
Powtórka z rozrywki: po wyprawie na Lofoty bardzo, ale to bardzo marzyły mi się ponowne odwiedziny w północnej Norwegii.
Znowu to samo lotnisko: Harstad/Narvik – Evenes, ale tym razem nieco inna trasa. Miałam także nieco więcej czasu: przyleciałam i odleciałam w niedzielę, więc dysponowałam sześcioma pełnymi dniami na zwiedzanie.
Pora: druga połowa maja. Nocy już praktycznie nie ma, turyści w ilościach znikomych. Coś, co starsza pani lubi najbardziej. Ryzyko? No cóż, pogoda. Ale w Norwegii pogoda nigdy nie jest gwarantowana. Mnie się udało: miałam aż trzy słoneczne doby, trzy dni umiarkowanie zachmurzone, ale bez opadów, raz przelotną mżawkę i raz solidny deszcz (ale akurat, kiedy jechałam już na lotnisko).
Samochód wzięłam z wypożyczalni Alamo, tak jak w poprzednim roku, bo mam z nimi dobre doświadczenia – nie wyszukują ukrytych rys na karoserii po oddaniu pojazdu i ogólnie są sympatyczni. Tym razem trafił mi się elektryczny dongfeng box A (szerzej piszę o nim tutaj dongfeng) i szczerze mówiąc, nie uważam, żeby było to dobre rozwiązanie na wakacje.
Pierwsze trzy noclegi miałam na Vesterålen

Dojazd z lotniska zajął mi ok, 3 godziny, ale to dlatego, że wstrzeliłam się prawie idealnie w rozkład promu Flesnes-Refsnes. Zdecydowanie odradzam drogę południową, bo stale prowadzone są tam roboty drogowe (były już w zeszłym roku i nie wygląda na to, że szybko się skończą). Przejazd promem jest krótki, a za samochód elektryczny nie musiałam płacić.

Nocleg, w nieco podrasowanym domku kampingowym (Skjellbogen Hyttegrend) był bardzo udany – tani (55 euro za noc), spokojny, w ładnym miejscu. Domek dość obszerny, z kącikiem kuchennym, łazienką, dobrym wifi. Miałabym jednak wątpliwości, czy polecać go parom, bo łóżko podwójne zajmuje całą przestrzeń drugiego „pokoju” i gdyby chciały na nim spać dwie osoby, musiałyby się układać na sardynkę. Nie ma tam też miejsca na półkę, szafkę itd.
Na zwiedzenie okolic miałam 2,5 dnia, co przy mojej filozofii wakacyjnej (samochód, widoki, przerwa na niezbyt wyczerpujące spacery) było zupełnie wystarczające. Mogłabym tam zostać dłużej, bo w odróżnieniu od Lofotów, Vesterålen oferuje dużo łatwych, zasadniczo płaskich szlaków – coś, co starsza pani lubi najbardziej (jeśli ktoś woli się wspinać, to czarne i czerwone szlaki też są, bez obaw).
Langøya: Nyksund, Stø i przypadkowy cmentarz
Pierwszy dzień to objazd wyspy Langøya. Krajobrazy zgodne z oczekiwaniami, poszarpane wybrzeże, fiordy, drewniane domki. Dojechałam do dwóch najbardziej znanych turystycznie punktów, odnowionej wioski rybackiej Nyksund (coś jak wioski na Lofotach, ale nieco mniej dramatycznie malownicze), gdzie za oszałamiającą kwotę 16 euro zjadłam zupę rybną w bardzo ładnej restauracyjce. (Zupa nie powaliła mnie na kolana, ale było domowo i sympatycznie). W lokalu ucięłam sobie krótką pogawędkę z dziewczyną zajmującą się restauracją – to była moja jedyna konwersacja tego dnia poza dzień dobry/dziękuję w supermarkecie. Dziewczyna powiedziała mi, że jest z południa Norwegii i kiedy była w Nyksund poprzedniego lata zaproponowano jej tutaj pracę. Zaproponowała mi, żebym spróbowała zgadnąć, ile osób mieszka w Nyksund. 50? Nie , 21. I dodała, że w zimie nawet trochę mniej… Potem podjechałam do Stø, gdzie pochodziłam sobie po ścieżkach w absolutnej samotności, nie zapuszczając się na trudniejsze odcinki szlaku Donningruta.

