To była moja pierwsza przygoda z samochodem elektrycznym. Wrażenia? Szczerze mówiąc, mieszane.

Auto jest wygodne i proste w obsłudze. Ma duży bagażnik, co dla mnie nie miało większego znaczenia, ale przy większej liczbie podróżujących może być ważne. Największa wada: brak tylnej wycieraczki. Po przejeździe drogą gruntową musiałam czyścić szybę ręcznie, bo była kompletnie zakurzona.

No i sprawa podstawowa: ŁADOWANIE. W wypożyczalni sympatyczny młody człowiek zapewnił mnie, że punktów ładowania jest mnóstwo, że cały proces jest bardzo prosty, że trzeba tylko włożyć wtyczkę w odpowiedni otwór, że zajmuje to 10–15 minut i że mogę sobie w tym czasie pójść na kawę. Sama radość.

Pan zapomniał mi wyjaśnić, że aby wszystko poszło gładko, muszę wykonać kilka ruchów w odpowiedniej kolejności: najpierw zatrzymać ładowanie, potem zamknąć i otworzyć ponownie samochód, inaczej ładowarka zablokuje się w gniazdku.

Lekcja pierwsza: pierwsze ładowanie skończyło się wielkim stresem: ekran na punkcie EV chciał, żebym w coś stuknęła, aby zakończyć proces, stukałam więc w ekranik, bez skutku. Próby wyciągnięcia kabla z gniazdka w samochodzie okazały się bezskuteczne. Obok nie było nikogo, kto ładowałby samochód i być może udzieliłby zbawiennej porady. Poprosiłam o pomoc przechodzącego obok policjanta, pociągnął kilka razy za kabel, podrapał się w głowę i oświadczył, że jest bardzo zajęty. Ostatecznie złapałam dwóch starszych panów na parkingu i metodą na bezradną blondynkę (a raczej siwowinkę) zwerbowałam ich do współpracy. Co prawda sami nie rozwiązali problemu, ale zadzwonili do wypożyczalni i po dłuższej rozmowie po norwesku dowiedzieli się, że należy szybko zamknąć i otworzyć samochód kilka razy. Uff! Udało się.

Lekcja druga: nie należy próbować płacić za ładowanie bezpośrednio kartą. Wiele punktów w ogóle nie akceptuje takiej formy płatności, domagają się karty zarejestrowanej w systemie. Jedyny bezpieczny sposób to zainstalowanie aplikacji Elton i podłączenie jej do własnej karty.

Lekcja trzecia: tak naprawdę, punktów ładowania jest dużo mniej niż stacji benzynowych i w odległych stronach to może być problem. Musiałam skrócić jedną wycieczkę, bo wyliczyłam sobie, że zabraknie mi energii na dojechanie do najbliższego puntu. Zdarza się także, że dany punkt z jakiegoś powodu nie podłącza samochodu do ładowarki.

Lekcja czwarta: czas i dystans. Mój donfeng miał maksymalny zasięg 310 kilometrów przy pełnej baterii. To nie jest zbyt dużo, zwłaszcza na bezdrożach północnej Norwegii. Co gorsze, ładowanie zajmuje naprawdę DUŻO CZASU. Kilkadziesiąt minut, a nawet ponad godzinę, zależnie od mocy ładowarki. W ostatni dzień, żeby oddać samochód na lotnisku z pełną baterią, musiałam ruszyć w drogę godzinę wcześniej.

Lekcja piąta: cena. Samochód elektryczny jest opłacalny, jeśli można go załadować przy domu, np. przez noc. Ja w podróży tylko raz miałam taką możliwość i rzeczywiście wtedy wyszło mi to tanio, ok, 12 euro. Natomiast ładowanie w punktach wcale nie jest dużo tańsze niż benzyna, a nieporównywalnie bardziej czasochłonne i stresujące.

Lekcja szósta: sami nie wiecie, co wynajmujecie. Pan w wypożyczalni przepraszał, że niestety samochód trzeba otwierać i zamykać ręcznie. Wcale nie. Wystarczy wejść na ustawienia w centralnym panelu i włączyć opcję automatycznego otwierania i zamykania. I już można w ogóle nie wyjmować kluczyków z torebki (w moim przypadku z kieszeni spodni), a raczej wyjmować je tylko wtedy, kiedy trzeba zamknąć i otworzyć samochód po zakończeniu doładowywania baterii.

Bardzo uciążliwym ulepszeniem dongfenga jest jego troska o kierowcę. Elektroniczny damski głos co chwilę powtarza „mild fatigue, driving stop”, co doprowadzało mnie do szału. Opcję można wyłączyć w sekcji „settings” w centralnym panelu, ale po każdym wyłączeniu samochodu podstępnie aktywuje się ponownie…

O podróży do Norwegii w 2026 można poczytać tutaj – Vesterålen i Senja 2026

A tutaj kilka praktycznych rad Norwegia – porady praktyczne

Zostaw odpowiedź

Zawsze uwielbiałam podróżować

i z wiekiem mi się pogorszyło. Być może dlatego, że dawno, dawno temu, kiedy byłam (niekoniecznie) piękną dwudziestoletnią, wyjazdy z komunistycznej Polski były imprezą skomplikowaną i często zbyt kosztowną jak na moją kieszeń. Robiłam sobie listę wymarzonych podróży: Knossos, Luksor, Quebec, Wyspy Galapagos, Rio de Janeiro… Część z nich już zrealizowałam, inne dopiero na mnie czekają. I co z tego, że tymczasem zostałam już starszą panią?

Tutaj też jestem!

Odkryj więcej z Podróże starszej pani

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej