Stolicę Rumunii odwiedziłam w ciągu ostatnich dwóch lat aż trzy razy, nie dlatego, że zakochałam się w tym mieście, ale dlatego, że akurat tak mi się ułożyło służbowo. Bo, szczerze mówiąc, nie jest to miasto, do którego koniecznie chce się wracać, zwłaszcza w tak krótkim odstępie czasu. Z drugiej strony ma swoje ciekawe miejsca i w czasie każdej z wizyt skorzystałam z okazji, żeby zobaczyć coś nowego. Praktycznie o Bukareszcie piszę tutaj.
O Bukareszcie czytałam dużo negatywnych opinii (przedwojenny „mały Paryż” zdewastowany przez komunizm i przede wszystkim przez szalone urbanistyczne pomysły Ceaușescu), więc można powiedzieć, że przyjemnie się zawiodłam. Ze starego miasta (Lipscani) zostało rzeczywiście bardzo niewiele, kilka uliczek zapełnionych knajpkami i sklepami z pamiątkami. Można się po nim przespacerować w pół godziny. Jest tu też słynna księgarnia Carturești Carusel, w której wszyscy robią sobie zdjęcia. Wnętrze jest rzeczywiście bardzo urokliwe (pod warunkiem, że akurat nie kłębią się w nim tłumy), ale ponieważ po rumuńsku nie czytam, a robienie zdjęć w kultowych punktach nie jest moim hobby, chyba nie doceniłam jej należycie.
Znacznie ciekawszych wrażeń estetycznych dostarczyło mi przewłóczenie się przez ulice, które uniknęły komunistycznej demolki, przede wszystkim w dzielnicy Cotroceni, gdzie zachowało się wiele naprawdę fascynujących willi z początku XX wieku. Niektóre zostały odnowione, choć wiele niestety znajduje się w opłakanym stanie i prawdopodobnie nie jest im pisany długi żywot.




Na Bukareszt na pewno patrzy się inaczej po przeczytaniu reportażowej książki Małgorzaty Rejmer Bukareszt. Kurz i krew: bardzo polecam lekturę PRZED wyjazdem. O tej i innych swoich rumuńskich lekturach piszę tutaj.
O dojeździe z lotniska, poruszaniu się po mieście i pułapkach czyhających na amatorów zwiedzania parlamentu piszę tutaj
Jest w mieście kilka miejsc, które warto / można odwiedzić.
- Parlament. To dość oczywisty punkt programu, nie tyle ze względu na wstrząsającą architekturę, ile na wstrząsającą historię tej megalomańskiej budowli. Zwiedzanie, z przewodnikiem (nam trafił się bardzo dobry, nie wiem, czy wszyscy są tacy) odbywa się o określonych godzinach. Można nabyć bilet na „wejście bez kolejki” przez któryś portali turystycznych, ale poza sezonem można też po prostu przyjść i nabyć go bezpośrednio w kasie. Uwaga: do parlamentu są dwa wejścia i należy uważać, żeby ich nie pomylić (co przydarzyło się starszej pani), bo obiegnięcie tego kolosa to co najmniej 20 minut! (więcej w informacjach praktycznych)
- Dom Ceaușescu – konieczna wcześniejsza rezerwacja na konkretną godzinę. Bardzo warto. Architektura czy wystrój nie powalają (i podobno mit o złotych klamkach to właśnie mit, przewodnik zapewnił nas, że są tylko pozłacane), jednak dają możliwość zapoznania się z „prywatnym” Ceaușescu i jego rodziną. W garderobie wystawiono na widok m.in. kilka kreacji Eleny (to nie Jackie Kennedy, nie spodziewajcie się zbyt wiele) Z zewnątrz budynek prezentuje się skromnie, wnętrze jest jednak zaskakująco obszerne.
- Muzeum na otwartym powietrzu „Dimitrie Gustie” znajduje się w parku, niedaleko domu Ceaușescu, więc można te dwie atrakcje połączyć za pomocą spaceru przez park. To bardzo interesujące miejsce, nawet jeśli ktoś nie jest miłośnikiem skansenów. Wiejskie wnętrza są co prawda dość podobne do tych, które można zobaczyć we wszystkich skansenach, ale bardzo ciekawa jest różnorodność architektury z różnych części Rumunii. Na terenie skansenu jest także kilka straganów i punktów sprzedaży lokalnych wyrobów (w maju). Polecam, jeśli jest ładna pogoda i macie ochotę się przejść



4. Muzeum Narodowe Historii Rumunii – to już zależy od osobistych preferencji. Bardzo typowa, staroświecka wystawa z gablotkami i eksponatami trochę od sasa do lasa. Jednak biorąc pod uwagę przystępną cenę (poniżej 4 euro) i centralne położenie, można wejść, żeby pooglądać „skarby”, głównie starą biżuterię i korony królewskie. Jeśli ktoś ma sentyment do zabawek z naszego dzieciństwa (mówię do was, rówieśnicy!) może sobie je pooglądać na osobnej wystawie (taki trochę komunistyczny pałac strachów? Dobrze by się nadawał na tło jakiegoś filmowego horroru).

5. Pałac Cotroceni, obecnie siedziba prezydenta (trzeba koniecznie sprawdzić godziny zwiedzania na dany dzień!), wcześniej rezydencja królewska. W porównaniu do rezydencji i pałaców w Europie zachodniej, skromniutki bardzo (królowie rumuńscy, którzy się tu zainstalowali w XIX wieku, nie opływali w pieniądze), wielkich dzieł sztuki ani olśniewających wnętrz tu nie ma. Raczej ciekawostka historyczna dla osób interesujących się dziejami Rumunii: dla mnie opowieści przewodnika o problemach finansowych króla Karola I z urządzeniem jako tako siedziby były fascynujące.


6. Opera. Nie powala wystrojem (Teatr Słowackiego ją przebija, nie mówiąc już o operach włoskich), ale jeśli akurat jest coś ciekawego w repertuarze, zachęcam – za najlepsze miejsca na parterze płaci się tyle, ile w Rzymie czy w Mediolanie za ostatnie rzędy w najwyższej galerii. Podobała mi się atmosfera, ludzie na widowni śledzili widowisko z przejęciem i nagrodzili je wielkimi oklaskami. Ja trafiłam na Aidę, i chociaż jakość głosów była trochę nierówna, bardzo dobrze się bawiłam. Ponadto główny kapłan rozwalił sobie laskę i dyskretnie odkopywał ją ze sceny, a faraon walnął się o baldachim, wstając z tronu. Egipscy żołnierze, owinięci w prześcieradła, wyglądali… bardzo rumuńsko. Czysta radość.

7. Zakupy. Starsza pani bardzo lubi sieć sklepów TinaR, bo można w nich nabyć niedrogie, a ładne sukienki w stylu… no, takim dla starszych pań właśnie. Cena za letnią sukienkę z bawełny ok. 100 złotych. Zawsze kupuję co najmniej jedną rzecz, a ostatnio zrobiłam shopping na całe lato: aż cztery sukienki. Innych grzechów czy też pokus zakupowych w Bukareszcie nie pamiętam.








Zostaw odpowiedź