Wracając, zahaczyłam o kościół w Langenes (koniec XVIII wieku), który był oczywiście zamknięty, ale prezentował się melancholijnie i romantycznie na tle gór i morza.
Potem odbiłam na wschodnie wybrzeże, w stronę Alsvåg, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Coś mnie podkusiło, żeby skręcić w lokalną drogę i trafiłam na niezwykle malowniczy cmentarz na półwyspie, dodatkowo otoczony stadkami owiec. Świetny spacer na koniec dnia. Nieco dalej odkryłam jeszcze fantastyczne zatoczki na tle ośnieżonych gór wyspy Andøya.



Andøya: plaże, torfowiska i Andenes
Drugi dzień to wyprawa właśnie na wyspę Andøya. Pogoda dopisała, wspaniałe słońce i błękitne niebo, nic tylko trzaskać zdjęcia. No więc trzaskałam, zatrzymując się co chwilę i zagłębiając się (niezbyt daleko) na dróżki na torfowiskach oraz na bardzo piękne plaże. Na samym początku jazdy przez wyspę zatrzymałam się przy intrygująco brzmiącej tabliczce z informacją „Marmelkroken”, chyba z niejasną nadzieją, że może to być jakieś centrum sprzedaży produktów farmerskich. Po sprawdzeniu w translatorze okazało się, że to punkt obserwacyjny ptaków. Właściwie jeszcze lepiej. Zasiadłam sobie w specjalnej budce ze swoją kanapką (w okolicy nie było żywego ducha) i skonsumowałam ją, patrząc na hurtowe ilości polatujących dookoła dzikich gęsi.


Dojechałam aż do Andenes, ale to jest akurat, moim zdaniem, najmniej interesujące miejsce na wyspie, pomijając fantastyczną plażę tuż przy wjeździe do miasteczka. Warto się tam zatrzymać tylko wtedy, gdy potem wsiada się na prom na Senję albo ma w planach wyprawę na wieloryby. Nie wybrałam się, bo widziałam wieloryby na Azorach, płacąc 1/4 ceny, której życzą sobie agencje w Andenes. Poza tym maj, to jednak trochę za wcześnie, najlepszy sezon na wieloryby zaczyna się w czerwcu.
Andøya w słoneczny dzień kusi do zatrzymywania się co kilometr: a to piaszczysta plaża, a to malownicza zatoczka, a to owce, a to skały…



Był to dla mnie również bardzo „rozmowny” dzień, bo odbyłam aż trzy konwersacje: ze starszymi panami w Sortland, którzy pomogli mi wyciągnąć zablokowaną wtyczkę z ładowarki samochodu (jeden z nich pochwalił się, że był 27 razy w Tajlandii, co natychmiast sprawiło, że popatrzyłam na niego podejrzliwie), z panią na stoisku ładowania samochodu w Andenes, która udzieliła mi bezcennych porad praktycznych i z dwiema starszymi paniami w porcie, które wyjaśniły mi, że dziwna konstrukcja jeszcze w budowie to The Whale – centrum edukacji morskiej. Faktycznie, trochę przypomina wielorybi ogon. Nagadałam się więcej niż w ciągu pozostałych pięciu dni.
Następnego dnia miałam już nocleg w Lødingen, ale ponieważ to niespełna dwie godziny z Vesteralen, rano objechałam jeszcze zachodnią część mojej wyspy, która podobała mi się nawet bardziej niż bardziej znane turystycznie Langøya i Andøya. Atmosfera końca świata, dramatyczne góry, przytulne doliny, olśniewająco białe plaże. Dojechałam na sam czubek wyspy, do Hovden, gdzie zjadłam swoją kanapkę, rozkoszując się widokiem na morze, góry i orły. Istot ludzkich nie było.
Po południu, już w drodze do Lødingen, pod wpływem impulsu zjechałam w boczną drogę prowadzącą do Øksnes i to był kolejny świetny pomysł: spokój, cisza, piękne zatoczki, jeden samochód na godzinę. (Chociaż kiedy pośliznęłam się na jakichś algach nad fiordem, pomyślałam sobie: a jeśli teraz złamię nogę, to kto mnie tu znajdzie?) No i przede wszystkim 1. renifery 2. zające arktyczne 3. łoś. Wszystkie pozujące prawie przy drodze.



