tego podśmiewali, ale tak jakby z nostalgią.

Wróciłam jeszcze do kwestii dwóch alfabetów i opowiedziałam o swoim wrażeniu, że w księgarniach łacinka wydawała się bardzo silnie obecna. Koledzy najwyraźniej jednak nigdy się szczególnie nie zastanawiali nad tym, czy więcej książek wydaje się po serbsku cyrylicą czy alfabetem łacińskim. Wskazali mi jednak ekonomiczną rację stojącą za wyborem łacinki: większy rynek zbytu. Chociaż chorwacki i serbski to dzisiaj oficjalnie dwa odrębne języki pokrywają się co najmniej w 95%, a Chorwaci czytają w łacince.
Koledzy powiedzieli natomiast coś bardzo ciekawego: że często nawet nie zwracają uwagi na zmianę alfabetu. Tekst może przechodzić z cyrylicy na łacinkę, nawet w obrębie jednego zdania, a oni po prostu automatycznie przestawiają się z jednego systemu na drugi i właściwie tego nie zauważają.
Posiedzieliśmy jeszcze, pogadaliśmy przede wszystkim o możliwych wspólnych projektach i umówiliśmy się, że za dwa dni zobaczymy się ponownie w Tršiću na konferencji.
Potem zaczęliśmy się powoli rozchodzić. Ja miałam najłatwiej ze wszystkich, bo wystarczyło wrócić kilkadziesiąt metrów na Skadarską. Bonus noclegu w centrum! Już nawet nie zagłębiałam się w kolejne lektury o Ticie i Tesli, tylko poszłam prosto do łóżka. Następnego dnia miałam przecież wyruszyć na serbskie bezdroża.







Dodaj komentarz