Następnego dnia jechałam już w stronę Senji.

Najlepszą opcją byłoby pojechanie do Harstad, a potem przepłynięcie promem. Gdybym sobie w porę przypomniała, że właśnie w Harstad lądowali polscy żołnierze przed bitwą o Narwik (ciekawie pisze o tym Pruszyński), na pewno wybrałabym tę trasę. Niestety, zagapiłam się i musiałabym czekać na prom 1,5 godziny. Podróż lądem jest męcząca (roboty drogowe na wąskich szosach, skutecznie hamujące ruch i powodujące tworzenie się ogonków) i zajęła mi 5 godzin zamiast 3,5, w dodatku widoki nie umywały się do wcześniejszych.

Nocleg miałam w malutkiej miejscowości Furoy, urocze mieszkanko z widokiem na fiord, wypatrzone na Airbnb. Do mostu na Senję jest stamtąd ok. 20 minut, a po drodze miejscowość Finnsnes (supermarkety, sklepy i kawiarnie).
Senja x 3
Ponieważ pogoda była piękna, a noc oficjalnie przestała istnieć bodaj 21 maja, wieczorem wybrałam się na pierwszą wyprawę na Senję. Pierwsze wrażenie było, hmm, trochę rozczarowujące? Wewnętrzna część wyspy to góry, lasy, góry, lasy, jeziorka i mokradła. Ładne, owszem, ale nic wstrząsającego. Dojechałam do Gryllefjord i Torsken – dwóch obowiązkowych punktów turystycznych na Senji. Fiord. Fiord. Ładne. Największą atrakcją było jednak stado reniferów na drodze i dzikie gęsi przy ruinach kopalni niklu.



Drugi dzień rozpoczęłam wcześnie, bo po południu miało się już zachmurzyć. Zrobiłam klasyczną rundę Tungeneset – Ersfjord – Mefjordvær – Fjordgård – Husøy. Zwiedziłam nawet sławną złotą toaletę przy plaży Ersfjord. Widoki, owszem, ładne i dokładnie takie, jakich się w Norwegii spodziewamy. Popatrzyłam z uznaniem na ludzi ruszających na wspinaczkę na Hestę, ale sama przespacerowałam się po torfowiskach. Bardzo kojąca czynność, zwłaszcza po pokonaniu licznych tuneli, które są specjalnością Senji – niektóre mają ponad dwa kilometry długości i jeździ się w nich na „mijankę”, zatrzymując się rozszerzonych odcinkach, oznaczonych literą „M”.


Wieczorem starczyło mi jeszcze energii, żeby dojechać do parku narodowego Ånderdalen i przespacerować się kilka kilometrów (horyzontalnie, horyzontalnie!). Idealny relaks na koniec dnia.
Ponieważ najważniejsze punkty turystyczne miałam już „zaliczone”, następny dzień spędziłam, odkrywając południową część wyspy. Uczynny ChatGPT wmawiał mi, że widoki są słabsze niż na północy i w ogóle może lepiej pojechać znowu do najbardziej znanych miejsc, ale na szczęście nie dałam się mu przekonać. Droga do Kaldfarnes była dramatyczna, malownicza i niespodziewana (nagle znalazłam się w środku zimy i przy zamarzniętych jeziorach), a detour do Flakstadvåg dał mi okazję do odkrycia wioski odciętej od świata i rozkoszowania się pięknymi widokami przy akompaniamencie melodyjnego beczenia owiec (maj to sezon kocenia się owiec i na łące pełno było jagniątek, domagających się mleka mamy).


Trzeba wracać…
Ostatni dzień i powrót na lotnisko Evenes był zarazem jedynym dniem, kiedy pogoda naprawdę się popsuła i uraczyła mnie ulewnym deszczem. Szczęśliwym trafem udało mi się wstrzelić w dwugodzinną dziurę w deszczu, którą wykorzystałam na zwiedzenie po drodze Polar Park – to takie ekologiczne zoo, w którym można zobaczyć zwierzęta typowe dla Norwegii. Nie jestem pewna, czy naprawdę warto (bilet kosztuje ponad 30 euro), ale mimo iż zagrody są bardzo duże i nie ma gwarancji, że zwierzęta akurat pojawią się na widoku, mnie udało się zobaczyć prawie wszystkie z bliska.
Na lotnisko dojechałam w ostatniej chwili, bo musiałam jeszcze naładować ten cholerny samochód (uwaga: wystarczy, żeby bateria była naładowana powyżej 80%), a na lotnisku nie było wolnych ładowarek – wszyscy mieli ten sam problem. Najlepiej podładować auto trochę wcześniej, np. w Bjerkvik.
Wsiadłam do samolotu pocieszając się, że pogoda na następny tydzień przewidywała nieustanny deszcz, ale zarazem z postanowieniem, że to nie jest moja ostatnia wyprawa do północnej Norwegii.
Podsumowanie
Koszty: jestem trochę zbyt leniwa, żeby wszystko zapisywać. Samochód z pełnym ubezpieczeniem wyniósł mnie 325 euro i wynajmowałam go z DUŻYM wyprzedzeniem. Najdrożej za nocleg zapłaciłam w Lødingen – 110 euro. Była tańsza opcja, ale ze wspólną łazienką i bez kącika kuchennego – dwie rzeczy, na których bardzo mi zależy.
Wyżywienie – poza zupą rybną w Nyksund oraz nabywaną tu i ówdzie (niedobrą) kawą, żywiłam się samodzielnie. W dzień zwykle szkoda mi czasu na przerwę obiadową, a wieczorem padam na nos i nie chce mi się gdzieś wychodzić (nie, żeby północna Norwegia oferowała liczne opcje gastronomiczne, zwłaszcza przed szczytem sezonu). Na dzienne wyprawy robię sobie kanapki, a wieczorem najchętniej funduję sobie jakieś danie na wynos, kupione w supermarkecie. Sieci jest kilka, ja najbardziej lubię Bunnpris, bo tam mają największy wybór świeżych produktów i gotowych dań, a czasem nawet świeże bułki (we wszystkich dużych supermarketach jest świeży chleb, ale bochenki duże, na moje potrzeby solo za duże) . Ceny, na szczęście, nie są już tak astronomiczne w porównaniu z naszymi jak w czasach, kiedy odwiedzałam Norwegię po raz pierwszy (oj, dawno to było), jeśli tylko unika się towarów importowanych.
Przyroda jest w Norwegii za darmo, ale do kosztów należy doliczyć parkingi, które potrafią być płatne nawet w najbardziej na pozór dzikich miejscach, a kamery wszystko wyłapią. Najprościej jest ściągnąć apkę EasyPark, co oszczędzi nam bolesnego rozszyfrowywania instrukcji po norwesku i jeszcze bardziej bolesnego mandatu otrzymanego już po powrocie do domu (z dodatkową opłatą administracyjną ściągniętą przez wypożyczalnię).
Mapy z odwiedzonymi miejscami znajdziecie tutaj, subiektywne uwagi na temat tego, gdzie warto albo nie warto pojechać tutaj , praktyczne perły mądrości tutaj, a moje norweskie lektury tutaj
Po dwóch wyprawach na północ Norwegii, mój subiektywny ranking jest następujący
- Vesterålen (cudowne widoki, dużo łatwych tras, mało turystów)
- Lofoty (fantastyczne widoki, trasy piesze nie dla starszych pań, najbardziej znane miejsca bardzo turystyczne, parkingi czasem zatłoczone)
- Senja (dzika, imponująca, pustawa, ale krajobrazowo mniej jedyna w swoim rodzaju)
Myślę, że to jeszcze nie była moja ostatnia wyprawa do Norwegii. To są specyficzne wakacje, zwłaszcza, jeśli jedzie się samemu. Przez siedem dni moje interakcje z ludźmi były minimalne, konwersacje wybiegające poza tak/nie/dziękuję/dzień dobry/do widzenia można by policzyć na palcach jednej ręki. Krajobrazy są piękne, ale w podobny sposób. Zabytków godnych wspomnienia praktycznie nie ma. Jedzenie drogie i takie sobie. A jednak. Dla mnie to jakby odpoczynek od codziennego rytmu życia, chwila wyciszenia i kontemplacji. Z Norwegii wracam z nową energią i wytrzymałością na stres. Tak, zdecydowanie chcę tam wrócić.








Dodaj komentarz